Bitwa o wojnę

Jacek Deptuła [email protected]
Niedawno ktoś mądrze powiedział: kiedy Niemcy uznają się za ofiary II wojny światowej, ich sąsiedzi powinni zacząć się bać. I nie wiem, czy już się bać, czy tylko obawiać.

     Niemiecki Związek Wypędzonych i Powiernictwo Pruskie - nie bez cichego przyzwolenia rządu RFN - otworzyły niedawno roszczeniową puszkę Pandory. Ci "pokrzywdzeni, niewinni i ograbieni" Niemcy sprawili, że rząd polski musi wreszcie zapomnieć o poprawności politycznej, by pozbawić ich złudzeń. By nie dać się zwieść, że roszczenia wysuwa nieznacząca grupka z marginesu politycznego RFN. Przecież jeszcze rok temu rząd federalny stwierdził, że polskie "wywłaszczenia dokonane bez odszkodowania były niezgodne z prawem międzynarodowym". Cóż, historia dowodzi, że Niemcy, w przeciwieństwie do nas, potrafią myśleć dziesiątki lat naprzód. Powiedzmy więc wprost:
     bandyckie Niemcy hitlerowskie
     - łamiąc wszelkie możliwe prawa międzynarodowe - rozpętały 65 lat temu piekło, które kosztowało Polskę życie 6 milionów obywateli, utratę blisko 40 proc. majątku narodowego i jedną trzecią terytorium. Dziś uciekinierzy i wysiedleni obywatele ówczesnej III Rzeszy, powołując się na prawo międzynarodowe i prawa człowieka (sic!) domagają się odszkodowań za utracone majątki. Ich żądania popiera co piąty Niemiec.
     To niebywały chichot historii: Polska, haniebnie napadnięta przez Niemcy i ZSRR, zdradzona przez Francję i Anglię, sprzedana Stalinowi w Jałcie, zmuszona do rezygnacji z reparacji wojennych, musi dziś płacić odszkodowania swoim zabużanom. Żeby było bardziej groteskowo: PRL musiała w 1952 r. zapłacić Moskwie 76 milionów rubli w złocie za... koszty repatriacji. Niebawem - co całkiem możliwe - może zostać zmuszona do wypłacenia rekompensaty hitlerowcom i ich potomkom!
     To się po prostu nie mieści w głowie. Ile pokoleń Polaków ma być wielkimi przegranymi zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej? A wydawało się, że kiedy runął mur berliński - zakończyła się wreszcie II wojna światowa. Na pewno dla francuskich kolaborantów, dla Brytyjczyków i Amerykanów, a nawet dla Rosjan, bo pod adresem Moskwy Niemcy nie pisną nawet słówka.
     Od dawna staram się zrozumieć, w czym tkwi sedno niemiecko-polskiego sporu na temat ewentualnych odszkodowań dla tzw. "wypędzonych". I nie mogę tego pojąć. Niemieccy prawnicy dowodzą bowiem, że samo przesunięcie granicy polskiej na Zachód było zgodne z ówczesnym prawem międzynarodowym, natomiast niewypłacenie obywatelom III Rzeszy indywidualnych odszkodowań, było już... bezprawiem. Bo to byli ludzie nie ponoszący jakoby odpowiedzialności za swój zbrodniczy rząd. To jakiś
     prawniczy horror:
     Polsce wytyka się nieprzestrzeganie prawa międzynarodowego w 1945 roku, choć była ona jedną z największych ofiar bezprawia międzynarodowego! Zarówno ze strony Niemiec, zachodnich aliantów, jak i ZSRR. Argumentacja "wypędzonych" i ich prawników opiera się na kuriozalnej tezie, iż w wyniku konfliktu dwóch państw nastąpiło pokrzywdzenie jednego z nich. Rozumne zatem wydaje się kierowanie prawem międzynarodowym, by zadośćuczynić obywatelom pokrzywdzonego kraju - czyli... Niemcom! Na dalszy plan schodzi więc fakt, że III Rzesza i ZSRR - który odegrał wówczas kluczową rolę - kierowały się swoimi zbrodniczymi prawami, zupełnie ignorując jakiekolwiek normy międzynarodowe. Zatem uprawniony może być następujący wniosek: bezprawie III Rzeszy i ZSRR miało (i nadal może mieć) dla Polski katastrofalne konsekwencje prawne. Paranoja.
     Po drugie: "wypędzeni" chcą nas przekonać, że - będąc obywatelami bandyckiego państwa - zostali niesłusznie ukarani. A źródło zła nie ma tu podobno nic do rzeczy! Po trzecie wreszcie: reparacje wojenne Niemiec (znów wg "międzynarodowego prawa") zostały, ze względów politycznych wynikających z zimnej wojny, ograniczone do minimum. Niemcom się udało, a Polska w wyniku szantażu Mołotowa (tego, który podpisał bezprawny pakt z Ribbentropem oraz rozkaz zamordowania 22 tysięcy polskich oficerów) "zrezygnowała" z reparacji od NRD w 1953 roku. Z wymuszonej przyjaźni i współczucia.
     Radziecki szantaż,
     jak i cała dominacja stalinowskiego reżimu (nawiasem mówiąc: jak się do powojennych zbrodni ZSRR miały przepisy prawa międzynarodowego?), były konsekwencją rozpętanej przez Niemcy wojny. Mamy zatem taką sytuację: dzisiejsze miary sprawiedliwości i praw człowieka przykłada się do czasów wojny, kiedy praktycznie żadne prawa nie obowiązywały. Prócz praw silniejszego.
     Niedawno rozmawiałem z niemieckim prawnikiem (nie upoważnił mnie do podania swego nazwiska) prowadzącym praktykę we Wrocławiu: - Pan - tłumaczył - jak prawie wszyscy Polacy, zbyt emocjonalnie podchodzi do tego problemu. Sądy nie uwzględniają ani słusznych ani niesłusznych emocji. Polacy nie chcą dostrzegać, że odszkodowań nie żąda III Rzesza ani jego spadkobierca RFN. Domagają się ich indywidualni obywatele.
     Wedle niemieckiego prawnika Polacy nie ograniczyli się tylko do odparcia hitlerowskiej agresji (sic!) i zaspokojenia słusznych roszczeń z majątku państwa niemieckiego. - Polskie wywłaszczenia dotyczyły majątków szarych obywateli. Działo się to wszystko nie podczas wojny, a po wojnie, kiedy tereny wschodnie Rzeszy były oddane pod zarząd polski.
     Pięknie powiedziane: wojna rozgrzesza hitlerowców, pokój - oskarża Polaków. Tyle że kapitulacja Niemiec była bezwarunkowa! Dla Polaka stanowisko, że
     winna była III Rzesza,
     natomiast zwyczajni Niemcy już nie, wydaje się szokujące. Jakaś abstrakcyjna III Rzesza służyła w milionowym Wehrmachcie, SS oraz gestapo i zruinowała Polskę! Przepraszam, znów te polskie emocje. Ale jak nie dawać się ponosić emocjom, kiedy niemiecka arogancja i pruska buta przeczą zdrowemu rozsądkowi. Mówią nam, na przykład, że możemy domagać się indywidualnych odszkodowań od konkretnych niemieckich zbrodniarzy - jakiegoś Hansa Bauera z SS, Johana Wernera z Luftwaffe czy Jurgena Franka z Wehrmachtu. Obłęd.
     20 sierpnia br. w poważnym niemieckim dzienniku Frankfurter Allgemeinne Zeitung niejaki dr Josef Menzel dziwi się, dlaczego Niemcy nie protestują przeciw otwarciu w Warszawie... Muzeum Powstania!
     "Dlaczego nie przedstawiamy - pisze dr Menzel - stosowanego argumentu, że muzeum szkodzi stosunkom niemiecko - polskim oraz pokojowemu współżyciu w Europie?" Dlatego muzeum, jako dzieło "nierozsądnych" i wiecznie skoncentrowanych na przeszłości (Polaków - dop. J.D.) powinno zostać zaniechane. W oczach kanclerza Schroedera poszkodowani rodacy nie są warci tej samej pamięci co polskie ofiary - tylko dlatego, że są Niemcami. (...) Polskie roszczenia mogą być skierowane wobec państwa niemieckiego i osobiście wobec winnych (sic!). Nie mogą jednak, jak to miało miejsce, być realizowane przemocą, samowolnie, niezgodnie z prawami człowieka przeciwko niewinnym niemieckim obywatelom".
     Niewinni Niemcy tak właśnie myślą. Dla takich jak dr Menzel prawa człowieka zaczynają obowiązywać dopiero od marca 1945 roku.
     A rządy Polski i Niemiec po 1990 r. dalej udają, że w zasadzie nic się nie dzieje. Choć nadal obowiązuje wyrok Federalnego Sądu Konstytucyjnego RFN, który zakłada, że rząd nie ma prawa zrezygnować z prywatnych roszczeń majątkowych swych obywateli za granicą. Kanclerz Helmut Kohl nie zgodził się w 1991 roku, by w polsko-niemieckim traktacie o sąsiedztwie zamknąć sprawę wywłaszczenia "wypędzonych". Kwestie majątkowe wyłączono zatem z traktatu. Nasze gwarancje to jedynie decyzje układu poczdamskiego i polskie prawo. Nie są to asy atutowe w zawiłościach prawa międzynarodowego.
     Ani słowa na temat rezygnacji z niemieckich roszczeń nie ma też w Traktacie Akcesyjnym Polski do Unii Europejskiej. Wielkodusznie pominęliśmy tę kwestę, licząc na wzajemność Niemców. Przeliczyliśmy się. Rząd federalny bowiem nie chce przejąć na siebie roszczeń wypędzonych, bo nie pozwala na to... sytuacja finansowa RFN.
     Tydzień temu w Sejmie
     trwała gorąca debata o projekcie ustawy w sprawie reparacji Niemiec na rzecz Polski. Większość posłów uznała słusznie, iż odszkodowania były realizowane w minimalnym stopniu. Rząd natomiast obawia się, iż uchwała Sejmu znacznie skomplikuje stosunki polsko-niemieckie. W sejmowej dyskusji zaskoczyło mnie jednak co innego. Jan Truszczyński, podsekretarz stanu w MSZ, udowodnił swą bezradnością, że polski rząd jest kompletnie nieprzygotowany do odparcia niemieckich roszczeń. Truszczyński nie był w stanie przedstawić choćby ogólnikowego zarysu stanowiska MSZ! Nie ma sztabu prawników, którzy opracowaliby całościowo stanowisko Polski, choć problem niemieckich roszczeń zaczął się kilka lat temu.
     Powiedzmy sobie jasno: jeśli Polska zostanie zmuszona do wystawienia rachunków za wojnę, Niemcy nie wypłacą się przez dziesięciolecia. Rację ma bowiem Władysław Bartoszewski mówiąc, że Steinbach nie tyle zagraża przyszłości Polski, ile zakłada pętlę na szyje kilku pokoleń Niemców.
     Ale Bartoszewski nie jest ministrem spraw zagranicznych.
     PS. Fragment artykułu Petera Groppe w berlińskiej gazecie "Das Ostpreussenblatt" sprzed tygodnia: "Wybuchu II wojny światowej, mówiąc za francuskim historykiem, Raymondem Cartierem, nie można nazwać napaścią niemiecką, gdyż Polska była na to od dawna przygotowana, a niektórzy Polacy dążyli do wojny". Dalej Groppe opisuje przypadki łamania przez Polskę przedwrześniową praw mniejszości niemieckiej, sugerując nawet, że w związku z tym w pierwszej kolejności winę za wojnę ponosi Polska.
     

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie