Aria z uśmiechem

Rozmawiali Alicja Polewska i Marek K. Jankowiak
Fot. Wojciech Wieszok
Rozmowa VIP-a z Katarzyną Dorotą Medlerską, która zadebiutowała na scenie opery w Rzymie.

Katarzyna jest studentką Wydziału Wokalno-Aktorskiego w bydgoskiej Akademii Muzycznej.

- Czy to takie normalne, że bydgoszczanka debiutuje w rzymskiej operze?
- No... chyba nie zdarza się to na co dzień. Zwłaszcza, że jestem jeszcze studentką.

- To dlaczego o tym dotąd było tak cicho?
- Myślałam, że jak uczelnia ma dział promocji, to będzie się tym chwalić od razu po moim występie. Tym bardziej że ja we Włoszech wszędzie podkreślałam, że studiuję w bydgoskiej Akademii Muzycznej. Ale prawda jest taka, że prasa specjalnie też tym zdarzeniem nie była zainteresowana. Koleżanka, z którą mieszkam, dzwoniła do kilku redakcji, w tym i do tych z mojego rodzinnego Nowego Sącza, nie wszędzie jednak był odzew.

- A jak to się stało, że panią z tego Nowego Sącza nam tu do Bydgoszczy przygnało?
- W rodzinie śpiewała mama i jej siostry. Ja jeszcze bardzo mała byłam, a już wtedy nuty za nimi nosiłam. I podpatrywałam. A gdy się okazało, że mam niezły słuch, poszłam do szkoły muzycznej i skończyłam klasę fortepianu. Potem zaczęłam się uczyć śpiewu solowego. Góralka z krwi i kości jestem, więc śpiewam i tańczę. A do Bydgoszczy przyjechałam na studia dlatego, że to daleko od domu. I tu trafiłam do klasy prof. Bożeny Porzyńskiej. Gdybym poszła do Krakowa, to w każdy weekend chciałabym być z rodziną.

- Powiedzmy otwarcie - z kim trzeba się dogadać, żeby załatwić sobie debiut w operze rzymskiej?
- Nie trzeba się z nikim dogadywać, wystarczy mieć trochę szczęścia. Bo to szczęście właśnie, to wyjazd na wymianę studencką z uczelni do włoskiego Reggio Emilia, dla Bydgoszczy - miasta partnerskiego. Tam dużo koncertowałam, między innymi przygotowywałam Stabat Mater z orkiestrą i chórem. Po trzech miesiącach Mauro Trombetta, dyrygent opery rzymskiej, który się nami opiekował, powiedział do mnie: obserwowałem cię, podoba mi się to, co robisz, mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się zaprosić cię na kontrakt do Rzymu. Nie do końca wierzyłam, ale... w styczniu tego roku, któregoś dnia listonosz dostarczył kopertę, z zaproszeniem i kontrakt do podpisania i odesłania. Miałam zaśpiewać rolę Nimfy, w operze "Rusałka". Premiera tego przedstawienia odbyła się w Rzymie, 22 lutego. I powiem, że to zdarzenie przywróciło mi trochę wiarę w to, że naprawdę już się czegoś nauczyłam, no i że również w tym zawodzie może wszystko być normalnie - bez zawiści, zazdrości, nie o wszystkim muszą decydować układy.

- Głos bardziej drżał przed premierą czy nogi?
- Jakaś trema była, w końcu to był mój pierwszy tak poważny występ. I to od razu na zagranicznej scenie, u boku cenionych śpiewaków i przed chłodną zazwyczaj, a bardzo wymagającą publicznością. Ale powiem tak: my nie musimy się wstydzić tego, co umiemy. Ja na próbach śpiewałam swoją rolę bez nut! Inni - nie. Potrafiłam powiedzieć "nie", gdy byłam pewna, że można jakiś fragment zaśpiewać inaczej. I powiem też, że na scenie w Rzymie naprawdę polubiłam tę operę. Wcześniej - "Rusałki" nie lubiłam. To też miało wpływ na ocenę tego, co tam pokazałam. A po wszystkim, Mauro Trombetta napisał mi w referencjach: "perfetta collabora zione". Czyli ... współpraca perfekcyjna!

- Po takim debiucie od razu marzy się o występie w La Scali?
- La Scalę widziałam i na razie... prawie zemdlałam na widok cen biletów na przedstawienia. A na śpiewanie mam jeszcze czas. Taki zimny prysznic trafił mi się już w Londynie, gdzie chciałam studiować w Royal Academy of Music.Tam powiedziano mi, że w ciągu roku trzeba przygotować aż 5 oper, a na to jestem za młoda i mogłabym sobie głos zmarnować. Mój głos wymaga teraz dojrzałości i siły. A to przychodzi z wiekiem. Mogę więc śpiewać już teraz arie z Toski czy Madame Butterfly. Ale tylko arie. "Madame" - to moja opera marzenie. Ale muszę na nią jeszcze długo poczekać.

- Co panią wkurza na co dzień?
- Głupota, zazdrość i nieuzasadniona złośliwość. Czasem wkurza mnie także mój chłopak. Jest daleko, więc komunikujemy się głównie za pomocą SMS-ów. Wczoraj nie napisałam, to on od razu myślał, że w szpitalu jestem...

- Jaka jest pani największa wada?
- Łatwowierna jestem i czasem chyba zbyt wrażliwa. Ale płaczę tylko wtedy, gdy nikt nie widzi.

- A zaleta?
- Pomocna ludziom chyba jestem.

- Zajrzyjmy do wnętrza artystki głębiej? Bardzo lubię...
- ... uśmiechać się. Co nie znaczy, że ze wszystkiego się śmieję.

- Nie cierpię...
- ... wstawać rano.

- Boję się...
- ... samotności. Człowiek jest bardzo smutny, gdy nie ma kogoś bliskiego przy sobie. I to niezależnie od wieku.

- Choćby nie wiem co, zawsze znajdę czas na...
- ... telefon do rodziny. A szczególnie do mamy.

- Chciałabym pojechać...
- ... do Brazylii. Tam chyba można wyzwolić temperament bez ograniczeń. A chciałabym spróbować.

- Byłam. Widziałam i było tak pięknie, że zawsze mogę tam wracać?
- Jednym z takich miejsc na pewno jest Rzym.

- Czym można zrobić pani przykrość?
- Chamstwem. Także jakimś nieprzyjemnym zaskoczeniem. I to ze strony kogoś takiego, kto nigdy by mi się z taką sytuacją nie skojarzył.

- A przyjemność?
- Oj, to chyba dość łatwo - wystarczy ładna róża, bukiet kwiatów. A czasem - tylko jakiś komplement. Na przykład - gdy ktoś z przekonaniem mówi: ty fajna babka jesteś...

- Której z domowych czynności najbardziej pani nie lubi?
- Wycierania naczyń. Ale na przykład lubię odkurzać.

- W kuchni też gwiazda jest gwiazdą?
- Radzę sobie. Rosół i pomidorową - robię dobrze i szybko. Pierś z kurczaka też potrafię atrakcyjnie podać. Ale częściej stołuję się poza domem. A najbardziej lubię barszcz z uszkami, gdy mama go ugotuje.

- Co panią drażni w Bydgoszczy?
- Trochę dużo jest tu tzw. typów spod ciemnej gwiazdy. Staram się nie chodzić sama po dziesiątej wieczorem. A gdy wracam później, zawsze proszę, żeby mnie ktoś odprowadził.

- Które cechy u mężczyzny ceni pani najbardziej?
- Lubię, gdy mężczyzna jest konkretny, pewny siebie i przy tym męski. Przystojny być nie musi. Ale w jego towarzystwie muszę się czuć bezpieczna. No i jeszcze dwie ważne cechy - powinien być pomysłowy i nie może być dusigroszem.

- To co jest ważniejsze - duże serce czy gruby portfel?
- Najlepiej - to i to. Wiem jednak, że uzależniona od mężczyzny finansowo bym być nie mogła. Ale mężczyzna musi też wiedzieć, że kobieta trochę kosztuje. Powinien więc mieć gest.

- A gdyby tylko oczy miały wybierać tego "jedynego"?
- Na pewno nie lubię flejtuchów. No i zawsze najpierw patrzę na dłonie.
Znak Zodiaku - Wodnik (więc nieprzypadkiem lubię pływać)
Ulubiony zapach - słodki (na przykład - perfumy Amore lub Angel)
Smak - chyba wanilia? Ale też może być ogólnie - słodki (nie dosłodzona jestem?)
Kolor - różowy i zielony
Kwiat - róża
Alkohol - najbardziej "ajerkoniak", ale koniak też może być
Samochód - ford ka, bo taki fajny żabiasty jest. Najlepiej - czerwony.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie