Spotkanie z katem

    Jacek Barczyński

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Sobibór był ośrodkiem zorganizowanym w celu eksterminacji wyłącznie Żydów z różnych krajów Europy.

    Sobibór był ośrodkiem zorganizowanym w celu eksterminacji wyłącznie Żydów z różnych krajów Europy. ©Fot. internet

    Sobibór nie był obozem koncentracyjnym, jak Oświęcim, czy Majdanek, gdzie więźniów niszczył głód i praca ponad siły. To była fabryka śmierci.
    Sobibór był ośrodkiem zorganizowanym w celu eksterminacji wyłącznie Żydów z różnych krajów Europy.

    Sobibór był ośrodkiem zorganizowanym w celu eksterminacji wyłącznie Żydów z różnych krajów Europy. ©Fot. internet

    infografika jerzy chamier-gliszczyński

    (fot. infografika jerzy chamier-gliszczyński)

    Tomasz Blatt od 65 lat żyje z kulą w szczęce. Już po sławetnej ucieczce z obozu zagłady w Sobiborze strzelali do niego ludzie nasłani przez człowieka, który za grube pieniądze ukrywał go pod rodzinną Izbicą przed Niemcami. Po latach nie czuje już do niego nienawiści. Publicznie zaprzecza, że Polacy są antysemitami.

    Stanowisko to nabrało specjalnego znaczenia po ukazaniu się książki Jana T.
    Grossa "Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie". Blatt już ją przeczytał i uważa, że zamieszanie wokół tego wydawnictwa wymknęło się spod kontroli. - Ja u siebie w USA sięgam po wiele prasowych tytułów - mówi. - Z ich lektury wcale nie wynika, że właśnie Polacy są postrzegani jako antysemici. Wcale nie macie takiej opinii. Po prostu, wszędzie, a więc i w Polsce byli i są dobrzy i źli ludzie.

    Jakiś obóz, jakieś powstanie
    Blatt musiał wyzbyć się nienawiści, aby przygotować się do swojej misji. Po rozejściu się z żoną i sprzedaniu dobrze prosperującej firmy i kosztownego domu w Kalifornii skoncentrował się na przywracaniu prawdy o sobiborskim miejscu kaźni. Miał ku temu szczególny powód. Kiedy w 1957 r. w Izraelu przekazał swoją pisemną relację z pobytu w Sobiborze jednemu ze znanych, byłych więźniów Oświęcimia usłyszał w odpowiedzi, że ma niezwykle bujną fantazję. Jego rozmówca przyznał wprost, że pierwszy raz usłyszał o takim obozie, i że miało tam miejsce jakieś powstanie. Z kolei podczas spotkania na Uniwersytecie Jagiellońskim, niedługo po polskiej premierze filmu Jacka Golda "Ucieczka z Sobiboru" jeden z tamtejszych profesorów, który także przeżył Oświęcim wyraził się o tym obrazie, że to hollywoodzka szmira.

    - Moim słuchaczom, podobnie jak i wielu widzom filmu, trudno było zrozumieć, że my tak dobrze wyglądaliśmy, chodziliśmy bez obozowych numerów i bez pasiaków, odwiedzaliśmy się nawzajem w barakach, kochaliśmy się i w ogóle mieliśmy tyle swobody - mówi pan Tomasz. - Tak było, bo Sobibór nie był obozem koncentracyjnym, jak Oświęcim, czy Majdanek, gdzie więźniów wyniszczał głód i praca ponad siły. To była fabryka śmierci, w której życie ludzkie od opuszczenia wagonu do wejścia do "łaźni" trwało niewiele ponad pół godziny. Natomiast ci nieliczni, selekcjonowani do obsługi, zbyt byli Niemcom potrzebni.

    W obozie było... pięknie
    Jak Blatt trafił z Izbicy do Sobiboru? Podczas wojny rodzice za wszelką cenę chcieli go chronić. Ze sfałszowanymi papierami po zmarłym rówieśniku wyznania rzymskokatolickiego wysłali chłopca na Węgry. Jednak niemiecki patrol wygarnął go z pociągu już w Stryju. Po udanej ucieczce z więzienia, opłacony przez ojca, volksdeutsch przywiózł go z powrotem do domu. Blatt nigdy nie zapomni podróży w przedziale "Nur für Deutsche". Na dodatek jego opiekun dla niepoznaki udekorował go odznaką z niemiecką swastyką. Wrócił i wkrótce razem z rodzicami i bratem został wywieziony do obozu.

    - W kwietniu 1943 roku w Izbicy wiedzieliśmy już co to Sobibór - mówi Blatt. - Wieźli nas tam na ciężarowych samochodach, które zatrzymały się nie na terenie obozu, lecz przed wiodącą do niego bramą. Jej przekroczenie było dla nas wszystkich innego rodzaju szokiem niż się spodziewaliśmy. Sam wyobrażałem sobie, że zobaczę piekło, gdzie gonią, palą, biją... Tymczasem tam było też... pięknie!

    Wzorowo utrzymane dróżki. Przy nich rzeźby wskazujące drogę do kantyny, fryzjera, klubu, urocze drewniane wille, opatrzone tak wdzięcznymi nazwami, jak "Dom Boży" czy "Jaskółcze Gniazdo". Kłócił się z tą sielanką jedynie przykry zapach spalenizny, jaki przenikał zza wypielęgnowanego żywopłotu.

    Bieg ku wolności
    Kto obejrzał "Ucieczkę z Sobiboru", ten zna dalsze losy Tomasza, w filmie małego, sprytnego Toivi, którego wszędzie było pełno. Tego samego, który w końcowej sekwencji filmu podprowadzał kolejnych SS-manów na rzeź. On sam uważa, że Niemcy popełnili błąd, kierując do sobiborskiego obozu radzieckich jeńców z żydowskim rodowodem.

    Dzięki temu z Mińska do Sobiboru trafiła grupa frontowców z późniejszym przywódcą powstania i ucieczki lejtnantem Aleksandrem Peczorskim, nazywanym w obozie "Saszą". Żołnierze ci zastali w obozie zorganizowaną siatkę konspiracyjną i z marszu włączyli się w jej działalność.

    - Rozważaliśmy różne plany ucieczki - mówi Blatt. - W końcu jednego byliśmy pewni. Niemców należało zabić w ciągu jednej godziny pomiędzy czwartą i piątą wieczorem - cicho, pojedynczo, w ustronnych miejscach. Następnie niczym się nie zdradzając stawić się jak co dzień na placu apelowym, powiadomić wszystkich jeszcze nie wtajemniczonych, po czym pod wodzą współpracujących z organizacją kapo pomaszerować w stronę głównej bramy obozu, licząc, że ukraińscy strażnicy do końca się nie zorientują.

    Wszystko poszłoby jak z płatka gdyby nie to, ze w obozie niespodziewanie pojawił się Niemiec Bauer, który z Chełma akurat przywiózł skrzynkę wódki. Jego przyjazd zbiegł się z odkryciem przez ukraińskiego strażnika trupa jednego z SS-manów. W obozie wybuchła strzelanina. Toivi pobiegł w stronę głównej bramy. W jego kierunku spod baraku strzelał niemiecki kucharz. Słyszał świst kul wokół głowy. Wreszcie znalazł się za drutami. Ktoś inny przybiegł z siekierą, aby wyrąbać przejście. Ludzie rzucili się do dziury w ogrodzeniu, a ci którzy nie mogli się dopchać wspinali się na druty. Płot pod ich ciężarem zawalił się i przygniótł Blatta. Okazało się, że uratowało mu to życie.

    - Wcześniej przygotowałem sobie skórzany płaszcz, z którego łatwo mi było się wyślizgnąć - wspomina. - Tymczasem ci, którzy pierwsi wybiegli na wolną przestrzeń trafili prosto na miny. Zginęli torując drogę innym. Po przebyciu około 200 metrów, bez żadnej osłony, już w lesie poczułem się wolny.

    Jako konsultant filmu Jacka Golda Blatt obserwował scenę ucieczki. Nagle bezwiednie zaczął biec za aktorami i statystami. W końcu wycieńczonego i jakby nieobecnego Blatta znalazła w krzakach Joanna Pacuła.

    Prawda o obozie
    Przywracając pamięć o Sobiborze Blatt sprawił, że miejsce to zostało naniesione na mapę Holocaustu.

    Obóz w Sobiborze
    Krzysztof Skwirowski z Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego: - Hitlerowski obóz zagłady w Sobiborze powstał wiosną 1942 roku. Niemcy zlikwidowali go po bezprecedensowym powstaniu i ucieczce około 300 więźniów. W międzyczasie zdążyli wymordować około 250 tys. Żydów z Polski, Holandii, Czech, Słowacji, Francji, Niemiec, Austrii i byłego ZSRR.

    Zaczął od wymiany pamiątkowych tablic umieszczonych na terenie dawnego obozu. Pierwotnie głosiły one, że w tym miejscu naziści wymordowali 250 tys. jeńców radzieckich, Żydów, Polaków i Cyganów.

    Tymczasem Sobibór, podobnie jak Bełżec czy Treblinka, był ośrodkiem zorganizowanym w ramach akcji "Reinhard" w celu eksterminacji wyłącznie Żydów z różnych krajów Europy. A to, że "przy okazji" zgładzono tam kilka niewielkich grup Cyganów oraz grupę Polaków tylko potęguje grozę tego miejsca.

    Za sprawą Blatta wymienione tablice mówią o zamordowaniu 250 tys. Żydów i ok. 1000 Polaków. Ponadto o tym, że "Dnia 14 października 1943 roku wybuchło tu zbrojne powstanie kilkuset więźniów żydowskich, którzy po walce z załogą hitlerowską wydostali się na wolność. W rezultacie powstania obóz został zlikwidowany".

    - W takich miejscach nie jest łatwo być Niemcem - powiedział Erwin Starnitzky, który jako przedstawiciel niemieckiej ambasady w Warszawie uczestniczył w odsłonięciu tablicy niemieckojęzycznej.

    Twarzą w twarz z oprawcą
    Blatt występował jako świadek w dwóch procesach, jakie wytoczono pełniącemu w czasie powstania więźniów obowiązki komendanta obozu Karlowi Frenzlowi. W wyniku pierwszego procesu oskarżony został skazany na wielokrotne dożywocie. Po kilkunastu latach "odsiadki" jego prawnicy zdołali dopatrzyć się nieścisłości procesowych, co pozwoliło założyć im rewizję. Chociaż sąd wyrok podtrzymał, to Frenzel, zasłaniając się złym stanem zdrowia do więzienia już nie wrócił. Wtedy niespodziewanie zgodził się na rozmowę z Blatem w cztery oczy.

    - Pamiętam, że kiedy mi o tym zakomunikowano, nogi się pode mną ugięły - mówi Blatt. - Musiałem rozstrzygnąć moralny problem i zdecydować, czy mam prawo, czy mi wypada rozmawiać z człowiekiem, który zaprowadził całą moją rodzinę do gazu. Ale był to też ten sam człowiek, który wskazał na mnie w czasie selekcji i w tej jednej chwili, przynajmniej na pewien czas uratował mi życie.

    Frenzel na widok Blatta wyprężył się i po wojskowemu strzelił obcasami. Próbował nawet wyciągnąć rękę, ale gość ustawił się bokiem. Rozmawiali cztery godziny. Odpowiadał chętnie. Między innymi stwierdził, że nie był, ani nie jest antysemitą. Ilu ludzi wymordował? Nawet gdyby jednego człowieka, to byłoby za dużo.

    Blatt liczył na jeszcze jedno spotkanie z Frenzlem, tym razem już w jego domu. Stawił się tam razem z żoną. Gospodarza jednak nie było. Przyjęła ich jego żona Między innymi oprowadziła Blattów po swoim mieszkaniu. Otwierając drzwi do sypialni poprosiła, aby szybko weszli, a ona je za nimi zamknie. Okazało się, że w środku fruwała papużka i gospodyni obawiała się, aby nie uciekła.

    Na szafie stała otwarta klatka. Dlaczego papużka nie jest w zamknięciu? - zapytał Blatt panią Frenzel. - Mąż nigdy by się na to nie zgodził - odrzekła.

    Żona Blatta widziała Frenzla w sądzie. - Stwierdziła, że gdyby ją zapytać, który z nas dwóch jest zbrodniarzem, bez wahania wskazałaby na mnie - mówi Blatt. - No bo gdzież tamten, taki okrąglutki na buzi, różowiutki? Ten okrutny, straszny morderca po latach tak dobrodusznie wyglądał. Od tamtej pory zastanawiam się, jak cienka jest ludzka skorupa, pod którą kryje się zwierzę.

    Merek Bem

    Merek Bem, Dyrektor Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady w Sobiborze, przyjaciel Tomasza Blatta.

    Merek Bem, Dyrektor Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady w Sobiborze, przyjaciel Tomasza Blatta.

    Dyrektor Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady w Sobiborze, przyjaciel Tomasza Blatta.
    - Tomasz do dzisiaj nie wyzwolił się z piekła Sobiboru. To zadecydowało o całym jego życiu. Był czas, kiedy założył rodzinę i zapewnił jej godziwy byt. Nie potrafił jej jednak utrzymać. Przywracanie prawdy o sobiborskim miejscu kaźni okazało się dla niego ważniejsze. Pomimo tej determinacji zawsze był pozytywnie myślącym pogodnym człowiekiem, otwartym na ludzi i wrażliwym na ich krzywdę. Dlatego ma tak wielu przyjaciół i jest powszechnie lubiany. Tym bardziej, że nie stroni od ludzkich uciech. Gniewa się jedynie, kiedy na kimś się zawodzi, albo ktoś okazuje się wobec niego nielojalny.


    - Musiałem rozstrzygnąć moralny problem i zdecydować, czy mam prawo, czy mi wypada rozmawiać z człowiekiem, który zaprowadził całą moją rodzinę do gazu - mówi o spotkaniu z Frenzlem Tomasz Blatt.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo