Miłość ze śmiercią szły pod rękę

Barbara Zybajło [email protected]
Chojnicami wstrząsnęły trzy zbrodnie. Wszystkie zaczęły się od miłości. Na końcu każdej była śmierć.

Początek września, Chojnice

Agnieszka Sz. i Paweł P. nie są dobraną parą. Ona ma lat 26, on jest od niej o dwa lata młodszy. On pije i bije, ona też nie jest aniołem, w czasie awantury atakuje go nożem. - Nie chcę kłamać - powie później jej matka, kiedy dziennikarze będą pytać, jakim była człowiekiem.

Oboje mają zabrane prawa rodzicielskie do córki, kłócą się i wracają do siebie.
Kiedy Agnieszka nie może wytrzymać, ucieka do brata. Tym razem miała odejść naprawdę.

- Przyjdź, tylko ten ostatni raz - zaklina Paweł. Brat odradza, ona obiecuje, że do Pawła nie wróci, ale jedzie do niego do Rychnów, wioski między Chojnicami a Człuchowem. Idą razem do lasu. I znika.

Brat myśli sobie, znowu do niego wróciła.

Kiedy słyszy w radiu, że w lesie pod Rychnowami grzybiarz znalazł zwłoki młodej kobiety, zaczyna się bać. Idzie na policję. Rozpoznaje Agnieszkę. Zmasakrowaną, z rozciętym brzuchem. Później okaże się, że była w ciąży.

Pawła zatrzymuje brygada antyterrorystyczna. Po morderstwie wrócił do Chojnic, zamknął się w pokoju i pił.

Początek października, Jaromierz

Są w sile wieku, tuż przed pięćdziesiątką. Zamknięci w sobie, nie plotkują, nie spotykają się z sąsiadami. Dom w Jaromierzu, w gminie Człuchów, samochód, cała rodzina mieszka we wsi, pobudowali się obok siebie. Na zakupach razem, później zamek przekręcany na klucz. Dzieci odchowane, w domu został tylko 17-letni syn.

Ludzie mówią, że Zbigniew był strasznie zakochany w Ewie. Jak się okazało, nawet okrutnie.

We wsi plotkują, że jak on wyjeżdżał do pracy za granicę, ona chciała wyjść do ludzi. Raz przyszła na spotkanie Koła Gospodyń Wiejskich i była zdziwiona, że może być tak fajnie, że babki siedzą sobie i gadają. Później on wrócił i jej już nie było widać na wsi.

Chciała od niego odejść, podobno wyprowadziła się do Człuchowa.

Kiedy syn znalazł w garażu powieszonego ojca, zadzwonił na policję. Znaleźli list. - Pochowajcie nas razem - napisał Zbigniew. Zaczęli szukać drugiego ciała. Ewa leżała w bagażniku cinquecento.
Miała skręcony kark.

Początek listopada, Doręgowice

Roman i Maryla H. żyją razem już ponad trzydzieści lat. Mają ośmioro dzieci, dwoje najmłodszych jest jeszcze w domu, uczą się w gimnazjum i podstawówce.

On ma siedemdziesiątkę, ona jest od niego dwadzieścia lat młodsza. Spokojna, pobożna, pracowita. - I o dzieci jak dbała - mówią kobiety na wsi. On jest podobno strasznie zazdrosny, bije, później grozi, że zabije ją i siebie. Jest myśliwym, zabierają mu broń. Ona nie chce rozwodu, to się jej nie mieści w głowie, co Bóg złączył, tylko śmierć rozłączy.

On robi sobie strzelbę.

Dzieci są w szkole, Maryla gniecie dla nich w kuchni ciasto. Roman strzela jej w plecy. Później idzie do komórki i strzela sobie w pierś.

Córka wraca ze szkoły i znajduje ciało matki. Dzwoni na policję. Dowiaduje się, że nie ma też ojca.

***
Trzy tragedie, miesiąc po miesiącu. - Człowiek nie wie, obok kogo mieszka - komentują ludzie. - Czy mamy jakiś defekt? Co się z nami dzieje?

Szukają przyczyny, szepczą, dociekają, czemu te miłości były złe, czemu rozum milczał, kiedy w ludziach budziły się demony.

I jak to jest, że do dramatu doszło, chociaż właściwie wszyscy wiedzieli, że tam się coś dzieje, że coś jest nie tak.

- Nie czytamy sygnałów albo nie chcemy ich odczytać - mówi Barbara Lorenc, psycholog. - Nie chcemy wiedzieć, widzieć i słyszeć. Mamy uśpioną czujność, wokół nas jest tyle przemocy, że jesteśmy na nią odwrażliwieni. To jest tak, jakby ktoś kupił sobie zegar z kukułką. Przez pierwsze dni kukanie będzie go wkurzać. Później przestanie je słyszeć. Przyzwyczai się.

I my też się przyzwyczajamy. Że ktoś bije, że straszy, że zabije. Że sąsiadka chowa się w domu po kątach. I wytrzymuje sypianie z wrogiem. Bo kobiety rzadziej popełniają samobójstwa niż mężczyźni. - Czują się bardziej odpowiedzialne za rodzinę, za dzieci, za dom - mów Lorenc. - A faceci traktują żony jak własność i kiedy nie radzą sobie z emocjami i popełniają samobójstwo, zabierają je ze sobą. Bo wszyscy mamy tendencję do zawłaszczania drugiego człowieka w całości.
Chcemy kontrolować, być panem sytuacji.

Nastawieni przez media na sukces, porażki chowamy w kąt. - Dużo czasu poświęcamy na rozwój intelektualny, a okazuje się, że intelekt tylko w 20 proc. ma wpływ na to, jak sobie radzimy w życiu - podkreśla Lorenc.

Nie potrafimy się hamować, nie wiemy, jak poradzić sobie, kiedy nasze życie nie przypomina doskonałego świata z telenoweli. Nie odnosimy sukcesu, nie słyszymy fanfar na swoją cześć, jesteśmy zwykli, szarzy, normalni. Często sfrustrowani myślimy, że coś jest z nami nie tak, że nie pasujemy do tych, którzy tak prą do przodu.

- Ludzie myślą sobie - jestem do niczego i wywalają to na najbliższych - dodaje Lorenc. - Przed wszystkimi udają, że wszystko jest w porządku, a w środku wrze. Każdy przechodzi w życiu kryzysy i od umiejętności radzenia sobie z emocjami zależy, jak sobie z nimi poradzi.

Przełomowych momentów jest kilka, m.in. po dwudziestce, gdzieś koło 25 roku życia, przychodzi kryzys tożsamości, później, koło pięćdziesiątki, kryzys pustego gniazda. - Pełna stabilizacja, dzieci odchowane, a ludzie są pogubieni. Już dawno przestali ze sobą rozmawiać. Wcześniej w domu były dzieci, coś, co ich łączyło.

Teraz nie ma właściwie powodu, żeby żyć razem, ale są związani przysięgą. Męczą się, żyją obok, zupełnie sobie obcy - tłumaczy Lorenc. - I siedemdziesiątka, czas, kiedy podsumowujemy życie, robimy bilans życia, myślimy, co się nam udało.

Próby samobójcze, dramatyczne wydarzenia, życiowe tragedie najczęściej zdarzają się właśnie w tych okresach naszego życia. - A jak dochodzi do tego alkohol, możemy mieć do czynienia także z kompleksem Otella, czyli chorobliwą zazdrością - dodaje Lorenc.

Nie chcemy iść do psychologa, bo się boimy, bo nie ma takiego zwyczaju, bo czasami nie ma gdzie szukać takiej pomocy.

I wybuchamy.

Później patrzymy jakby z boku na sceny, które rozgrywają się w naszym domu. - Przekraczamy granice, których pewnie w innej sytuacji nigdy byśmy nie przekroczyli. Nakręcamy się i zapętlamy, nie umiemy sobie poradzić z emocjami, bo nikt nas tego zwyczajnie nie nauczył. Dochodzi do tragedii - mówi Lorenc.

***
Chojnice, Jaromierz, Doręgowice - każda sprawa jest inna, ale finał ten sam.
I wyświechtane powiedzenie, że od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok, znowu okazuje się prawdziwe.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie