Daniel Stefański: Piłkarze czują przede mną respekt

    Daniel Stefański: Piłkarze czują przede mną respekt

    ROZMAWIALI ARTUR KLUSKIEWICZ i PAWEŁ SKRABA

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Zima, wczesna wiosna - dla Daniela Stefańskiego nie ma wolnego, jeśli ma być przygotowany na sędziowanie Ekstraklasy.

    Zima, wczesna wiosna - dla Daniela Stefańskiego nie ma wolnego, jeśli ma być przygotowany na sędziowanie Ekstraklasy. ©fot. Paweł Skraba

    Rozmowa z Danielem Stefańskim, arbitrem Ekstraklasy.
    Zima, wczesna wiosna - dla Daniela Stefańskiego nie ma wolnego, jeśli ma być przygotowany na sędziowanie Ekstraklasy.

    Zima, wczesna wiosna - dla Daniela Stefańskiego nie ma wolnego, jeśli ma być przygotowany na sędziowanie Ekstraklasy. ©fot. Paweł Skraba

    - Podobno PZPN wydał zakaz publicznego wypowiadania się sędziom?
    - Nie wiem nic o zakazie, a jedynie o potrzebie autoryzacji tekstu. To normalna praktyka.

    Pierwsze śliwkirobaczywki

    - Jak zostać sędzią ekstraklasy?
    - Trzeba kochać futbol, mieć osobowość, odwagę, prezencję, szybkość, wydolność, mądrość, pracowitość, regularność i dążyć do samodoskonalenia... (śmiech).

    - Jak blisko jest pan tej doskonałości?
    - Przede mną długa droga...

    - Debiutancka runda w ekstraklasie, w sezonie 2009/10, nie była "usłana różami"?
    - Po pierwszych trzech bardzo udanych spotkaniach doświadczyłem na własnej skórze co to znaczy popełnić błąd w zawodach ekstraklasy. Wraz z asystentem wykazaliśmy się młodzieńczą brawurą, dyktując "11" w sytuacji na pograniczu linii pola karnego. Powtórki telewizyjne okazały się bezlitosne. Faul miał miejsce przed linią. Byliśmy załamani. Tak dobrze czuliśmy się, podjęliśmy wiele trafnych i trudnych decyzji, jednak sędzia jest jak saper. Wystarczy jedna pomyłka i nieszczęście gotowe. Nietrudno się domyślić, że otrzymaliśmy lekcję medialnej krytyki.

    - Później było już tylko lepiej?
    - To prawda. Mile wspominam wiosnę 2010 roku, bo Kolegium Sędziów coraz częściej delegowało mnie na bardzo ważne dla układu tabeli zawody. Jako debiutant prowadziłem m.in. derby Warszawy, mecze decydujące o spadku, czy też udziale w europejskich pucharach. Ten okres rozwinął mnie jako sędziego i jednocześnie utwierdził mnie w przekonaniu, że ciężka praca nie idzie na marne.

    - Za ostatnie miesiące pańskiej pracy zewsząd słychać pochwały pod pana adresem. Media nie mogły nachwalić się, iż w końcu w Ekstraklasie mamy arbitra prowadzącego zawody z duchem gry.
    - W Ekstraklasie mamy naprawdę wielu dobrze i nowocześnie sędziujących arbitrów. Spór o ducha gry rozgorzał oczywiście przy okazji meczu Legia - Cracovia, gdy w doliczonym czasie podyktowałem rzut wolny pośredni za trzymanie piłki w rękach powyżej sześciu sekund przez bramkarza krakowian Marcina Cabaja. Tym razem gra "na czas" okazała się dla zespołu gości zgubną taktyką.

    - Teraz przed meczem trenerzy na hasło "Daniel Stefański" przestrzegają zawodników przed przetrzymywaniem piłki. A czy piłkarze również nabrali większego szacunku do pana osoby?
    - Na pewno tak. Tą niestandardową decyzją zwróciłem uwagę środowiska. I są zmiany, na lepsze. Zawodnicy zrozumieli, iż nie ma sensu grać na zwłokę, gdyż może im to jedynie zaszkodzić. I przyznaję, że później przez całą rundę jesienną nie miałem żadnej sytuacji, podczas której musiałbym po raz kolejny odliczać sekundy.

    - Pańską postawę docenia Kolegium Sędziów? Wie pan, jakie otrzymywał noty?
    - Oczywiście, znam swoje noty i jestem z nich bardzo zadowolony. Przyznam jednak, że najbardziej cieszy mnie zawsze nominacja na kolejny mecz.

    Uciekając do szatni

    - Po kilku tygodniach przerwy znów zagościł pan w mediach, tym razem po meczu Steauy z Napoli. Zarzucano, iż przez decyzje polskich sędziów gospodarze stracili pewne 3 punkty (Włosi z 0:3 osiągnęli wynik 3:3 - red.).
    - Rumuni zagrali naprawdę świetne zawody, ale zremisowali na własne życzenie. Najpierw, przy stanie 3:0 czerwoną kartką został ukarany jeden z zawodników. Włosi zaczęli pogoń za wynikiem. Na kilka minut przed końcem regulaminowego czasu gry było 3:2. W momencie, gdy pokazywałem doliczony czas, bramkarz gospodarzy zasygnalizował kontuzję i w efekcie z 4 minut zrobiło się 7. Napoli wyrównało w ostatniej akcji meczu, co doprowadziło do pasji rumuńską publiczność, a my wraz z drużyną Napoli ewakuowaliśmy się do szatni!

    - Naprawdę przeżył pan wraz z kolegami aż taki horror?
    - Kibice z Bukaresztu mają "gorące" głowy, zareagowali impulsywnie. Zresztą nie tylko oni, bo nawet kierownik Steauy był bardzo krewki. Z trybun leciało dosłownie wszystko, od monet po butelki i kawałki krzesełek. Całe szczęście, że mogliśmy liczyć na pomoc ochrony. Bez niej pewnie nie wróciłbym do szatni w jednym kawałku. Na szczęście UEFA bardzo wysoko oceniła naszą pracę.

    - Mecz w Bukareszcie był kolejnym pańskim spotkaniem w europejskich pucharach. Powoli raczkuje pan na międzynarodowej arenie.
    - Gwoli wyjaśnienia - nie jestem arbitrem międzynarodowym. UEFA zezwoliła na udział w roli "technicznego" sędziom krajowym. Cieszę się ogromnie, że spotkał mnie taki zaszczyt, ponieważ doświadczenie, jakie tam zdobywam, trudno przecenić. Na razie mam za sobą pięć spotkań w Lidze Europejskiej. Mile wspominam mój udział w meczu FC Brugge - Dynamo Mińsk. Patrząc na kolorystykę stadionu i strojów gospodarzy, czułem się jak w Bydgoszczy na boisku Zawiszy.

    - Obserwując poczynania zagranicznych klubów, Europa mocno uciekła polskim drużynom?
    - Oj, tak. Prowadząc mecze takich drużyn jak Villarreal, czy Zenit Sankt Petersburg przekonaliśmy się, jak grają zespoły przez duże "z".

    Obrona przed technologią

    - Wróćmy na polskie salony. Z perspektywy sędziego poziom Ekstraklasy wzrasta dzięki obcokrajowcom?
    - Ekstraklasa staje się coraz ciekawszym i bardziej profesjonalnym produktem. Powstają nowe stadiony, mecze mają godną oprawę. Myślę, że w warstwie sportowej również możemy zauważyć progres. Coraz rzadziej trafiają do naszej ligi przypadkowi gracze. Poziom się wyrównał, każdy może wygrać z każdym. Nie sądzę, aby dla któregoś z klubów zatrudnianie obcokrajowców było celem samym w sobie. Po prostu takie są realia rynkowe. Zbyt mało jest młodych graczy w Polsce, którzy byliby w stanie wygrać rywalizację w ekstraklasowym zespole, przez co ceny dyktowane za tych najzdolniejszych przekraczają możliwości budżetowe większości klubów.

    - Nie ma problemów komunikacyjnych z zagranicznymi piłkarzami?
    - Język piłki jest uniwersalny. W dzisiejszych czasach większość piłkarzy przynajmniej rozumie podstawowe zwroty w języku angielskim. Nie mamy kłopotów z porozumiewaniem się. A jeżeli one się pojawiają, to przeważnie obcokrajowcy pokornie przytakują, kiwając głową (śmiech).

    - Lepiej jest sędziować futbol w Ekstraklasie, czy kopaninę w niższych ligach?
    - Różnica poziomów lig jest odczuwalna. Sędziując zawody w niższych czasami nie wiadomo, gdzie się ustawić. Zdarza się, że gonimy za akcją, bo dla obrońców jedynym rozwiązaniem jest długie podanie do napastnika. Ekstraklasa to inna bajka. Zawodnicy są nieźle przygotowani, ich akcje są bardziej przemyślane i przewidywalne dla sędziego. Gdyby wyłączyć kamery, to sędziowanie w tej lidze byłoby czystą przyjemnością. Niestety, mamy tylko jeden kąt widzenia, zaś kamer wokół boiska jest kilkanaście.

    - Jest pan zwolennikiem wykorzystania kamer?
    - To jest trudny temat. Można odnieść wrażenie, że bronimy futbolu przed technologią, a ona i tak próbuje wciskać się drzwiami i oknami. Jako sędzia z przyjemnością skorzystałbym z każdej nowinki, która pomoże mi podejmować słuszne decyzje. Ale nie wyobrażam sobie, by mecz polegał na ciągłym bieganiu do monitora. W grę wchodzi tylko rozwiązanie, które nie wyhamuje płynności gry i nie zabije ducha futbolu. Jako sędziowie już korzystamy z systemu komunikacji radiowej na boisku, a producenci pracują nad wdrożeniem goal-line technology, pozwalającej określić, czy piłka przekroczyła linię bramkową.

    Marzenia o Europie

    - Daniel Stefański - sędzia zawodowy?
    - Poświęcam się w pełni piłce, bo tylko w ten sposób mogę wydobyć i wykorzystać na boisku cały swój potencjał. Kilka miesięcy temu porzuciłem nawet pracę, by skupić się na sędziowaniu. Niewątpliwie zaryzykowałem, ponieważ nie posiadam zawodowego kontraktu, ale traktuję ten okres jako inwestycję w siebie. Skoro stałem się częścią zawodowego futbolu, wymagam od siebie profesjonalizmu. Wierzę, że program będzie rozwijany i uda mi się dołączyć do grona sędziów zawodowych.

    - Zapewne stawia pan przed sobą wysokie cele. Marzy się panu udział w europejskich pucharach w roli głównego?
    - Oczywiście! Nigdy moim celem nie było sędziowanie konkretnej ligi, tylko ciągły rozwój. Najważniejsze, że cały czas dostrzegam rezerwy w swoim sędziowaniu. To naturalne, że marzę o karierze na międzynarodowych arenach. Jednak na dziś jestem sędzią krajowym i swoją postawą dopiero staram się udowodnić, że mógłbym zasługiwać na taką nominację.

    - Czy jest możliwość, żeby zdążył pan przed EURO 2012? Udział w wielkiej imprezie na polskich boiskach byłoby spełnieniem marzeń?
    - Byłoby pięknie, ale nie ma na to szans. W UEFA są struktury sędziów, tzw. koszyki i droga na szczyt trwa kilka lat.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (8)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    To warto zobaczyć

    Wideo