Maryla Rodowicz: Moje utwory dostaną nowe życie. Ja jestem wieczna

Czytaj dalej
Fot. fot. Dominika Jaruga
Anita Czupryn

Maryla Rodowicz: Moje utwory dostaną nowe życie. Ja jestem wieczna

Anita Czupryn

Jeden z artystów, którego zaprosiłam do mojego nowego projektu, schodząc ze sceny, wręczył mi list. Zakończył go bardzo pięknie, słowami: „Ty jesteś dla mnie dowodem, nadzieją, że tak długie trwanie na scenie odmładza”. Jestem dla niego tą nadzieją, że on też się nigdy nie zestarzeje – mówi Maryla Rodowicz.

Nowa wersja utworu „Sing, Sing” z udziałem Mroza to zapowiedź nowego projektu muzycznego, do którego zaprosiła Pani młodych artystów. Jak się narodził ten pomysł?

Sam pomysł – żeby nagrać płytę z moimi utworami, które będą wyprodukowane na nowo, z artystami, których zaproszę - powstał już trzy lata temu. Muzycy mają absolutną wolność w wyborze utworu, dowolność w aranżacji. Produkcja utworu też leży po stronie artystów. No i na pierwszy ogień poszedł Mrozu. Zaczęło się od spotkania u mnie w domu. Od naleśników...

… które smażyła mu Pani osobiście?

Nie. Ale doglądałam. Było bardzo miło. Porozmawialiśmy o muzyce. Następnie Mrozu przysłał mi swoją propozycję.

Kiedy okazało się, że Mrozu chcę z Panią zaśpiewać „Sing,Sing”, to co sobie Pani pomyślała?

Pomyślałam: „Jak on to zrobi?” Byłam ciekawa. Wywrócił cały utwór do góry nogami.

Sing Sing to piosenka z 1976 roku; czy w tej nowej wersji porywa Panią?

Na początku byłam przerażona. Wysłał mi demo roboczego nagrania i nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przesłałam je do kompozytora Jacka Mikuły ze słowami: „Posłuchaj i napisz, co o tym myślisz”. Odpowiedział: „Na początku włos mi się zjeżył, ale w miarę słuchania, coraz bardziej mi się podobało”. I okazało się, że Mrozu miał rację, powstała całkiem nowa wersja, z super beatem, z tłustym basem.

Jak pani myśli, dlaczego „Sing, Sing” jest tak popularnym utworem? Co sprawia, że ludzie chcą go słuchać?

Proszą o tę piosenkę na koncertach. Wchodzę na scenę i „Sing Singiem” zaczynam każdy koncert. Moja wersja jest trochę bardziej zalotna; lekko pastiszowa, wersja, którą wyprodukował Mrozu jest bardziej mroczna, niepokojąca; w tle słychać kroki, skrada się jakiś zbir.

Jakie emocje towarzyszyły Pani już podczas samego nagrywania? Co było wyzwaniem? Czy w ogóle coś było?

Po pierwsze, zupełnie się poddałam Mrozowi. W studio, to on mną dyrygował; on mówił, jak mam zaśpiewać. Proponowałam coś, a on mówił :nie”. No to ja: „A może tak zaśpiewam” – a on znów, że nie. To ja: „A może ten dźwięk?”, na co on: „Nie chcę tego dźwięku”. Pomyślałam ok, let it be. I powstała zaskakująca, nowa wersja.

Czuje się, że śpiewa Pani ten nowy „Sing, sing” z pazurem.

Na szczęście tego pazura mi nie odpiłował. Z teledyskiem było podobnie – znów Mrozu o wszystkim decydował. Było kilka scenariuszy, wszystkie odrzucił. Stanęło na ostatnim.

Takim w stylu retro.

Mrozu czuje lata 70-te. Pamiętam, jak przyszedł na plan i zaczął oglądać moje ciuchy, które wisiały przygotowane na wieszakach. Przegląda i mówi: „O, spodnie dzwony, bardzo dobrze”. Myślę sobie, ok, nie jest źle. Potem słyszę: „O, buty na koturnach!”. A to były te elementy ubiorów z lat 70.Tylko nie myśl, że to były stare rupiecie sprzed 50 lat, to były sztuki nówki, też moje ulubione. Potem na konferencję prasową włożyłam dżinsy dzwony i koszulkę z wielką pacyfką z przodu. Żeby Mrozu poczuł się jak w domu. W swoim świecie.

Coś ciekawego wydarzyło się jeszcze podczas spotkań z Mrozem? Ma Pani ulubioną anegdotę?

Mam niesamowitą opowieść. Przed nagraniem Singa w studio wpadła mi w ręce zmięta, papierowa serwetka. Rozwijam, rozwijam, a to list od Agnieszki Osieckiej napisany na papierowej serwetce, w samolocie do Stanów. Z dopiskiem...in heaven. Czyli dostaliśmy znak z nieba od Agnieszki i to tuż przed moim wyjściem do studia, na nagranie jej piosenki „Sing Sing”. Poza tym, co mnie łączy z Mrozem– to upodobanie do samochodów tej samej marki.

To już nie jest Porsche?

Już dawno nie. Teraz jest Land Rover.

Duży. Mocny.

Nie taki duży, ale mocny. Land Rover Discovery Sport. Dzisiaj, jak jechałam na wywiad, to zauważyłam beemkę, która wyraźnie chciała się ze mną ścigać. Mówię sobie w duchu: Nawet nie wiesz, ale gdybym naprawdę chciała się z tobą ścigać, to wystarczyłoby, żebym depnęła i już byś oglądał tył mojego samochodu. Beemkami jeżdżą młodzi faceci, którzy kochają tę markę. Często przerabiają silniki, podrasowują je, żeby to jeszcze szybciej jeździło. Ja nie lubię beemek.

Wracając do Mroza - co on w sobie ma? I co mają inni artyści, że zgodziła się Pani na ten projekt? Czy muszą mieć jakieś specjalne cechy?

No pewnie! Muszą mi odpowiadać muzycznie, duchowo, muszą mnie intrygować, fascynować.. Aczkolwiek artyści, którzy zostali zaproszeni, reprezentują bardzo różne, odmienne style muzyczne. Zdradzę że na płycie pojawi się też mariaż z hip-hopem. To dopiero będzie zaskakujące! Już nie mogę się doczekać.

Z którym artystą hiphopowym Pani zaśpiewa?

Nie powiem. Nie mogę.

Czy te piosenki to Pani największe hity?

Różnie. Ale ponieważ ja tych hitów mam dużo, to tytuły, które wybierają artyści są często dla mnie zaskakujące i myślę, że będą zaskakujące dla fanów tych młodych artystów, bo oni mogą tych utworów nie znać. Moi fani oczywiście je znają.

Ktoś zaśpiewa „Hej żeglujże, żeglarzu”?

A to się okaże, czy ktoś wybierze, bo na przykład nikt jeszcze nie wybrał „Małgośki”.

Może boją się zmierzyć z tą legendarną piosenką?

Możliwe. Nie wiedzą jak ją ugryźć. Dla mnie intrygujące jest to, że te utwory dostaną nowe życie. I, że nigdy nie wiem jaki to utwór, co to będzie, jaki kształt muzyczny przybierze. Artyści, których wybrałam, to albo świetnie śpiewają, albo mają intrygujące osobowości. Jest wśród nich jedna artystka, która jest np bardzo wszechstronna. I to mi imponuje.

Jakie niespodzianki znajdą się na płycie?

Nic nie mogę powiedzieć, ale będzie zaskakująco.

Co przy okazji tego projektu Pani w sobie odkryła, jeśli chodzi o artystyczną intuicję?

Dla mnie ważne jest to, że poznaję nowych ludzi, nowych wykonawców, ich sposób myślenia, sposób bycia na scenie, często bardzo różny od mojego, inne temperamenty od mojego temperamentu. To jest dla mnie ciekawe. Ciekawią mnie ich reakcje i to, jaki utwór wybiorą. Mam duży repertuar, jest tego ok 2000, więc muszą się przez niego przekopać i właściwie mogę powiedzieć, że wszystkie te propozycje są dla mnie zaskoczeniem.

Był taki moment, kiedy pomyślała pani: „Gdzie ta piosenka do tego człowieka! Nie wyobrażam sobie!”

Za każdym razem tak jest! (Śmiech).

Artyści mają pełną dowolność, ale czy jest coś, na co by się Pani nie zgodziła?

Nie zgodziłabym się, gdyby na przykład taki raper chciał bardzo rzucać mięsem. Osobiście mi to nie przeszkadza, bo sama klnę i naprawdę uwielbiam to robić. Wiedzą o tym moi współpracownicy. Przed panią się powstrzymuję, ale przed chwilą poklęłam sobie z pani kolegą. Rozmawialiśmy o sporcie. A zatem gdyby artyści chcieli rzucać mięsem, to dla mnie mogliby to robić, ale obawiam się, że wytwórnia mogłaby się nie zgodzić.

Wrócę jeszcze do tego, co, mam wrażenie, nie zostało dopowiedziane – zrodziła się jakaś wspólna więź między Panią a tymi artystami?

No, tak! Spotykamy się, te spotkania trwają wiele godzin; nie możemy się nagadać. Przede wszystkim wszyscy jesteśmy muzykami. W tych spotkaniach podoba mi się to, że one są muzyczne – my rozmawiamy o muzyce. Pytam ich, jak sobie wyobrażają brzmienie – i mówimy o brzmieniu, oni dzielą się pomysłami: „A może tak to zaaranżuję, a może inaczej”. A mnie to się już podoba, bo czuję, że kroi się coś zaskakującego. Dwa dni temu nagrywałam wokal do kolejnej produkcji i to była tak piękna muzyka, piękny pomysł i tak wzruszający! Płyta powinna być gotowa do końca roku. Cieszy mnie to, że chcą ze mną współpracować, młodzi artyści, to jest bardzo miłe. Ciekawa jestem, co myślą ich fani, bo przecież ci artyści mają swoich fanów – czy oni to zaakceptują? To się okaże.

Media przedstawiają ten projekt jako wielki powrót Maryli Rodowicz. Myślę sobie, jaki powrót, przecież Pani cały czas jest.

Tak, ja nie mam skąd wracać. Wciąż jestem obecna. Chyba, że mówimy o powrocie do dużych rozgłośni radiowych, które nie patrzyły na mnie łaskawym okiem, kiedy wydawałam kolejne płyty. A płyty wydaję dosyć regularnie. No, to teraz nasz singiel „Sing, Sing” pojawił się w największych radiowych rozgłośniach i traktuję to jako sukces.

Czy współpraca z tymi młodymi muzykami zmieniła pani spojrzenie na własną muzykę?

Upewniła mnie w przekonaniu, że to jest dobra muzyka i że ci młodzi artyści nie będą zażenowani, śpiewając te stare utwory. „Sing, Sing” ma już prawie 50 lat! Są i inne, sporo młodsze.

Będzie trasa koncertowa, jak ukaże się płyta?

Są takie ambitne plany.

Jak wyglądała pani najbardziej szalona przygoda związana z podróżowaniem podczas tras koncertowych? Ma pani swoje ulubione wspomnienie?

Wie pani, ile ja mam wspomnień z pięćdziesięciu lat grania koncertów? Mnóstwo. Teraz na koncerty wozi mnie mój koncertowy manager i po koncercie od razu wsiadamy w samochód, i wracamy do domu. Nawet jak mamy do przejechania 500 kilometrów, to wolę spać we własnym łóżku. Pamiętam, kiedyś porwaliśmy się na powrót ze Szczecina, a to do Warszawy jest spory kawałek. Wyjechaliśmy późno, bo koncert, po koncercie autografy, tak że jak wsiedliśmy do samochodu, to było po północy. Gdy dojeżdżaliśmy do Warszawy, słońce wstało i jechaliśmy prosto w stronę słońca. Promienie biły nas po oczach. To było męczące. Wtedy stwierdziłam, że przesadziliśmy z tą podróżą. Ale moi muzycy zawsze żałują, gdy odjeżdżam. Mówią: „Szefowa, gdzie te czasy, gdy po koncercie siadaliśmy, piliśmy, rozmawialiśmy”. Poza tym nie piję, nie ma już tych barwnych wieczorów, tych żartów, opowieści.

Od kiedy stało się tak, że woli Pani spać we własnym łóżku?

Czasy się zmieniły. Teraz jedzie się na jeden koncert na drugi koniec Polski, a po koncercie wraca się do domu. Kiedyś, jak były trasy koncertowe, to każdą noc spało się w innym mieście. Trwały nieustające biesiady. Tego teraz nie ma. Nikt nie ma czasu na biesiady.

Lubiła to pani?

O Jezu, uwielbiałam! Nie można było mnie zagonić do łóżka. Widzę, mój koncertowy manager już bębni palcami w blat stołu – nie mógł pić, bo był kierowcą. Mówię: „Bogdan, nie stukaj palcami”. A on na to: „Szefowa, czwarta rano”. „Bogdan, jeszcze trochę – odpowiadałam”. A on znowu: „Szefowa. Piąta rano”. I tak on chciał mnie zapędzić do łóżka, a ja nie mogłam oderwać się od kolegów muzyków..

Jakie ma Pani zwyczaje przed występem na scenie? Co pomaga Pani się zrelaksować albo skoncentrować. Co sprawia, że jest Pani gotowa do wyjścia do publiczności?

Bardzo długo się przygotowuję. Wcześnie przyjeżdżam na miejsce zdarzenia i najpierw jest próba muzyczna. Potem rozpakowuję kostiumy, żeby sobie pooddychały. Potem trzy godziny rozśpiewuję się z gitarą. Muszę sobie pośpiewać, rozpędzić głos, żeby potem śpiewać non stop przez dwie i pół godziny. Teraz 13 maja zacznę koncerty, pierwszy gram w Częstochowie i już myślę o kostiumach. Zastanawiam się, co ja miałam na sobie w Częstochowie dwa czy trzy lata temu, bo nie mogę tego powtórzyć. Albo przeszukam zdjęcia na Facebooku, albo zapytam fanów. Oni wszystko pamiętają.

Nosi Pani w sobie taką historię ze spotkania z fanami?

Mam ich mnóstwo, wśród nich dużo jest młodych fanów. Nie tak dawno grałam koncert w gdańskim klubie, podeszła do mnie fanka, z lat 70-tych dziewczyna i powiedziała, że przyszła  na ten koncert, bo to będzie ostatni koncert w jej życiu. Powiedziała: „Ja umieram”. „Co ty mówisz?” - odparłam. Tydzień później już nie żyła. Fani mnie o tym zawiadomili; napisali na mojej stronie internetowej. Mam tam forum, na którym się spotykamy, oni do mnie piszą, ja im odpowiadam. Jak długo nie odpowiadam, to piszą: „Gdzie są czerwone literki?! - bo moje wpisy są na czerwono. - „Żądamy czerwonych literek”.

Czy dzisiaj może Pani powiedzieć, jacy artyści, jakie piosenki miały wpływ na pani muzykę? Kto był pani inspiracją i czy te inspiracje się zmieniały przez lata? Pamiętam, jak zmieniła Pani swój styl. Usłyszałam piosenkę „Szparka sekretarka” i pomyślałam”, że to już zupełnie inna Maryla Rodowicz.

O tak, to był początek lat 80. Byłam bardzo związana z Agnieszką Osiecką, która pisała mi bardzo dużo tekstów, ale właśnie na początku lat 80. pomyślałam, że chciałabym poznać innych autorów tekstów, inny język. Wtedy spotkałam Janka Wołka, który między innymi napisał tę „Sekretarkę”. Wtedy też Andrzej Sikorowski napisał mi dużo piosenek; pojawiły się piosenki pisane przez innych autorów, choć Agnieszka Osiecka ciągle pisała. W 94 napisała „Niech żyje bal”, a w 95 „Polską Madonnę”. Cały czas pisała dla mnie. I jest mi ciągle bliska, ciągle do niej tęsknię.

Jeśli nie śpiewa Pani na koncercie, to jak wygląda Pani idealny dzień?

Kiedy nie muszę rano wstawać – a nie lubię rano wstawać, chyba że muszę, a jak nie  muszę – to śpię do południa. Wtedy mój dzień zaczyna się o 12:00. Robię kawę i czytam wiadomości. Zawsze zaczynam od wojny na Ukrainie, to jest dla mnie najważniejsze – muszę wiedzieć co się dzieje na froncie. Potem polityka, sport, plotki muzyczne. Muszę wiedzieć, co się dzieje na świecie.

Jak Pani ładuje baterie?

Nic nie robiąc, w ciszy. Uwielbiam ten czas, kiedy jestem sama i jest cisza. To jest moje ładowanie baterii.

Jest taki utwór, który zawsze ma Pani ochotę śpiewać na scenie?

To będzie chyba ten „Żeglarz”. Zawsze go gram na Wybrzeżu. Muzycy przypominają: „Szefowa, musi być „Żeglarz”. Wtedy obowiązkowo na próbie musimy go przetrenować z moimi chórzystkami. Zaczynam: „Pozdrowione bądźcie morza”…

… oceany i lądy”.

Piękna piosenka. Bardzo ją lubię. O dziwo, ludzie ją znają.

A piosenka, która ma związek z pani prywatnym życiem?

To „Rozmowa przez ocean”. Ostatnio przeżywa renesans; ludzie na koncertach skandują, proszą o bisy. Nieustająco muszę ją śpiewać i to po kilka razy. Tę piosenkę napisał dla mnie w 1984 roku Andrzej Sikorowski i kiedy byłam jeszcze w małżeństwie, to mój mąż twierdził: „On to napisał specjalnie o tobie i Jasińskim”, czyli o moim poprzednim partnerze. Zaprzeczałam, mówiłam, że Sikorowski to napisał, bo to były czasu politycznej emigracji, ludzie wyjeżdżali, zresztą kiedy śpiewam ten utwór dla Polonii, to bardzo się wzruszają. Wiedzą, że to jest o nich. Ale mój mąż się upierał: „Nie, to jest na pewno o Jasińskim i o tobie!”.

O czym dzisiaj pani marzy?

Wydaje mi się, że moje marzenia są wciąż te same – to jest scena i żeby mnie nie opuszczała publiczność. Chciałabym, żeby udała się ta płyta, nad którą pracujemy, żeby udały się nagrania. To wszystko idzie bardzo wolno, negocjacje trwają, artyści mają swoje terminy i zobowiązania, a ja chciałabym już wejść do studia. Prawdopodobnie stanie się to po długim weekendzie. Ta płyta jest też dla mnie ważna dlatego, że to będzie taki mariaż z młodym pokoleniem. To jest dla mnie fascynujące – ta międzypokoleniowa interakcja. I jest radość , że ci młodzi artyści zgadzają się na duety, chcą ze mną śpiewać, chcą pogrzebać w moim repertuarze, żeby dogrzebać się do takiego utworu, który chcieliby zaśpiewać. To ogromna satysfakcja.

Ma pani takie marzenie artystyczne którego nie udało się Pani jeszcze zrealizować?

No, mam, ale ono właśnie się realizuje przy tej płycie. Od paru lat marzyłam, żeby zaśpiewać z pewnym  artystą. Cieszę się bardzo, bo długo nie mogliśmy się spotkać.

Nie zapytałam jeszcze, jak w ogóle ci młodzi, współcześni artyści reagowali na Pani propozycję, jak przyjmowali Pani zaproszenie?

Jeden – a był on też jednym z pierwszych, który takie zaproszenie otrzymał – grał koncert przede mną; to była duża impreza, juwenalia. I kiedy schodził ze sceny, wręczył mi list. Dziękował w nim za zaproszenie. List zakończył bardzo pięknie, słowami: „Ty jesteś dla mnie dowodem, nadzieją, że tak długie trwanie na scenie odmładza”. Jestem dla niego tą nadzieją, że on też się nigdy nie zestarzeje.

Jak w takim razie traktuje Pani słowa piosenki „Perfectu” – „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”?

To mnie nie dotyczy. Ja jestem wieczna.

Anita Czupryn

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.