Adrenalinę, uśmiech i życzliwość to wszystko daje mi WOT

Partnerem cyklu jest Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
Rozmowa z Mateuszem Gorzką, starszym szeregowym 8 Kujawsko - Pomorskiej Brygady OT w Toruniu o życiu niezawodowego żołnierza.

Przepraszam, że zapytam wprost, ale kim Pan jest z zawodu?

Jestem kucharzem. Rozważałem swoją dalszą edukację pomiędzy liceum mundurowym a szkołą gastronomiczną. Nie lubiłem gimnazjum. Nauka przychodziła mi z trudem, dlatego gdy szukałem miejsca, gdzie miałbym się dalej uczyć, to znalazłem szkołę, która dała mi zawód. To było dla mnie bardzo ważne, ponieważ dawało szansę na pewną samodzielność. A poza tym, zawsze lubiłem gotować, dobrze się w tym czułem. Fajnie jest pogotować dla siebie. To mnie odpręża. Lubię też coś upichcić dla innych.

Ma pan jakieś popisowe danie? Co Panu wychodzi najlepiej?

Uwielbiam wszelkiego rodzaju pasty. Najlepiej robię tagliatelle z kurczakiem w sosie śmietanowym, spaghetti bolognese i pizzę.

Czyli kuchnia włoska?

Zdecydowanie, ale kuchnią polską też nie pogardzę. Schabowy z mizerią i ziemniakami jest przecież bardzo smaczny.

Jako żołnierz Wojsk Obrony Terytorialnej chyba musi Pan zwracać uwagę na to, co je?

Tak. Śmieciowe jedzenie jest niewskazane, ale dobra dieta jest ważna chyba w każdym zawodzie? Od tego zależy nasze zaangażowanie w to, co robimy, czy nasze samopoczucie.

A grochówkę Pan lubi?

Lubię (śmiech). To w końcu sztandarowe danie, którego nie może zabraknąć na żadnej wojskowej uroczystości. To naprawdę dobra zupa, która na długo pozwala nie czuć głodu, daje energię.

Nie bez powodu o to pytam. Ciekawa jest Pana droga zawodowa. Można powiedzieć, że przeszedł Pan z kuchni do wojska?

Tak.

A jak Pan trafił do Wojsk Obrony Terytorialnej?

Byłem na komisji wojskowej, na której dostałem kategorię A, ale postanowiłem złożyć papiery do WOT. Od dziecka byłem wielkim pasjonatem wojska, militariów. To mnie fascynowało, dlatego chciałem na własne oczy zobaczyć, jak to wszystko wygląda od kuchni.

Kilka razy rozmawiałam ze strażakami ochotnikami, którzy wstępowali do Ochotniczej Straży Pożarnej, by móc realizować swoje marzenia z dzieciństwa. Ale w tym przypadku chyba same chęci nie wystarczą? Co musiał Pan zrobić, by dostać się w szeregi obrony terytorialnej kraju?

Rzeczywiście same chęci nie wystarczą, ale przekonanie o tym, że chce się pomagać innym i służyć swojemu państwu, a raczej społeczności, z której się wywodzimy, jest bardzo ważne. Jak wyglądała moja droga? W 2019 roku przed wakacjami wysłałem swoje zgłoszenie i jakiś czas później dostałem telefon, że mam się zgłosić. Dostałem skierowanie na badania wojskowe. Musiałem zrobić m.in. EKG, wykonać badania okulistyczne, przejść testy psychologiczne i badanie psychiatryczne. To wszystko trzeba zrobić, by wstąpić do Wojsk Obrony Terytorialnej.

Dziś jest Pan już starszym szeregowym. Proszę powiedzieć, jak można dostać taki awans w tak krótkim czasie?

Taki awans dostaje człowiek, który ma ukończone rozmaite kursy albo się udziela. Ja ukończyłem kursy na instruktora, pomagałem na poligonach, a od marca udzielałem się w pandemii.

To bardzo aktualny temat, który jest dziś częścią naszej codzienności. Nie wiadomo jak długo pandemia będzie nam towarzyszyć. Za co jest Pan teraz odpowiedzialny?

Sytuacja jest dynamiczna i zmienia się z dnia na dzień. Przez ostatnie dwa tygodnie woziłem próbki do badań z punktu w Toruniu do laboratorium w Bydgoszczy. Odpowiadałem za zabezpieczenie materiałów medycznych czy transport ludzi. Dziś przy drugiej fali pandemii te zadania są inne niż na początku. W marcu czy kwietniu dowoziliśmy ciepłe posiłki seniorom, którzy nie mogli opuszczać swoich domów, bo to stanowiło dla nich śmiertelne zagrożenie.

Jak Pan wspomina ten czas?

Ze wzruszeniem. Trudno mi to opisać, ale to było coś wspaniałego. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w swoim życiu spotkał się z taką życzliwością ze strony ludzi i dużą dawką uśmiechów i podziękowań. Chyba o to chodzi na służbie, by mieć świadomość, że jest się komuś potrzebnym.

Gotował Pan dla seniorów?

Nie, tu pełniłem rolę kierowcy, ale jeśli byłaby taka potrzeba, to bym ugotował. To dla mnie żaden problem. W końcu jestem zawodowym kucharzem.

Wojska Obrony Terytorialnej rosną w Polsce w siłę, ale chyba po raz pierwszy w historii pandemia jest czasem, gdy zaczynamy je dostrzegać. A jak wyglądało bycie niezawodowym żołnierzem przed pandemią?

Jesteśmy powoływani do działań wtedy, gdy jesteśmy potrzebni. To różnego rodzaju klęski żywiołowe, np. powodzie czy wichury. Jesteśmy też powoływani do tego, by szukać zaginionych osób - to temat mi bliski. Jestem także członkiem Grupy Ratownictwa Specjalistycznego „Proobronnej Bizon” Solec Kujawski. Zajmujemy się poszukiwaniem ludzi zaginionych. To różne przypadki, ale najczęściej to dzieci bądź młodzież, osoby starsze z demencją, no i samobójcy. Prowadzimy także zabezpieczenia medyczne i szkolenia taktyki wojskowej. A w WOT? Tam zawsze jest coś do zrobienia. Nie musi być epidemii, żebyśmy byli potrzebni.

A jak Pana bliscy zareagowali, gdy wstąpił Pan do Wojsk Obrony Terytorialnej? Jest Pan młodym człowiekiem, ma 20 lat. Pana rówieśnicy w tym wieku studiują, imprezują, a nie myślą o służbie.

Niekoniecznie. Mam znajomych, którzy wspierają mnie w tym, co robię. Inni chcą sami dołączyć do WOT. Poza tym służba trwa w określonym czasie najczęściej od godziny 7 do 15, ale rodzaj zadania uzależnia czas, jaki faktycznie poświęcamy na jego realizację. Potem każdy z nas ma własne życie, jak każdy inny szary człowiek. Jest czas na trening, spotkanie ze znajomymi, czy jakąś imprezę. To normalne. Gdy wstępowałem do WOT, to moi rodzice mieli obawy. W czasie pandemii też boją się, że zachoruję.

Pan się nie boi?

Mamy testy. Jesteśmy zabezpieczeni - mamy maseczki, płyny do dezynfekcji. Przechodzimy też szkolenia w zakresie działań antykryzysowych, kursy pierwszej pomocy czy pobierania wymazów. Czy się boję? Ja jestem młody. Nawet jeśli zachoruję, to nie jest tak ryzykowne jak w przypadku osoby starszej, dla której koronawirus może być bardzo niebezpieczny. To służba, której się podjąłem i chcę to kontynuować. Poza tym chcę zostać zawodowym żołnierzem. Coraz częściej o tym myślę.

Robi Pan coś w tym kierunku?

Chcę zdać maturę, a potem może pójdę na studia. Chodzi mi po głowie bezpieczeństwo wewnętrzne.

Na początku naszej rozmowy powiedział Pan, że nie przepada za nauką?

Zgadza się, ale kto się nie rozwija, ten się cofa. Trzeba się doszkalać i pokonywać własne słabości.

W wojsku się Pan tego nauczył?

Tak. Wojsko otworzyło mi oczy na różne możliwości. Przypomina mi się teraz szesnastodniowe szkolenie, które miałem w sierpniu. Nawet pani nie wie, jaki wycisk dostałem. To było bieganie w polu po dwanaście godzin z bronią, sprzętem. To dawało niesamowitą adrenalinę, a w życiu chyba chodzi o to, by robić coś, co człowieka niesie dalej, napędza do działania. Mi to wszystko dziś daje służba w WOT.

Dodaj ogłoszenie