Kaczątka Holendra

Jacek Deptuła jacek.deptula@pomorska.pl
Nie ma polskiego papieża, o Solidarności niewielu już w świecie pamięta, a pod pomnik Lecha Wałęsy lustratorzy podłożyli bombę.

No i przestał wygrywać Adam Małysz. Powody do narodowej dumy pozostały - do niedawna - dwa. Kierowca wyścigowy Robert Kubica i piłkarze z orłem na piersiach. Mało, jak na blisko 40-milionowy naród z wielkimi ambicjami. Ambicjami, które wzniosły na wyżyny dwuletnie rządy braci Kaczyńskich i XIX-wieczną, pseudopatriotyczną działalność Radia Maryja. Tłumaczono nam - jak w dwudziestoleciu międzywojennym - że jesteśmy wyjątkowi i nie oddamy nawet guzika. Że wszyscy tylko czyhają, aby nas okraść i upokorzyć.

Ale nie było jeszcze u władzy Prawa i Sprawiedliwości, kiedy w 2002 roku, na piłkarskich mistrzostwach świata, trener Jerzy Engel z Bogusławem Wołoszańskim postawili na treningi motywacyjne piłkarzy. Engel tłumaczył, że biało-czerwoni rozpoczynają dzień od recytacji "Jeszcze Polska nie zginęła", a później pokazuje im się... filmy o tym, jak - cytuję trenera - "najeźdźcy łupili przez wieki nasz kraj i dzielili. Polska przez wieki była brzydkim kaczątkiem Europy, ale tym razem nie damy się złupić"...

Właśnie - "złupić"! Sześć lat później narodową drużynę okradł z należącego się nam, jak chłopu ziemia, zwycięstwa angielski sędzia. Większość Polaków zapomniała lamentując nad tą trumną, że bramkę dla Polski strzelił Brazylijczyk, nasz rodak od kilku tygodni, nie mówiący słowa po polsku, w dodatku ze spalonego.

Tego rodzaju sportowy amok znany jest w Ameryce Łacińskiej, gdzie futbol jest nawet częścią fundamentów państwa. I swoistą religią. Z tą drobną różnicą, że tam piłkarze rzeczywiście potrafią grać w piłkę.

Z malucha do Europy
Z czego więc możemy być dumni, gdy chłopcy Leo Beenhakkera zaliczyli już twarde lądowanie na Okęciu? Przede wszystkim z Polaków - kibiców.

Byli fantastyczni, tak jak dwa lata temu w Niemczech. I nie myślę tu nawet o sportowym patriotyzmie, choć to na pewno było budujące. Myślę o kulturze kilkudziesięciu tysięcy Polaków w Austrii i Szwajcarii. Prócz tego, że wspaniale dopingowali, bawili się świetnie. "Bo liczy się sport i dobra zabawa" - wcale nie kpię z tego hasła polskiej drużyny. Serce rosło, kiedy się widziało, że - prócz barw narodowych - nie odróżniali się niczym od kibiców "starej" Europy.

A dlaczego mielibyśmy się różnić? - zapyta dwudziestolatek. To proste - największe sukcesy polskiej piłki nożnej z lat 70. i 80. dane nam było oglądać wyłącznie w telewizji, niekiedy nawet w kolorze. Na trybunach siadali co najwyżej przedstawiciele Polonii i kilkudziesięciu działaczy. Pozostali rodacy nie mieli paszportu, pieniędzy na bilety, hotele, posiłki (niewymienialna złotówka!) możliwości dojazdu. Żyliśmy po prostu w innym świecie.

Mimo to po ostatnich meczach pozostaliśmy głodni spektakularnego, narodowego sukcesu. Trudno nawet powiedzieć, że patriotycznie nadmuchany balon pękł. Nie pękł - został Kubica i... i... No, może coś urwiemy w Pekinie. Socjolog prof. Janusz Czapiński powiedział po fatalnym występie drużyny na mistrzostwach 2006 w Niemczech, że Polacy należą do istot nieścieralnych. Cokolwiek by się złego nie wydarzyło, odzyskują wigor i zapał do szukania jakiejś możliwości, by znów wyjść na swoje. Czy to nie prorocze słowa? Przecież przez dwa lata w polskiej piłce nie zmieniło się nic, wyjąwszy armię działaczy i sędziów piłkarskich w aresztach. A uwierzyliśmy naiwnie - nawet wybitni znawcy futbolu - że Beenhakker sprawi cud.

Wiem rzecz jasna, że uczestnictwo tysięcy polskich kibiców w wielkiej sportowej imprezie nie świadczy o pozycji czy zamożności społeczeństwa. Jednak musimy pamiętać, że zaledwie dwadzieścia lat temu z kraju wyjeżdżali nieliczni. Maluchami, polonezami, w najlepszym wypadku fiatami 125p. Nerwowo przeliczali kupione u cinkciarza marki i dolary na polskie realia. Kilogram bananów? Trzy dni pracy w Polsce. Płatny parking? Bez sensu - za to można było przywieźć pudło gumy do żucia i korzystnie sprzedać. Tylko nielicznych szczęśliwców stać było na obiad w restauracji. Reszta rozpakowywała na przydrożnych parkingach przywiezione z Polski puszki i ukradkiem się posilała. Jeśli w ogóle mieli samochód. Przed 1989 roku na granicy polsko-niemieckiej tworzono specjalne kolejki dla Polaków. Celnicy z satysfakcją wybebeszali nasze stare fiaty i polonezy w poszukiwaniu przemytu.

Tymczasem dziś nikt nie musi upokarzająco handlować polskimi kryształami, biseptolem, wódką, tureckimi kożuchami i dżinsami, żeby się "choć zwróciły koszty".
A my, przed telewizorami plazmowymi, podłączonymi do anten satelitarnych, śledziliśmy komentarze pomeczowe w światowym internecie, dzwoniliśmy do bliskich w Hiszpanii czy Niemczech. Czy to nie jest nasz polski sukces cywilizacyjny? Przecież ten cud nie spadł z nieba. To wynik naszej ciężkiej 8 i 12-godzinnej pracy w Polsce lub na emigracji. Za życia jednego pokolenia Polacy nadrobili kawał dystansu z PRL - i przedwojennego dwudziestolecia - zapóźnienia cywilizacyjnego. (Przemysł IIosiągnął poziom z 1913 r. w przededniu II wojny światowej!)

Zbyt łatwo zapominamy, że Anglia, Niemcy czy Francja dwieście lat temu stały się państwami rzemieślniczo-przemysłowymi. W Polsce dopiero 170 lat później liczba mieszkańców miast przewyższyła liczbę mieszkańców wsi.

Pomysł na patriotyzm
Ale rzeczywiście brakuje spektakularnego polskiego sukcesu. Nobla, pucharu świata, firmy, która jak Nokia lub IKEA zawojuje świat. Bo nie wierzę, że za kilka tygodni, podczas igrzysk w Pekinie, wyrośniemy na sportowe mocarstwo. Ale rojenia o potędze już się zaczynają, głównie za sprawą dziennikarzy, a nawet księży. Bo mieliśmy jeden sukces na Euro 2008 - kapelanem mistrzostw był ks. Krzysztof Pelczar. I to on tłumaczył przed pierwszym meczem Polaków:"Nie potrzebujemy cudu! Potrzebują go Niemcy, Austria tym bardziej".

Z księdzem czy bez - Polacy stęsknieni są patriotycznego sukcesu. Byle wreszcie się pojawił! Z jednym zastrzeżeniem. Jeśli polski patriotyzm ograniczy się w Pekinie do założenia biało-czerwonego cylindra z orłem, to jest coś nie tak. Jeśli budzeniem patriotyzmu będzie nadanie stadionowi narodowemu imienia polskiego papieża - to znów drepczemy w rytm narodowej mitologii. Znakomicie nazwał to zjawisko Leo Beenhakker: "Pracuję od dwóch lat w waszym cudownym kraju i nie słyszę o niczym innym, tylko o problemach. A nic o rozwiązaniach". (Od razu pomyślałem o polskich premierach).

Dla mnie sportowym cudem i przejawem najpiękniejszego patriotyzmu będą słowa uznania za organizację Euro 2012 pod naszym adresem. Za perfekcyjne przygotowanie tej ogromnej imprezy. Wtedy mogłaby nawet przegrać polska jedenastka. Nie byłoby euforii, a "tylko" patriotyczna radość z dobrze zorganizowanych mistrzostw. I zarobionych pieniędzy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie