Polak potrafi liczyć

Agnieszka Domka-Rybka
Nasi rodacy bywają w tym sklepie z pamiątkami sieci "Carroll's”, ale raczej nieczęsto, bo nie jest tu zbyt tanio
Nasi rodacy bywają w tym sklepie z pamiątkami sieci "Carroll's”, ale raczej nieczęsto, bo nie jest tu zbyt tanio fot. Agnieszka Domka-Rybka
Słyszałam rozmowy Polaków pracujących w Dublinie. Raz na minutę pada słowo "euro".Nie ma znaczenia, czy jedziesz autobusem, kupujesz w sklepie, siedzisz na ławce, idziesz ulicą.
W dzielnicy pubów irlandzkich - The Temple Bar - można spotkać wielu młodych Polaków
W dzielnicy pubów irlandzkich - The Temple Bar - można spotkać wielu młodych Polaków fot. Agnieszka Domka-Rybka

W dzielnicy pubów irlandzkich - The Temple Bar - można spotkać wielu młodych Polaków
(fot. fot. Agnieszka Domka-Rybka )

Skończę na taśmie

Poniedziałek: ruszam w miasto. Jadę autobusem piętrowym linii nr 66 A z Lucan (dzielnica na peryferiach Dublina) do centrum. Na siedzeniu przede mną rozmawiają dwie Polki (lat dwadzieścia parę).
Jedna mówi do drugiej: - Wiesz, chyba chciałabym w Polsce skończyć studia. W szkole szło mi całkiem nieźle. Szkoda to teraz zmarnować! Druga: - I co? Wrócisz tam, żeby się uczyć?

Pierwsza: - Sama nie wiem... Mój chłopak mówi, że to nie ma sensu. Że i tak wyląduję na taśmie produkcyjnej w Irlandii. Że nie potrzeba do tego żadnych nauk. I zamiast tego lepiej odkładać euro na mieszkanie. Uważa, że jak stąd wyjadę, niczego się nie dorobię.
Druga: - Przesadza, ale i tak zazdroszczę ci, że w ogóle masz tutaj chłopka. Ja jestem sama jak palec, na pokoju dwa metry na dwa, za 350 euro miesięcznie. No cóż, nie każdy może mieć szczęście w miłości. A Iwona, wiesz ta wredota z Kalisza, poderwała Irlandczyka. Mieszkają teraz u niego i nie musi płacić za pokój. Szczęściara, jest całe 350 euro do przodu. Takim to los sprzyja. I, żeby jeszcze była jakoś szczególnie piękna...
Pierwsza: - Zastanawiam się, co Polki widzą w Irlandczykach. Są beznadziejni. Chude nogi, duże brzuchy, a w dodatku są ciągle napruci i napaleni. Ja bym mojego chłopaka nie zamieniła na coś takiego.
Druga: - A ja bym zamieniła!

Koszula dla Zenka

Poniedziałek po południu: jestem w centrum. Konkretnie na O'Connell Street, blisko "Igły" (Dublin Spire), czyli najlepszego punktu orientacyjnego w mieście. Tutaj ludzie zwykle umawiają się. Ciekawostka: to jest również najwyższe wzniesienie w całej Republice Irlandii (120 metrów). Obok znajduje się centrum handlowe "Penneys". W tym sklepie można spotkać wielu polskich klientów. I za parę euro kupić całą reklamówkę ciuchów (papierową, bo plastikowych w Irlandii nie dają). Wchodzę: w wielkim koszu leżą koszule w kratę, w dwóch kolorach - bordowym i niebieskim - cena: 1 euro za sztukę. Dwie Polki grubo po czterdziestce zatrzymują się i przeżywają:

Grubsza: - Koszule za 1 euro? A to dopiero mamy fuksa!
Szczuplejsza: - Wezmę na prezent dla Zenka i Julka. Szkoda, że nie ma więcej kolorów, bo wzięłabym jeszcze dla Stefana!
Grubsza: - Bierz kobieto! Nie zastanawiaj się! Wyglądają, jakby były warte co najmniej 15 albo i ze 20 euro! Rodzina w kraju powie, że musiałaś się wykosztować (śmiech). Że ci się powodzi jak cholera.
Szczuplejsza: - Taaaka okazja, niech będzie, biorę cztery sztuki! Mam prezenty pod choinkę: dla czterech osób za 4 euro!
Grubsza: - A ja biorę pięć! Zostanie na zająca.

Dobre, bo nasze

Wtorek: szukam The Temple Bar (znanej dzielnicy pubów irlandzkich; w jednym z nich rozpoczynał karierę zespół U2). Pytam w sklepie o swojsko brzmiącej nazwie "Dobre, bo polskie", jak tam dojść.

Sprzedawczyni (lat ok. 50) jest bardzo zdziwiona: - Proszę pani, ja siedzę w sklepie od rana do wieczora po to, by zarobić trochę euro na życie. Nie mam czasu na zwiedzanie. Skąd mam wiedzieć, gdzie jest to De, de co? Lepiej zapytać kogoś młodego, tacy są bardziej zorientowani. The Temple Bar (jak za chwilę sama przekonuję się) jest zaledwie 150 metrów od sklepu. Wystarczy przejść przez most na rzece Liffey.

48 godzin na budowie

Środa: znowu jestem na O'Connell Street. Siadam na metalowej ławce (takich w Dublinie pełno) tuż obok pomnika Jamesa Joys'a (tego od "Ulissesa"). Każdy Polak pracujący w Dublinie ma tutaj zdjęcie. Popijam kawę z Mc Donald'sa. Dwaj Polacy rozmawiają tak głośno, że nawet silny irlandzki wiatr nie jest w stanie ich zagłuszyć:

Starszy: - Słyszałeś, że Jarek spędził 48 godzin na budowie?
Młodszy: - Co ty pierd...? Niemożliwe? Chyba go stamtąd wynieśli! Bo nie wierzę, że wyszedł o własnych siłach!
Starszy: - Wyszedł! Też byś dał radę, gdyby ci supervisor (szef - red.) zaproponował, że jak zostaniesz w pracy na weekend, zarobisz 32 euro na godzinę, zamiast tradycyjnych 16 euro. Dziwisz się chłopakowi?
Młodszy: - Nie dziwię się! On jest po przejściach, trochę się tutaj bujał bez roboty. Był w tej grupie Polaków nabranych przez gdańskiego pośrednika, co to niby załatwił im legalną pracę w Cork (na południu Irlandii - red.). Dopiero na miejscu okazało się, że nie ma dla nich ani roboty, ani mieszkania, więc chłopaki (bez euro w kieszeni) szli pieszo z Cork do Dublina (ponad 200 km drogi!). Przespali się gdzieś po drodze w opuszczonym gospodarstwie.
Starszy: - Nie wierzę...
Młodszy: - Waletował u mnie, stąd wiem. W Dublinie najpierw robił w naszej firmie, ale supervisor powiedział, że jest za wolny do obsługi klientów i wziął go na budowę. Jarek to byczek, powolny, ale bardzo silny. Na budowie zarabia więcej. Mnie się tam, kur..., nie chce zapierd... na budowie. Wolę robić po dachem, za mniej euro, ale przynajmniej w dupę ciepło.

Polak czy nie Polak?

Czwartek: zwiedzam port w Dublinie. Po lewej stronie - dzielnica tzw.Doków. Należy do "białych kołnierzyków", jednak, oprócz biur, banków, ekskluzywnych apartamentów i restauracji, znajduję tutaj także bar Mc Donald's. Wchodzę do środka i proszę o frytki. Widzę, że obsługujący mnie chłopak ma na koszuli identyfikator z napisem: "Jan". Zamawiam więc po polsku. I tu niespodzianka - chłopak dziwnie patrzy, jakby nic nie rozumiał. Odpowiada po angielsku: - Nie mówię po polsku, nie jestem Polakiem!

Mija 10 minut: Jan zwraca się do menedżerki poprawną polszczyzną, jak rodak do rodaka: - Żeby ten dzień wreszcie skończył się, jestem padnięty!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
justa30
Nie dziwię sie temu Janowi. Co roku jestem w Dublinie u mojego brata i kiedy chodzę ulicami i słyszę naszych rodaków, to w większości przypadków udaję, że nie jestem z Polski, bo niestety-najbardziej rzucają się w oczy i uszy Ci najbardziej wulgarni i głośni. Gdy wyczają, że ktoś też jest z POlski, to pierwsze pytanie dotyczy tego, gdzie pracujesz, za ile i gdzie mieszkasz. Mam wrażenie, że za granicą buractwo niektórych razie bardziej niż w kraju.
Dodaj ogłoszenie