Nieprzebadane mięso z ubojni na Mazowszu rozjechało się po Europie. Jest gigantyczna afera. Za skandaliczne zachowanie grupki chciwych ludzi obrywa cała branża. Nie po raz pierwszy!

Kupię bydło pourazowe, maciory, knury, wyrejestrowanie, płatność gotówką, odbiór o każdej porze (...) Dalej jest numer telefonu i imię kupującego. Takich ogłoszeń jest wiele. Czy ubojnia na Mazowszu, którą pokazano pod koniec stycznia w reportażu dziennikarzy TVN pt. „Nielegalny proceder w mazowieckiej ubojni. Handel chorymi i martwymi krowami” jest jedynym niechlubnym wyjątkiem?

- Oczywiście, że nie! - twierdzi rolnik z woj. kujawsko-pomorskiego. Zaznacza, że będzie mówił tylko o faktach, a nie o domysłach. I to na przykładzie własnego gospodarstwa, w którym ma krowy. - Przez dziesięć ostatnich lat sprzedałem takim pośrednikom około dwudziestu zwierząt po urazach - przyznaje.

Problem zaczyna się u rolnika

Internauta przedstawiający się jako „tomrolnik” napisał: „ (...) Takie coś zaczyna się u rolnika. Rolnikowi choruje krowa lub świnia. Rolnik nie chce mieć straty i od rolnika kupuje to handlarz co ma układ z ubojnią, ubojnia ma układ z weterynarzem, który zezwala na dalszy handel, przerób. A potem rolnicy narzekają, że nie mogą nic sprzedać, że niskie ceny za płody! I wychodzą na ulice.”

Przeczytaj też: Po skandalu w ubojni w Polsce trwa audyt unijnych inspektorów. Minister: zero tolerancji

- Nie mam sobie nic do zarzucenia - twierdzi rolnik (ten, który sprzedał pośrednikom krowy po urazach). - Sumienie mam czyste! To nie były zwierzaki, które leżały na plecach. Uszy miały uniesione do góry, pełne oko (nie wpadało do oczodołów). Przeszły np. porażenie poporodowe, miały połamane nogi, albo chudły po skręcie trawieńca (nie mogły jeść tyle, co zwykle). Czasami krowa była leczona tylko kroplówkami witaminowymi. Mięso z nich było pełnowartościowe.

Dlaczego to zrobił? - Żeby nie stracić jeszcze więcej - wyjaśnia. Bo za krowę pourazową można dostać 700-800 zł, za taką „podejrzaną” ok. 400 zł. I dodaje: - Niech nikt nie próbuje zwalić winy na rolników! Rząd ma kupę kasy np. dla kół gospodyń wiejskich, chce się chwalić eksportem polskiej żywności, a sprawa uboju sanitarnego nie jest załatwiona od wielu lat.

Inspekcja Weterynaryjna wyjaśnia, że zwierzęta niezdolne do transportu do rzeźni (chodzi o dobrostan), powinny zostać uśmiercane w gospodarstwie, jest to tzw. ubój z konieczności. W każdym z powiatów jest od kilku do kilkunastu osób posiadających kwalifikacje ubojowca. Wykazy znajdują się w Powiatowych Inspektoratach Weterynarii.

Warto wiedzieć: Czy emeryturę można pobierać z KRUS i ZUS jednocześnie? Od czego zależy jej wysokość?

W zestawieniu rzeźni z woj. kujawsko-pomorskiego, które wyrażają zgodę na przyjęcie tusz zwierząt rzeźnych pochodzących z ubojów z konieczności jest 7 zakładów. Prywatnych firm do niczego zmusić nie można.

- Tych zakładów jest o wiele za mało! - uważa rolnik. - I dlatego pośrednicy mają co kupować po cichu. Ci co do mnie przyjeżdżają, są ekspertami w swojej branży. Wiedzą jak wciągnąć krowę do samochodu, jak ją położyć, żeby w razie kontroli nie wzbudzała podejrzeń. No i przecież pośrednikowi też zależy, żeby jeszcze żywa do rzeźni dojechała.

- Niektórzy rolnicy myślą głównie o pieniądzach, zwierzęta traktują jak przedmioty - uważa lekarz weterynarii, który wie na czym polega proceder. - Cierpienia krowy w kiełbasie nie widać.

Inny lekarz weterynarii mówi: - Wiem, że w każdej grupie zawodowej znajdą się czarne owce, także w naszej, ale jak można narażać zdrowie innych? Jedzenie nieprzebadanego mięsa stwarza zagrożenie poważnych zatruć. Toksyny bakteryjne, albo same bakterie, nie dają tak szybkich objawów jak zatrucie cyjankiem, ale mogą być przyczyną poważnych chorób, a w przypadku osłabienia organizmu nawet sepsy!

Jego zdaniem pourazowe krowy trafiają nie tylko od biednych rolników, ale i od takich co mają nawet 150 sztuk bydła: - Z pazerności i braku odpowiedzialności!

Afera w ubojni na Mazowszu jest podobna do kilku innych spraw sprzed lat. „Gazeta Pomorska” pisała o handlu wybrakowanymi zwierzętami (nie tylko krowami) już ponad 10 lat temu. Po tych artykułach pośrednicy stawali się na pewien czas bardziej ostrożni.

Krzysztof Jażdżewski, który do niedawna był zastępcą głównego lekarza weterynarii (ds. Zdrowia Zwierząt oraz ds. Unii Europejskiej i Współpracy z Zagranicą), pamięta że w ciągu ostatnich 6 lat były 4 afery mięsne (łącznie z tą na Mazowszu). - Koło Radomia, Bielska Podlaskiego i Rawy Mazowieckiej - wylicza. - Zwykle scenariusz był podobny: nielegalny ubój pod osłoną nocy.

Potrzebne twarde dowody

Posesję, na której teoretycznie nic się nie dzieje i jest zamknięta, trudno skontrolować. Bywało, że inspektorzy prosili o pomoc policję, ale by wejść do zamkniętej ubojni trzeba mieć twarde dowody, nakaz.

Jedną z najlepiej udokumentowanych spraw była ta sprzed sześciu lat. 16 marca 2013 r., łódzcy policjanci zatrzymali do kontroli samochód ciężarowy przystosowany do przewozu bydła. Z 24 przewożonych krów aż 9 było martwych, a stan 15 pozostałych pozostawiał wiele do życzenia. Z informacji przekazanych przez policję (także zdjęć i materiałów wideo) wynikało, że zwierzęta nie były w stanie samodzielnie opuścić tira i trzeba było humanitarnie zakończyć ich cierpienia. Transport przyjechał spod Brodnicy.

Nieco później - 18 marca, policjanci znaleźli niedaleko Białej Rawskiej, w woj. łódzkim, ciężarówkę - chłodnię, w której zmagazynowano ok. 18 ton drobnego mięsa i podrobów wołowych. Towar pochodził z jednego z pobliskich zakładów masarskich. Powiązali te sprawy.

Prokuratura Rejonowa w Rawie Mazowieckiej ustaliła, że małżonkowie Beata i Sławomir G. prowadzili skup zwierząt pod Brodnicą i współpracowali z Piotrem M. - właścicielem ubojni pod Rawą Mazowiecką, do której trafiały pourazowe i chore krowy.

30 października 2018 r. zapadł wyrok w tej sprawie. Najwyższy wymiar kary otrzymał Piotr M. - 3 lata bezwzględnego więzienia, 120 tys. zł grzywny i zakaz prowadzenia działalności gospodarczej związanej z żywnością.

Dlaczego dopiero po takim czasie zapadł wyrok? - Musieliśmy przesłuchać ok. 500 osób - wyjaśnia prokurator Kamil Bednarek z Rawy Mazowieckiej.

- Wyrok wciąż nie jest prawomocny, więc można przypuszczać, że sprawa potrwa łącznie ok. 8 lat - dodaje Jażdżewski. - Po takim czasie mało kto już pamięta o co w niej chodziło.