Etyka? Sentymenty? Prawda? Jakie są realia pracy polskich prawników?

Dorota KowalskaZaktualizowano 
Prawnicy w Polsce są ostatnio na cenzurowanym. Przy okazji sporu o TK dostało się sędziom, przy okazji afery reprywatyzacyjnej w Warszawie - adwokatom. Czy słusznie?

Prawnicy są na cenzurowanym. Dostaje się komornikom, prokuratorom, sędziom, adwokatom. Tym ostatnim w związku z aferą reprywatyzacyjną, którą od kilku tygodni żyje kraj. Pokrótce, aby przybliżyć temat: pod koniec sierpnia „Gazeta Wyborcza” opisała okoliczności reprywatyzacji jednej z najdroższych działek w Warszawie przy ul. Chmielnej 70. Miasto zwróciło ją w 2012 r. trojgu prawnikom, którzy wykupili do niej roszczenia. Wśród nich jest obecny szef samorządu adwokackiego w Warszawie Grzegorz Majewski. Tyle że byłemu współwłaścicielowi nieruchomości, obywatelowi Danii, jeszcze w PRL zostało przyznane za działkę odszkodowanie. W 2012 r. działający w imieniu trójki prawników mec. Robert Nowaczyk odebrał od ówczesnego wicedyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami Jakuba Rudnickiego decyzję o zwrocie działki. Rudnicki kilka tygodni później zrezygnował z pracy w ratuszu. Obu panów – prawnika i urzędnika – łączyły relacje biznesowe, obaj byli współwłaścicielami nieruchomości w Zakopanem. Co ciekawe, żona Grzegorza Majewskiego Katarzyna Majewska także była zatrudniona w Biurze Gospodarki Nieruchomościami. Ponoć nikt nie wiedział, jakie relacje łączą ją z prawnikiem. – Mecenas Grzegorz Majewski, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, największego samorządu adwokackiego w Polsce, nie powinien pełnić swojej funkcji. Prawa bowiem być może nie złamał, ale rozminął się ze zwykłą przyzwoitością – stwierdzili zgodnie prof. Ewa Łętowska, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Coś musi być na rzeczy, bo pierwszy zastępca rzecznika dyscyplinarnego Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie mec. Grzegorz Fertak wszczął postępowanie dyscyplinarne dotyczące udziału adwokatów w sprawie reprywatyzacyjnej. Prawnicy trafili na pierwsze strony gazet, dziennikarze pytają o ich etykę zawodową, zwyczajną przyzwoitość, której zwłaszcza od przedstawicieli tej grupy zawodowej powinno się wymagać.

Adwokaci sami są sobie winni – mówi Jacek Kondracki, warszawski mecenas cieszący się szacunkiem i świetną opinią w środowisku. Studia prawnicze kończył dokładnie 50 lat temu – w 1966 r., od 1972 r. zajmuje się adwokaturą.

– Wie pani, jak źle spogląda na nas władza, to w gruncie rzeczy dobrze, bo to oznacza, że nie spełniamy jej oczekiwań, a adwokatów nie lubią rządy totalitarne, restrykcyjne. Jeśli jednak źle spogląda na nas społeczeństwo, to wyłącznie nasza zasługa – dodaje.

Kolega po fachu ze Stanów Zjednoczonych opowiadał mu ostatnio taki dowcip, czy może raczej powiedzenie, że jak się szczura oswoi, będzie karmić, to szczur człowieka w rękę nie ugryzie, ale już adwokat...

– Prawnicy w żadnym, zwłaszcza demokratycznym społeczeństwie, nie cieszą się zbytnim szacunkiem i zaufaniem społecznym – opowiada mec. Kondracki. – Tak jest na przykład w Stanach Zjednoczonych. Tam ludzie znajdują się właściwie w takich adwokackich kleszczach: nikt niczego nie zrobi bez prawnika, niczego nie załatwi. A ci nie traktują zasad etyki priorytetowo, bo priorytetem jest zysk, chodzi im tylko o to, aby jak najwięcej z klienta wycisnąć, i ludzie to widzą – dodaje adwokat. Za oceanem adwokat zrobi wszystko, żeby wyciągnąć klienta z kłopotów, użyje każdej sztuczki, skorzysta z każdej furtki.

Mecenas Kondracki podaje choćby przykład sprawy Simpsona, amerykańskiego sportowca i aktora. W 1994 r. Simpson został oskarżony o zabicie swojej byłej żony Nicole Brown oraz kelnera z restauracji Mezzaluna Rona Goldmana, ale został uniewinniony przez ławę przysięgłych. Na czele grupy obrońców, której udało się do tego doprowadzić, stał początkowo Robert Shapiro, potem Johnnie Cochran. Ale Simpsona bronił tak naprawdę sztab ludzi, prawie dziesięciu prawników. Wszyscy w markowych garniturach, z najdroższymi zegarkami na rękach. Zrobili wszystko, aby zapadł taki właśnie wyrok. Czy przysięgli dali się zwieść pozorom? Wystarczy powiedzieć, że w 1997 r. sąd cywilny zasądził od Simpsona odszkodowanie w wysokości 33,5 mln dol. dla rodzin zmarłych, przyjmując, że Simpson pozbawił ich życia. Ale też zgodnie z prawem stanu Kalifornia sąd cywilny nie był związany wyrokiem sądu karnego.

– Dzisiaj liczy się przede wszystkim osiągniecie celu, nieważne, jakim kosztem, czy zgodnie z zasadami – zauważa mecenas.

W Polsce dzieje się podobnie – zawód adwokata jest w fatalnej kondycji.

– Przyczyn jest bardzo wiele. Podstawową jest populistyczne, a niczemu niesłużące, tak zwane otwarcie tego zawodu. Niczemu niesłużące, bo wyrządzające szkodę zarówno młodym ludziom, którzy w to wchodzą, poświęcają czas i energię, a potem nie mają możliwości wykonywania tego zawodu, jak i społeczeństwu, które oczekuje obsługi przez młodych, zdolnych i niedrogich ludzi. Bardzo serdecznie dziękuję! Odbywałem, aby zostać adwokatem, drugie studia. Pięć lat studiów, potem dwa lata aplikacji sądowej i trzy lata aplikacji adwokackiej – dopiero egzamin adwokacki. Chodziłem za patronem, oglądałem, co się dzieje na świecie. Z dnia na dzień pozyskiwałem wiedzę, której się nie wyczyta. To jest wiedza, którą się – że tak powiem – wysiaduje. Ci ludzie pracują teraz po różnych firmach, zarabiają pieniądze, odbywają potem zajęcia, chyba czterogodzinne, zdają testowy egzamin i zostają adwokatami. To wszystko jest kompletnie postawione na głowie! W efekcie z zawodu, który był służebny dla społeczeństwa, stworzył się zawód, który jest trochę taki „nie wiadomo co”. Na pytanie, czy to ulegnie zmianie, udzielam odpowiedzi: „Jestem optymistą”. Może tak. Tylko na czym polega problem – wykruszają się kadry profesjonalistów, od których ci młodzi mogą się uczyć. Mieliśmy – my, w naszych czasach – znakomitych patronów. Szło się na salę, gdzie broniło kilku adwokatów, i obserwowało się ich pracę, to było jak seminarium. Dzisiaj tak się nie dzieje. Strasznie trudno o ten towar, jakim jest doświadczony, dobry adwokat – opowiada mec. Kondracki.

Duża liczba prawników na rynku, bo państwowe i prywatne uczelnie wypuszczają ich co roku krocie, powoduje silną konkurencję, a co za tym idzie – walkę o klienta i o pieniądze. Zasady etyki schodzą na plan dalszy. Jak tłumaczy mec. Kondracki, w PRL-u, cokolwiek by o nim mówić, byli prawnicy starej daty, oni trzymali się zasad, pewnej przyzwoitości. Tego nikt w XXI w. nie uczy młodych ludzi. – Aplikanci nie mają żadnego wychowania adwokackiego – dodaje. Na aplikacji są zajęcia z etyki zawodowej, potem egzamin. Tyle. – Dzisiaj podstawową zasadą w tym zawodzie jest gonitwa za pieniądzem, coraz mniejsza jest liczba adwokatów przestrzegających reguł adwokackiej profesji – wzrusza ramionami mec. Kondracki.

Opowiada, że w czasach PRL-u byli bardzo sekowani, źle widziani, znienawidzeni przez władzę. W czasach Solidarności ich pozycja w społeczeństwie wzrosła, ale też pomagali związkowcom, bronili ich na procesach, doradzali. Od lat 90. ludzie patrzą na nich jak na tych, którzy stoją po stronie bandziorów.

Bo jak taki Tadeusz Józef de Virion, adwokacka sława, legenda niemal, został adwokatem Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, obrońcą Jeremiasza Barańskiego, ps. Baranina? Skandal! Ludzie nie rozumieją, że każdy ma prawo do obrony: morderca, gwałciciel – każdy. Mecenas Mieczysław Maślanko, znany warszawski adwokat, zwykł mawiać, że Marii Skłodowskiej-Curie broni się raz w życiu, a na co dzień – złodziei, bandziorów, zwyczajnych przestępców.

Teraz doszła jeszcze opinia tych, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko, nie przestrzegając żadnych reguł i zasad.

Młody adwokat: – Wiele w tych słowach racji, ale prawda jest jednak też taka, że kiedyś, aby dostać się na adwokaturę, trzeba było mieć rekomendacje, a najlepiej pochodzić z adwokackiej rodziny. Tyle że, rzeczywiście, nikt nikomu nie robił nadziei, jeśli widać było, że nie nadaje się do tego zawodu. Dzisiaj adwokatem może być prawie każdy. Jeśli nie dostanie się na Uniwersytet Jagielloński czy ten Warszawski, pójdzie na prywatną uczelnię, nie zawsze najlepszą, ale wypuszczającą magistrów prawa.

Efekt? Na rynku jest 30 tys. adwokatów.

– Ci młodzi robią wszystko, aby utrzymać się na powierzchni. Biorą sprawy nie do wygrania, nie postępują fair wobec klientów. Jedni windują stawki, inni wręcz odwrotnie: strasznie je zaniżają, aby jakoś przeżyć – mówi młody prawnik. I dodaje, że w środowisku mówi się, iż afera reprywatyzacyjna może uderzyć w adwokatów, da pretekst nowej władzy, aby w jakiś sposób ich kontrolować. Nie tylko on tak sądzi.

Mecenas Zbigniew Ćwiąkalski, adwokat, nauczyciel akademicki, od 2007 do 2009 r. minister sprawiedliwości i prokurator generalny, zauważa, że takie sytuacje jak ta związana z aferą reprywatyzacyjną i udziałem w niej prawników, zdarzają się także wśród przedstawicieli innych grup zawodowych. Potem takie pojedyncze przypadki są bardzo często uogólnianie i przenoszone na całe środowiska. Tak stało się teraz.

– Biorąc pod uwagę liczbę prawników, którzy wykonują swój zawód, nie tylko przecież adwokatów, prokuratorów czy sędziów, ale także chociażby komorników czy radców prawnych, przypadków łamania zasad etyki zawodowej, pomyłek czy sytuacji, kiedy dochodzi do konfliktu interesów, wcale nie jest tak wiele – zauważa mec. Ćwiąkalski. – Co nie znaczy, że nie odnoszę się do nich bardzo krytycznie – dodaje.

Zdaniem byłego ministra sprawiedliwości czasami atak na takie czy inne środowisko zawodowe zostaje dokonany z czysto politycznych potrzeb. I – jego zdaniem – taką mamy właśnie sytuację dzisiaj, jeśli chodzi o prawników, choćby z powodu tego, co dzieje się wokół Trybunału Konstytucyjnego.

– Moim zdaniem jest w tym momencie zapotrzebowanie, aby społeczeństwu ten zawód obrzydzić, pokazać prawników w jak najgorszym świetle. I myślę, że będą pokazywane kolejne przypadki złych adwokatów, komorników, sędziów – uważa minister Ćwiąkalski.

Pod adresem sędziów mocne słowa padły właśnie w związku z zamieszaniem wokół Trybunału Konstytucyjnego. Dostało się prezesowi Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzejowi Rzeplińskiemu. Beata Mazurek, rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości, stwierdziła nawet, że stanowisko Sądu Najwyższego, który wydał uchwałę o respektowaniu niepublikowanych wyroków Trybunału Konstytucyjnego, to efekt „spotkania kolesi”. Pani rzecznik trochę się zapędziła, wyszło niegrzecznie, nawet żenująco, w każdym razie opozycja nie zostawiła na niej suchej nitki. Ale temat sędziów powraca systematycznie od miesięcy.

Barbara Piwnik jest sędzią z 38-letnim stażem, była ministrem sprawiedliwości w rządzie Leszka Millera. Na sali sądowej prowadzi rozprawy twardą ręką – wytyka błędy tak prokuratorom, jak adwokatom. Swego czasu okrzyknięta przez media polskim sędzią Falcone. Prowadziła wiele trudnych, ważnych procesów, w tym te dotyczące zorganizowanej przestępczości. Właśnie zapadł wyrok w słynnej sprawie tzw. obcinaczy palców, którą prowadziła.

Ta nagonka na prawników, oskarżenia pod ich adresem dotykają ją, obrażają?

– Nic nie jest mnie w stanie dotknąć czy obrazić w wykonywaniu mojej pracy, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Swój zawód wykonuję zgodnie z własnym sumieniem, wykorzystując przy tym całą swoją wiedzę i doświadczenie – mówi. – Sędziowie przez ten ostatni okres dwudziestu paru lat powinni zapracować sobie na szacunek i zaufanie społeczne. Czy zapracowali? Wygląda na to, że nie – dodaje po chwili.

Może byli zbyt zajęci sobą, aby znaleźć czas na walkę o to społeczne zaufanie? Bo czy społeczeństwo zna prezesa Sądu Najwyższego? Nie. Sędziów z Krajowej Rady Sądownictwa? Nie. Sędziów Trybunału Konstytucyjnego poznało przy okazji sporu. Gdyby sędziowie zadbali o to, by mieć w społeczeństwie autorytet, prezydent nie śmiałby odmówić nominacji dziesięciu sędziom sądów powszechnych, o co wnosiła KRS, czy zaprosić nowych sędziów TK na ślubowanie grubo po północy.

Sędzia Piwnik nie chce komentować takich opinii, ale znana jest z tego, że od lat krytycznie wyraża się o tym, co dzieje się w wymiarze sprawiedliwości, a co dotyczy chociażby dochodzenia do zawodu sędziego. Zwraca uwagę na fakty, o których wspomniał już mec. Jacek Kondracki.

– Pochodzę z tej starej szkoły sędziowskiej, z czasów, kiedy był sędzia patron, a aplikacja wyglądała tak, że od pierwszego dnia w sądzie było się wychowywanym w atmosferze: jesteś przyszłym sędzią. Nie aplikowałam w Warszawie, aplikowałam w woj. suwalskim, to był mój wybór. I podczas aplikacji cały czas pytano nas, co na ten czy tamten temat myślimy. Nie byliśmy na sali rozpraw prostymi maszynkami do zapisywania tekstu, każdy z nas musiał przeczytać wszystkie sprawy, które danego dnia były na wokandzie, i prezentować własne stanowisko, własny pogląd. To były inne czasy: mieliśmy mentorów, uczyliśmy się. I każdy z nas żył życiem dorosłego człowieka. Nasz proces dochodzenia do zawodu poprzez aplikację był komentowany, omawiany przez sędziów – to były dwa lata ciężkiego terminowania w podejmowaniu decyzji i nabywania doświadczenia – opowiada. – Zmieniono ten system, teraz jest centralne szkolenie, aplikant rzadko bywa w sądzie i nagle czytam, że będzie dobrze, bo aplikant ma być na etacie w sądzie. To po co było przez 10 lat robić rewolucję i niszczyć system, który funkcjonował? Inna rzecz: na stanowiska w sądach rejonowych powoływanych jest wiele osób, które przez wiele lat były referendarzami czy asystentami sędziów. Asystenci przez lata na polecenie sędziego robili określone czynności, nagle z dnia na dzień wejdą na salę rozpraw, staną się panami życia i śmierci i czy każdy się w tym odnajdzie? – pyta.

Kiedyś sale sądowe były wypełnione po brzegi publicznością. Na rozprawy przychodziły nie tylko rodziny oskarżonych i pokrzywdzonych, ale także aplikanci adwokaccy, sądowi, prokuratorscy. Podpatrywali pracę starszych kolegów, zwłaszcza w dużych, skomplikowanych procesach, uczyli się na konkretnych sprawach. Dzisiaj tego zwyczaju nie ma.

Jednak najczęstszy zarzut kierowany pod adresem sądów, a tym samym samych sędziów, to ten, że działają opieszale. Sprawy w sądach ciągną się latami i wina leży nie tylko w samej organizacji pracy.

– Wie pani, może mam przywarę starszego człowieka, ale jakby tak sięgnąć do archiwów, chociażby lat 70., wtedy pracowałam już w sądzie i wtedy sprawy szły szybko. A dlaczego? Dlatego że prokurator prowadzący czy nadzorujący nie ośmieliłby się wnioskować o przesłuchanie świadka, który nie ma nic do powiedzenia w sprawie. Prokurator przychodzący na salę rozpraw nie mówił: „Do uznania sądu” albo „Nie mam wniosków”. Bo prokurator czuł się odpowiedzialny za sprawę. Dzisiaj mówi: „Do uznania sądu”, „Nie mam wniosków”. A jak się zapytać, na jaką okoliczność dany świadek ma być słuchany, bo jest ich 50, a wystarczyłoby dziesięciu, to słychać: „Bo prokurator taki wniosek złożył”. Gdyby ciągnąca się dzisiaj latami sprawa trafiła na wokandę w latach 70., byłaby rozpoznana na paru terminach. Dlatego że było inne przygotowanie sprawy i inne przygotowanie tych, którzy w tej sprawie występowali po obu stronach sali sądowej – tłumaczy sędzia Piwnik.

Sprawy szły szybko także dlatego, że sądy nie pracowały do godz. 16, ale do czasu wysłuchania ostatniego świadka. Sędzia mógł się cieszyć autorytetem. Dzisiaj – już niekoniecznie.

Zastrzeżenia budzi także proces awansowania w tym zawodzie, mówi się o kumoterstwie, kluczu towarzyskim, który decyduje o tym, kto w jakim sądzie pracuje i czy ma szansę na lepsze, wyższe stanowisko.

Do tej pory jest tak, że pracę sędziego kandydującego na wyższe stanowisko ocenia sędzia wizytator z tego samego sądu okręgowego lub sądu apelacyjnego.

Kiedy ministrem sprawiedliwości była Barbara Piwnik, zaproponowała na specjalnym spotkaniu prezesów sądów apelacyjnych zmiany. Takie, aby pracę sędziego kandydującego do sądu okręgowego oceniał sędzia wizytator z innego sądu okręgowego i analogicznie – pracę sędziego kandydującego do sądu apelacyjnego oceniał sędzia wizytator z innego sądu apelacyjnego. To wyeliminowałoby podejrzenia, że awanse w zawodzie są dyktowane innymi niż merytoryczne względami. Pomysł wówczas minister Piwnik nie spotkał się jednak z akceptacją jej kolegów.

Już zupełnie odrębną sprawą jest to, że znajomość prawa w społeczeństwie jest żadna. Szacunek do instytucji państwa i prawa – podobnie.

– Od lat powtarzam, jeśli mówimy o demokratycznym państwie prawa, to obywatel od szkoły podstawowej powinien być uczony konstytucji, elementów prawa. Powinien wiedzieć, że być obywatelem to nie tylko prawa, ale też obowiązki. Rozumieć swoje prawa, rozumieć obowiązki. Jeżeli słyszę jednego z ministrów, który mówi, może mu się wyrwało, że ma w nosie literę prawa, to mam świadomość, jak takie stwierdzenie zapada ludziom w pamięć – mówi sędzia Piwnik.

Prokuratorzy cięgi zbierają dość systematycznie. Można powiedzieć, że obok komorników są najczęściej atakowani wśród prawników. Oni sami rozmawiają, ale anonimowo, bo na każde wystąpienie w mediach trzeba mieć zgodę przełożonego, a to sporo zachodu.

– Tak, zdarza się, że jesteśmy nieprzygotowani, ale w prokuraturze rejonowej w dużym mieście na jednego prokuratora przypada 20 do 40 spraw miesięcznie, to strasznie dużo. Tak, zdarza mi się chodzić na sprawy średnio przygotowanym – mówi nam jeden z warszawskich prokuratorów.

I tłumaczy, że aby przygotować się do kilku spraw, które są jednego dnia na wokandzie, powinien co najmniej jeden dzień spędzić w sądzie, czytając akta. A musi prowadzić przecież inne postępowania przygotowawcze. Poza tym wokandy układane są pod adwokatów, nie prokuratorów, sędzia wie, że jak nie przyjdzie prokurator, którego to sprawa, to zastąpi go kolega.

– Więc zdarza się, że – bazując na aktach podręcznych – pędzimy na sprawę, którą prowadzi ktoś inny – przyznaje prokurator. To zdarza się przede wszystkim prokuratorom pracującym w rejonie, ale równie głośno o tych, którzy zawodzą w głośnych, właściwie najważniejszych sprawach prowadzonych w kraju. Żeby wspomnieć chociażby śledztwo w sprawie zabójstwa gen. Marka Papały. Przypomnijmy, gen. Marek Papała został zastrzelony 25 czerwca 1998 r. w Warszawie, w samochodzie przed blokiem, w którym mieszkał. W toku śledztwa rozpatrywano kilkanaście wersji, przeprowadzono kilkaset przesłuchań świadków. Sprawę prowadziła najpierw Prokuratura Apelacyjna w Warszawie. W trwającym od lutego 2010 r. procesie warszawska prokuratura oskarżyła Ryszarda Boguckiego o obserwowanie miejsca zabójstwa Papały i bezskuteczne nakłanianie w 1998 r. za 30 tys. dol. gangstera Zbigniewa G. do zabicia byłego szefa policji. „Słowikowi” postawiono zarzut nakłaniania za 40 tys. dol. do zabójstwa Papały płatnego zabójcy Artura Zirajewskiego, ps. Iwan. Według stołecznej prokuratury sprawcy zabójstwa Papały kierowali się „motywem finansowym”. W 2012 r. łódzka prokuratura apelacyjna ujawniła zaś, że – według ustaleń opartych na zeznaniach świadka koronnego Roberta P. – do zabójstwa Papały doszło w wyniku napadu rabunkowego, a sprawcy zamierzali ukraść samochód Papały. Podczas napadu Igor M., ps. Patyk (wcześniej Igor Ł. – zmienił nazwisko) miał oddać śmiertelny strzał do byłego szefa policji. Zarzuty zabójstwa usłyszeli „Patyk” i Mariusz M. Warszawska prokuratura uznaje tę wersję za „kompletnie niewiarygodną”.

Warszawski sąd uniewinnił Ryszarda Boguckiego i Andrzeja Z., ps. Słowik, od zarzutów nakłaniania do zabójstwa gen. Marka Papały. Sąd krytycznie ocenił wiele działań organów ścigania w sprawie, a dowody uznał za „kruche”.

Ale – żebyśmy mieli jasność – akurat w tym przypadku sytuacja była taka, że dwie prokuratury prowadziły śledztwo w tej samej sprawie, lansując wersje nawzajem się wykluczające. Sami prawnicy uznali sytuację za chorą, politycy domagali się głów, padały nawet stwierdzenia, że „to powinien być początek końca prokuratury”.

Ale spraw, w których prokuratorzy zawiedli, jest znacznie więcej, często piszą o nich media, wytykając śledczym niekompetencję, brak profesjonalizmu, szkolne niemal błędy.

Prokuratorzy od lat krytykowani są także za brak niezależności, uleganie presji i naciskom. Bo prawda jest taka, że niezależność tej instytucji to kwestia ludzi, którzy w niej pracują. A wiadomo – zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce podlizać się władzy albo przełożonemu. Nie bez powodu mówi się, że najsłabszym ogniwem niemal zawsze jest człowiek.

Jeśli zaś chodzi o prokuratorów, to o awansie nie tyle decyduje klucz towarzyski, co bardzo często wola polityczna, bo też ich najważniejszym przełożonym jest prokurator generalny. Dzisiaj, kiedy połączono tę funkcje z funkcją ministra sprawiedliwości, znowu polityk. Zresztą zarzuty upolitycznienia prokuratury padają dość systematycznie. Czy prokuraturze potrzebna jest głęboka reforma? Sami prawnicy mówią: Tak.

Ale chyba najbardziej znienawidzeni wśród prawników są komornicy. Ostatnio śledczych na nogi postawił alarm o wycieku danych 1,4 mln Polaków. Sprawa wydawała się jasna, bo komu przydałyby się numery PESEL tak wielu osób, jeśli nie oszustom, którzy na nazwiska obywateli mogliby zaciągać tysiące kredytów?

Potem okazało się jednak, że dane pobrali komornicy, którzy mają do tego upoważnienie w związku z prowadzonymi postępowaniami. – Skala tych pobrań nie jest aż tak duża i nie ona zwróciła naszą uwagę. Rocznie w Polsce jest około 8 mln postępowań komorniczych, a od września do ostatnich dni pobrano mniej więcej 1,5 mln rekordów – wyjaśnia Anna Streżyńska, minister cyfryzacji.

Uwagę Ministerstwa Cyfryzacji zwróciło to, że duże paczki danych pobierane są nocą. Być może komornicy robili to, aby odciążyć swoją sieć i komputery. Ministerstwo Cyfryzacji zawiadomiło o swoich podejrzeniach prokuraturę. Wspólnie z ABW podjęła ona czynności w kilku kancelariach komorniczych.

Ale co kilka tygodni media podają informację o tym, że w tej czy innej części Polski jakiś komornik zajął coś nielegalnie. W styczniu ubiegłego roku głośna była historia rolnika z Mławy, do którego pod koniec 2014 r. przyszedł komornik z decyzją o egzekucji długu. Urzędnik nie chciał słuchać tłumaczeń rolnika, że dłużnikiem jest nie on, ale jego sąsiad. Ciągnik z podwórka wyjechał. Mężczyzna wniósł sprawę do sądu, sąd – rzecz jasna – przyznał rolnikowi rację i wstrzymał egzekucję długu, ale ciągnik został już zlicytowany za 40 tys. zł.

Z kolei w maju ubiegłego roku w Poznaniu komornik zajął trzy psy na poczet niepłaconych przez ich właściciela alimentów byłej żonie. Organizacje chroniące prawa zwierząt twierdziły, że działania komornika były całkowicie nielegalne. Złożyły w tej sprawie doniesienie na policję i do prokuratury, powołując się na ustawę o ochronie zwierząt. Komornik, który zajął psy, nie chciał oczywiście komentować sprawy. Takich historii można w internecie znaleźć setki. Świadczą nie tylko o niedouczeniu, ale o najzwyklejszym w świecie braku zdrowego rozsądku. Czasami o braku empatii czy chęci zrozumienia drugiego człowieka.

Są jeszcze radcy prawni, którzy ponoć niezbyt się lubią i mocno ze sobą rywalizują, ale o nich media piszą jakby mniej.

Cokolwiek by mówić, prawnicy, tak adwokaci, jak sędziowie czy prokuratorzy, opanowali w ostatnich miesiącach media. Trwa dyskusja o ich prawach i obowiązkach, o etyce i jej braku. Czy to polityczna nagonka? Być może tak. Czy sami prawnicy dali do niej pretekst? Na pewno.

polecane: Flesz: Pszczoły wymierają. Czy grozi nam głód?

Wideo

Materiał oryginalny: Etyka? Sentymenty? Prawda? Jakie są realia pracy polskich prawników? - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 9

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
W
Wisła

Mecenas Ćwiąkalski to raczej nie powinien się w tej materii wypowiadać.. a adwokatura trochę sama sobie winna.. wystarczyło zadbać o to, aby na aplikację uprawniało wyższe wykształceni UNIWERSYTECKIE. A tak swoją drogą.. jak zajęcia z etyki aplikantów prowadzi mec. Majewski no to...

zgłoś
E
Ereal

Boję się tych sędziów. Gdyby się dowiedzieli, że sympatyzuję z PiS, nie byliby w stanie obiektywnie ocenić mojej sprawy. Tacy ludzie nie powinni pracować w sądownictwie, ich zaangażowanie polityczne uniemożliwia im sprawne pełnienie ich funkcji.

zgłoś
g
gość

Etyka, to ZAWSZE TYLKO PRAWDA!

Znalezienie PRAWDY WYMAGA, od poszukującego jej sędziego, NIEZAWISŁOŚCI od wszelkich wpływów zewnętrznych oraz SENTYMENTÓW, zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych! Bez takiego "odizolowania się" sędziego od otoczenia, NIEMOŻLIWA JEST OBIEKTYWNA OCENA ANALIZOWANEJ SYTUACJI.

Znalezienie OBIEKTYWNEJ PRAWDY wcale nie musi skutkować BEZWZGLĘDNYM WYROKIEM, bo NIEZAWISŁOŚĆ MUSI jeszcze wspierać SUMIENIE sędziego, które powinno uwzględnić, OBIEKTYWNIE ZAISTNIAŁE, "OKOLICZNOŚCI ŁAGODZĄCE".

Tym nie mniej SPRAWIEDLIWY, OBIEKTYWNY WYROK wymaga takiej właśnie kolejności:

1) PRAWDA;
2) SUMIENIE;
3) OKOLICZNOŚCI ŁAGODZĄCE.

A prawidłowe zadziałanie powyższych warunków jest CAŁKOWICIE UZALEŻNIONE od NIEZAWISŁOŚCI sędziego, analizującego powierzony mu proces sądowy, albo...
ocenę zgodności rozpatrywanej ustawy z PRZEPISAMI Konstytucji.

zgłoś
ś
św.NH

Zlustrować i ujawnić stan majątkowy, niech oddadzą wszystkie mieszkania jakie są przez sędziów zdobyte za usługi, każda kancelaria adwokacka jest umoczona a żonka Zolla też do magla.

zgłoś
#

— sędzia, prokurator, adwokat, notariusz, komornik…

zgłoś
r
reprywatyzator

To samo od czasu przejęcia władzy. Afery, afery, afery, grabież, rozdawnictwo i zamieszana w to najuczciwsza, najsprawiedliwsza władza i wyborowe elity społeczeństwa. Polacy nic się nie stało, bo Polacy dali i dają przyzwolenie. Szkoda czasu, bo jak wynaturzona władza, w kapitalistycznej patologii zdemoralizowała ludzi to bez radykalnych posunięć nie da rady. A władza i obywatele nie tyle, że nie dadzą rady, po prostu nie chcą.

zgłoś
S
Strzyga

....jak to świetnie komuna kształciła prawników, a ci wzorcowo wręcz wykonywali swoje obowiązki.

zgłoś
a
ala

powiedzialabym - etyki przestrzega zaledwie kilka procent. Reszta ma za patrona kasę albo bardzo gruba kase. To srodowisko jest najmniej etyczne (etyka zawodowa) z wszystkich innych

zgłoś
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3