Zamknij

Gazeta Pomorska

Robert Osiński pływa jak ryba, lata jak ptak [zdjęcia]

Robert Osiński jest inowrocławskim strażakiem. Po godzinach lata jak ptak lub nurkuje jak ryba. Przesadzamy? No to rzućcie okiem na jego zdjęcia. Jedno

Robert Osiński

Poprzednie Następne
Przeglądaj również za pomocą strzałek na klawiaturze [4/19] Poprzednie Następne

Robert Osiński pływa jak ryba, lata jak ptak [zobaczcie zdjęcia]

Robert Osiński jest inowrocławskim strażakiem. Po godzinach lata jak ptak lub nurkuje jak ryba. Przesadzamy? No to rzućcie okiem na jego zdjęcia. Jedno z nich wygrało nawet ogólnopolski konkurs. - Każdy może podjąć decyzję i robić to co ja. Nie każdy jednak jest tak zdeterminowany jak ja, by to robić - wyznaje.

Będąc dzieckiem nie przypuszczał, że będzie mógł podziwiać świat szybując 1000 metrów nad ziemią i zachwycać się tym co kryją dna mórz i jezior. Wydawało mu się, że jest to poza jego zasięgiem.

Gdy był w szkole średniej, na lekcję przyszli panowie z Aeroklubu Kujawskiego. I w taki sposób opowiadali o swojej pasji, że uwierzył, iż on również może pójść w ich ślady. Następnego dnia zgłosił się do sekcji szybowcowej. Przeszedł kurs. Szybował nawet półtora kilometra nad ziemią. Nie przeszedł jednak badań lekarskich. - Odwołałem się. Pojechałem do Wojskowego Instytutu Lotniczego. Tam potwierdzono, że wcześniej musiało dojść do pomyłki. Był już jednak koniec sezonu, więc już sobie nie polatałem - wspomina.

Później ważniejsze było prawo jazdy. A jeszcze później wojsko. W Marynarce Wojennej zrobił kurs nurkowania i złapał kolejnego bakcyla. Nurkuje do dziś.

Gdy rozpoczął pracę w straży pożarnej, dowódca wykorzystał jego umiejętności i wysłał go do grupy nurkowej Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej. I tak został nurkiem-ratownikiem. - Nurkowaliśmy głęboko i w brudnych wodach. Szukaliśmy zwłok, ćwiczyliśmy. Sporo się działo - wspomina. Z czasem grupa nurkowa w Inowrocławiu została rozwiązana. Pasję jednak ciągle rozwijał.

Założył Inowrocławskie Centrum Nurkowe "Dive Evolution". Nie tylko nurkuje z przyjaciółmi, ale również uczy nurkowania innych.

- Pociąga mnie to, że mogę robić coś innego niż wszyscy. Pod wodą pasjonuje mnie cisza i tajemnica. Nigdy nie wiadomo, co za chwilę odnajdę, co zobaczę. Pojawia się zwiększona adrenalina - wyznaje.

Zdjęcie na kalendarz

W wielu wodach już nurkował, ale najbardziej urzekło go Morze Czerwone w Egipcie. Tam nie można się nudzić. Piękne rafy koralowe, tunele, jaskinie, kolorowe ryby, a nawet ogromne żółwie. Jeden z nich sprawił mu sporo frajdy. O co chodzi?

Pan Robert zawsze pływa z aparatem fotograficznym. - Nie jest to jakiś super sprzęt. Na taki mnie po prostu nie stać. Dlatego, żeby zrobić fajne zdjęcie, trzeba mieć dużo szczęścia - podkreśla. Nurkując w Morzu Czerwonym rejestrował wszystko co zobaczył, bo niemal wszystko go fascynowało. W pewnym momencie do jego koleżanki podpłynął żółw i spojrzał jej w oczy. Trwało to jedną małą chwilę. On jedna miał szczęście i tę chwilę utrwalił na zdjęciu.

Po powrocie do Polski zgłosił je na konkurs Komisji Działalności Podwodnej. Jego zdjęcie wygrało i trafiło na okładkę kalendarza. Miał z tego niezłą frajdę.

Pływanie w Piechcinie

Przyznaje, że polskie nurkowanie nie jest aż tak atrakcyjne, jak to w Egipcie. Ale i w naszej okolicy jest akwen, który przyciąga nurków z całej Polski. Mowa o kamieniołomie w Piechcinie.

- Kiedyś, jak odkrywaliśmy ten akwen, nazywaliśmy go naszą Chorwacją. Tam są piękne pionowe ściany po wyrobisku wapiennym. Jest tam nawet dziura w skale, którą można przepłynąć. Człowiek ma wrażenie, że płynie przez jakąś jaskinię. Poważnie. Dziś jest to świetny akwen do treningu. Widoczność jest, jak na polskie warunki, całkiem dobra. Są tu pozatapiane różne obiekty: łódki, samochody i inne atrakcje, które urozmaicają nurkowanie - podkreśla.

Biała maska, diabelskie rogi

Nurkuje w dość nietypowym stroju. Zakłada diabelskie rogi, by się trochę powygłupiać, a trochę podkreślić swój nieco wywrotowy styl życia. Pływa też w białej masce. Dlaczego?

- Kiedyś spotkałem na Mazurach nurka-instruktora z różową maską. Różowa maska u faceta? Wszyscy się z niego śmiali. On jednak całkiem racjonalnie to wytłumaczył. "A pokaż mi drugiego wariata, który ma różową maskę. Nie ma takiego" - mówił. Dzięki temu jego kursanci go pod wodą poznają. Wiedzą, który z nurków jest instruktorem - opowiada pan Robert.

Podobnie jest z jego białą maską. Pod wodą trudno odróżnić jednego nurka od drugiego. Ich stroje są bardzo podobne. Wszystko jest ciemne: ciemna maska, ciemny skafander, ciemny kaptur, ciemne płetwy. Dzięki białej masce i diabelskim, czerwonym rogom nikt nie ma wątpliwości, kogo ma obok siebie.

Świat widziany z góry

Pływał, nurkował, odkrywał nowe akweny. Nieustannie jednak ciągnęło go do latania. Obserwował ludzi, jak latają na paralotniach. Teraz ludzie obserwują jego. Znalazł bowiem trochę czasu i zrobił potrzebny kurs.

- Uwielbiam naturę. Zachód słońca z góry wygląda o wiele piękniej niż na ziemi - zapewnia. Swoje loty rejestruje. Robi zdjęcia i filmy. Zamieszcza je na YouTube. Spore wrażenie na widzach zrobił zwłaszcza film rejestrujący efekty wypalania traw na inowrocławskiej Kozłówce. Dopiero z góry widać, jak wielki obszar tego terenu został zniszczony przez ogień.

Życie staje się ciekawsze

- Zmaganie z naturą też mnie pociąga. Zarówno w wodzie, jak i w powietrzu. Jak ktoś obserwuje nas z boku, może myśli, że jest to takie proste: człowiek płynie sobie swobodnie jak łódź podwodna lub lata jak ptaszek. To nie jest takie proste - zdradza.

Zapewnia jednak, że nie jest to znowu aż takie trudne. Czasami słyszy od ludzi, że mu zazdroszczę, że też by sobie popływali, polatali. Często jednak nic nie robią, by swoje marzenia zrealizować. - Każdy może podjąć decyzję i robić to co ja. Nie każdy jednak jest tak zdeterminowany jak ja, by to zrobić - wyznaje.

Zapewnia, że gdyby nie było ograniczony finansowo i czasowo pewnie robiłby dużo więcej dziwnych rzeczy. Bo w tunelu aerodynamicznym już się sprawdzał. Na desce surfingowej i nartach wodnych już pływał. Bawił się też na skyboardzie. Nad ziemią unosił go potężny strumień wody. Bawił się przednie.

Lubi też eksperymenty. Pewnej zimy założył na plecy napęd od motoparalotni i zaczął jeździć na nartach. Bez żadnego wysiłku przemieszczał się z punktu A do punktu B. Najpierw jeździł po lądzie, a potem po lodzie. Przy pomocy orczyka ciągnął nawet ludzi na sankach.

Lubi nieco ekstremalne wyzwania. - Nie jest to naturalne dla człowieka, może dlatego ciągnie mnie do takich rzeczy - wyznaje z uśmiechem. Czuje wtedy przypływ adrenaliny. No i życie staje się ciekawsze.

Najnowsze wiadomości

reklama

Polecamy