Maciej Grześkowiak: - Zmiana nazwy stadionu Zawiszy była...

    Maciej Grześkowiak: - Zmiana nazwy stadionu Zawiszy była błędem

    Rozmawiała Magdalena Zimna

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Maciej Grześkowiak (z lewej) i Siergiej Bubka na stadionie przy ul. Gdańskiej podczas IMŚJ w lekkiej atletyce

    Maciej Grześkowiak (z lewej) i Siergiej Bubka na stadionie przy ul. Gdańskiej podczas IMŚJ w lekkiej atletyce ©Fot. Tomek Czachorowski

    Rozmowa z Maciejem Grześkowiakiem - zastępcą prezydenta miasta Bydgoszczy.
    Maciej Grześkowiak (z lewej) i Siergiej Bubka na stadionie przy ul. Gdańskiej podczas IMŚJ w lekkiej atletyce

    Maciej Grześkowiak (z lewej) i Siergiej Bubka na stadionie przy ul. Gdańskiej podczas IMŚJ w lekkiej atletyce ©Fot. Tomek Czachorowski

    CZYTAJ TEŻ

    CZYTAJ TEŻ


    Cały wywiad z Maciejem Grześkowiakiem przeczytasz w sobotnim papierowym wydaniu "Pomorskiej".



    - "Bydgoszcz - miasto sportu". To sztandarowe hasło władz miasta. A ten sport to ekstraliga czy może raczej jej zaplecze?
    - Nie ma w Polsce innego miasta, w którym sportowo dzieje się tak dużo i na takim poziomie.
    Z każdej ligi mamy po trochu. I jest w tym plan, bo sport w naszym mieście, już w założeniu, jest organizowany na kilku płaszczyznach. Pierwsza i kluczowa to baza. Miasto przejęło większość obiektów; z tym wiąże się ich utrzymanie. Na naszych barkach spoczywają m.in. wszelkie opłaty czy remonty. Dla budżetu to wydatek ponad 5 mln złotych rocznie, a dla klubów o wiele mniej zmartwień. Kolejna płaszczyzna to szkolenie dzieci i młodzieży. Za jeden punkt zdobyty w tej rywalizacji miasto płaci 400 złotych; inne ośrodki o połowę mniej. Wydajemy na ten cel 4 mln, 200 tys. złotych, lecz po sześciu latach takiej pracy widać efekty. We współzawodnictwie z rok na rok wspinamy się w klasyfikacji. Kolejna płaszczyzna - to seniorzy, bo na pomoc zawodowym klubom wydajemy około miliona złotych rocznie. Do tego dochodzą stypendia Prezydenta Bydgoszczy dla utalentowanych sportowców (a jest ich ponad 100). I ostatnie pole naszego działania - organizacja wielkich imprez.

    Więcej już nie udźwigną

    - Od razu pojawia się pytanie: czy publiczne pieniądze powinny być przeznaczane na zawodowy sport?
    - Idealnie byłoby, gdyby kluby utrzymywały się same. Kryzys daje się jednak we znaki również w sporcie i póki co, musimy klubom dać wsparcie. To jednak okres przejściowy. Pomagamy teraz po to, by doprowadzić do takiego momentu, kiedy kluby w końcu staną na nogi, same na siebie będą zarabiały i funkcjonowały na wysokim poziomie. Powoli i systematycznie zaczniemy się wycofywać, także tam, gdzie mamy udziały. To jednak kilkuletni proces.

    - Tych klubów jest w Bydgoszczy tyle, że w końcu może zabraknąć wsparcia nawet z miejskiej kasy.
    - Osiągnęliśmy już granicę. Więcej drużyn z najwyższej półki nie zdołamy utrzymać. Są dyscypliny wiodące w naszym mieście: siatkówka, żużel, piłka nożna, koszykówka. Jednym pomagamy funkcjonować na najwyższym poziomie. Innym umożliwiamy dojście do ekstraklasy; tak jest w przypadku futbolu, który w Bydgoszczy ma wielkie tradycje. Warto w niego inwestować, bo przewidujemy ogromny boom na tę dyscyplinę w związku z EURO' 2012. Niebawem do Polski zjeżdżać będą specjaliści od promocji z UEFA, a za nimi sponsorzy, gotowi inwestować w piłkę nożną. Jako miasto, chcemy by Zawisza był na to gotowy. Z drugiej strony mam odwagę powiedzieć działaczom piłkarskim Polonii i Chemika, że miasto nie udźwignie już kolejnej drużyny piłki nożnej z aspiracjami na grę w ekstraklasie. Jeśli chcą do tego dążyć, to już, niestety, własnymi środkami. W pozostałych dyscyplinach jest tak samo. Trzeba było na coś postawić, więc pozostali od miasta otrzymają podstawę, a o resztę, wynikającą często z ambicji muszą zadbać sami. Zostaną najlepsi. Ci, którzy przekonają się, że czasem w klubie trzeba zgasić światło, kiedy nie ma nikogo w budynku, szybciej zakręcić wodę, szukać racjonalnych sposobów oszczędzania.

    - A może też nie wydawać pieniędzy na wielkie imprezy skoro do przyjścia na wiele z nich, trudno namówić bydgoszczan?
    - Przyznaję, nie wszystkie cieszą się ogromnym zainteresowaniem mieszkańców. To jednak, mam nadzieję, kwestia czasu... Są zresztą dwa powody, dla których ściągamy do miasta wielkie wydarzenia. Takie imprezy, jak Grand Prix Polski na żużlu, są bardzo popularne w Polsce, w naszym regionie. Robimy je głównie z myślą o kibicach. Nie odbijają się już jednak takim echem poza granicami. Mają o wiele mniejszy wymiar promocyjny niż np. Eurobasket czy czempionat siatkarek. Te dwie imprezy nie były tak popularne w naszym mieście, lecz oglądały je miliony widzów przed telewizorami; przy okazji w tych transmisjach pojawiało się nasze miasto. Kolejny przykład: w przyszłym roku w Bydgoszczy będziemy gościli Puchar Federacji w tenisie. I ważniejsze niż to czy trybuny wypełnią się do ostatniego miejsca będzie fakt, że zasiądzie na nich przynajmniej kilkudziesięciu biznesmenów, menedżerów największych polskich firm chcących obejrzeć na korcie pojedynek Kim Clijsters z Agnieszką Radwańską. Tym samym stwarzamy przestrzeń do rozmów dla naszych przedsiębiorców. To forum towarzysko-biznesowe przy okazji sportowych imprez przynosi efekty. Czasem nie od razu, nie już, ale w końcu procentuje. Imprezy robi się również po to, by zachęcić naszych mieszkańców do uprawiania sportu. Chcemy Bydgoszczy kojarzącej się wkrótce m.in. ze zdrowym, sportowym stylem życia. I po to na przykład organizujemy mistrzostwa świata w przełajach, by kibice zobaczyli największe gwiazdy w tej dyscyplinie, no i przekonali się do biegania. Temu właśnie służyć ma rozpoczęta w niedzielę w Myślęcinku akcja Bydgoski Cross.

    - Żużel takim sportem nie jest, bo dzieci nie będą garnąć się do niego masowo. Ale lekceważyć potrzeb wielu tysięcy kibiców zakochanych w tej dyscyplinie nie można. Tych zwłaszcza, którzy płacąc minimum 80 złotych za bilet oglądają Grand Prix w fatalnych warunkach. A pan, w odpowiedzi na pytania o modernizację stadionu mówi, że w Terenzano jest jeszcze gorzej. Miasto z takimi ambicjami, jak Bydgoszcz powinno chyba raczej równać do Millennium Stadium w Cardiff?
    - Oczywiście. Byłoby idealnie, gdybyśmy mogli pochwalić się takim obiektem. Ale skąd wziąć na to środki? Dodatkowo miliony wydajemy przecież na prawa do organizacji turnieju Grand Prix. Trzeba pomyśleć racjonalnie i zastanowić się, co będzie najlepsze. Remont, droga którą wybrał Toruń stawiając nowy obiekt czy może jeszcze coś innego?

    - Edmund Obiała powiedziałby pewnie: stadion który nie ma biznesplanu na minimum kolejnych pięć lat, nie ma prawa powstać.
    - Jestem tego samego zdania. Dlatego uważam, możemy myśleć o obiekcie innym niż Motoarena, o takim, który mógłby być miejscem dla różnego rodzaju wydarzeń; również innych imprez motorowych, wielkich widowisk sportowo-artystycznych. Taki obiekt zarabiałby na siebie. To jednak wizja przyszłości.

    Usain Bolt to nie mrzonka

    - Myśli pan o tym, by wstrzymać się z remontem i za trzy, cztery lata zrobić coś z większym rozmachem?
    - Jeśli ktoś ma mieszkanie, a marzy o domku za miastem, to mimo wszystko remontuje swoje cztery kąty. Po to, by się lepiej mieszkało. W przyszłym roku rozpoczniemy remont Polonii. Nie wiem jeszcze, czy przed sezonem, wyłączając na jakiś czas część trybun z użytku, czy dopiero po zakończeniu rozgrywek. Zrobimy to niezależnie od tego, jak zakończy się sprawa obiecanej dotacji z ministerstwa Sportu i Turystyki.

    - To przewrotnie zapytam, czy mając piękną wizję wielkich i funkcjonalnych obiektów, nie będą to źle wydane pieniądze?
    - Podam przykład stadionu San Siro, gdzie grają Inter i Milan, dwa bardzo bogate kluby. Kluby sprzedają około 60 tysięcy karnetów na sezon. Ale jest dwa razy większe zapotrzebowanie na specjalne pokoje (skyboxy) dla sponsorów i władze wiedzą, że opłaca się nawet przebudować stadion, by na tych lożach później zarobić. Wizje niech więc pozostaną. Może kiedyś dojdzie do tego, że nasi sąsiedzi z Torunia zrozumieją, że 100 mln złotych na typowo żużlowy stadion można było wydać inaczej. A my wszyscy zgodzimy się, że chcemy mieć wielką arenę do sportów motorowych. Połączymy siły i gdzieś na środku drogi między miastami, wybudujemy piękny obiekt na kilkadziesiąt tysięcy miejsc, który przyćmi wszystkie inne takie areny w Europie.

    - Póki co, remont stadionu Zawiszy pochłonął 100 milionów złotych. Dlaczego więc nie mamy wielkich imprez, gwiazd przyciągających tłumy?
    - Przebudowaliśmy go, bo musieliśmy to zrobić przed mistrzostwami świata juniorów w lekkiej atletyce. I te zawody obejrzało na świecie 57 mln ludzi. Trybuny zapełniają się też na mecze piłkarskiej reprezentacji. Nie jest tak, że nie dostajemy imprez; nie dostajemy wszystkich, które byśmy chcieli. Przynajmniej nie od razu. Ale organizujemy inne właśnie po to, by kiedyś i u nas zrobić "igrzyska". A wtedy przyjadą tu gwiazdy. Usain Bolt biegający w przyszłym roku na stadionie Zawiszy to nie jest marzenie ściętej głowy.

    - Ale może tylko my uważamy się za stolicę lekkiej atletyki, skoro nawet władze PZLA uważają, że w Polsce nie ma obecnie stadionu, na którym można organizować największe imprezy lekkoatletyczne?
    - A może wynika to z tego, że ktoś ma problem ze skończeniem stadionu na Śląsku i potrzebuje dotacji? A może ktoś tam w Warszawie ma kompleks, że stołeczny mityng wypada gorzej niż nasz, bydgoski? Konkurencja jest i będzie. Nie przejmujemy się tym i robimy swoje.

    - A nie brakuje nam nieco poparcia ważnych osób, brzydko mówiąc "układów"?
    - Nie. Zapewniam, że gdyby prezydent Dombrowicz zadzwonił teraz do prezydenta EAA Hansjorga Wirtza czy przewodniczącego IAAF Lamine Diacka, to obaj odebraliby telefony. Kiedyś jeździliśmy na spotkania i nikt nawet się z nami nie witał. Teraz jest inaczej, bo przestaliśmy być kopciuszkiem i jesteśmy równorzędnym członkiem lekkoatletycznej, europejskiej i światowej rodziny. We władzach lekkiej atletyki mamy poparcie i wydeptane dobre ścieżki; takie, jak Leszek Tillinger w BSI, która decyduje o przyznawaniu żużlowych Grand Prix. Na to pracuje się latami.

    - Ma pan plan, wizję? Będzie dobre zakończenie...
    - Wierzę, że kierunek który kilka lat temu wyznaczył dla sportu prezydent Konstanty Dombrowicz, jest dobry i wszyscy będziemy zadowoleni z efektów. Wiele decyzji wzbudza kontrowersje, ale jestem pewien, że z czasem się obronią. Sam podjąłem kilka i, niestety, nie uniknąłem błędów. Jednym z nich był nacisk na zmianę nazwy stadionu Zawiszy. Do tej sprawy można było podejść inaczej. A wracając do pytania - wynik meczu o bydgoski sport jest oczywisty - Bydgoszcz ten mecz z całą pewnością wygra.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (42)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (42) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo