Sprzedane!

Rozmawiali Alicja Polewska i Marek K. Jankowiak
(Fot. Wojciech Wieszok)
- Mężczyzna powinien bronić tego, co stworzył. Rozmowa VIP-a z Janem Franciszkiem Kucharskim, prezesem Polskiego Domu Aukcyjnego.

- Dlaczego trzeba aż trzech uderzeń młotkiem, żeby na licytacji coś kupić lub sprzedać?
- To, że muszą być trzy, nie jest nigdzie zapisane. Myślę, że chodzi głównie o to, by temu, kto chce kupić, dać szansę na zastanowienie. To przecież nie może być spontaniczna decyzja. Zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą duże kwoty.

- Ale są emocje, więc może też idzie o to, by dać komuś szanse na "podbicie" ceny i lepszy zarobek dla sprzedającego.
- Tak też być może. Niektórych przecież do licytacji wciąga dopiero sama licytacja.

- A skąd w ogóle wziął się młotek w tej robocie?
- Przyznam, że nie wiem. Historia na ten temat milczy. Podejrzewam, że może był potrzebny do uciszania ciżby podczas sprzedaży. Mój osobisty młotek wykonał stolarz na Miedzyniu.

- Kiedy pierwszy raz uderzył pan młotkiem po raz trzeci i powiedział: sprzedane?
- Jestem bydgoszczaninem z krwi i kości, szanowałem od dziecka tradycję i kulturę tego miasta. W rodzinie mam korzenie kupieckie i handlowe. I chociaż ja sam byłem w młodości człowiekiem poszukującym swojego miejsca w życiu, przyszedł taki czas, że też się wdałem w hodowlę i handel. Zwierzęta futerkowe hodowałem. I wtedy m.in. zrobiłem uprawnienia do ich sprzedaży na aukcji. Zostałem maklerem giełdowo-towarowym. A potem te uprawnienia rozszerzyłem na nieruchomości, dzieła sztuki itd.

- Własny dom też by pan zlicytował?
- Nigdy. Za żadne pieniądze. I nie tylko dlatego, że jest ładny. To wartość. A tego nie dotykam.

- A konia na aukcji w Janowie Podlaskim?
- "Koniarzem" nie jestem, ale pewnie bym sobie poradził. Bo to bardziej jest chyba kwestia rzetelności niż umiejętności. Jako sprzedający chcę być wiarygodny. A więc jeśli licytuję perły, to trochę o nich wiem i opowiadam podczas licytacji. Podobnie jest z diamentami czy z dziełem sztuki, charakterystycznym dla danej epoki. O koniach tyle nie wiem. Ale przecież nie ma zawodu licytatora. Jest nas chyba w Polsce zaledwie kilkunastu. To raczej umiejętność. Obycia w każdej sytuacji, podejścia psychologicznego, panowania nad salą, opanowania emocji.

- Gdy w grę wchodzą ogromne pieniądze, głos i ręce podczas licytacji drżą bardziej?
- Dla mnie to nie ma znaczenia. Liczy się pozycja. Gdy ją zlicytuję, to pamiętam jedynie, że była. Za ile poszła, już rzadziej. Oczywiście, zdarzają się od tego wyjątki. Pamiętam na przykład licytację za 80 milionów w hotelu Victoria w Warszawie, no i swój rekord - nieruchomość, którą zlicytowałem za 156 milionów złotych.

- Dlaczego Polski Dom Aukcyjny? I to w Bydgoszczy?
- O miłości do Bydgoszczy już wspomniałem, więc to był zasadniczy powód. A chciałem, żeby Dom Aukcyjny był gwarancją rzetelności kupieckiej. I taką warownią odpowiedzialności za całą transakcję. Dlatego m.in. zawsze zapraszamy do nas chętnych, a nie nagabujemy i nie wyrywamy od klienta czegokolwiek do sprzedania za wszelką cenę. Oczywiście, Polski Dom Aukcyjny, to w tym przypadku także szyld do wszelkiej działalności mającej związek z promocją szeroko pojętej kultury.

- Co pana wkurza na co dzień?
- Pesymizm. Takie powszechne malkontenctwo. I narzekanie, że czegoś się nie da zrobić, bo coś tam... Denerwuje mnie na przykład ktoś, kto narzeka, że Bydgoszcz jest brzydka i brudna, ale sam rzuca papierek albo puszkę po piwie i nawet nie pomyśli, że to trzeba sprzątnąć. Denerwuje mnie też, gdy ktoś niszczy kwiaty w skrzynkach na moście Sulimy-Kamińskiego w mieście.

- A gdy się już pan wkurzy, to co? Rzuca pan "ciężkim" słowem?
- Różnie z tym bywa. Jak trzeba - to i tę rzuconą puszkę sam podnoszę. Żeby nauczyć i zawstydzić śmiecących. Na co dzień raczej nie używam brzydkich słów, ale przyznaję - czasem, niestety, jakiś "przerywnik" się pojawia. Choć naprawdę rzadko. Ale dla równowagi - powiem, że nigdy nie kłamię. I dzięki temu żyję spokojnie, bo nie muszę pamiętać, co mówiłem w danej sprawie i kiedy kłamałem.

- Co chciałby pan mieć?
- Do materialnych wartości nie przywiązuję zbyt dużej wagi. Ważniejsze jest dla mnie móc pracować i tworzyć. Coś robić.

- A co by pan zrobił, gdyby ktoś zagroził pana rodzinie?
- Byłbym gotów poświęcić życie. Bo uważam, że mężczyzna powinien bronić tego, co stworzył. A ja mam swój system wartości - Bóg, dom, rodzina. I zawsze będę go bronił.

- Pana największa wada?
- To, że palę. I nie umiem się z tego nałogu wyzwolić. No... ale cóż wart człowiek bez nałogów!?

- A zaleta?
- Żona mówi, że wszystko umiem sprzedać. A ja sam... chyba bym wskazał na optymizm. On mi zawsze daje największego kopa.

- No to zlicytujmy teraz kilka ważnych informacji na temat Jana Kucharskiego. Bardzo lubię...
- ... muzykę. Mam w domu co najmniej kilkaset płyt. Byłem członkiem Klubu Czarnego Krążka, Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Za pierwsze pieniądze od babci kupiłem sobie adapter. Wręcz uwielbiam muzykę organową.

- Nie cierpię...
- ... swojego małego nałogu, czyli palenia papierosów. Tym bardziej, że już przez ponad 2,5 roku nie paliłem.

- Choćby nie wiem co, zawsze znajdę czas na...
-... dla mojej ukochanej Jadzi. To wspaniała kobieta. Czasu dla siebie nie mamy zbyt dużo, niekiedy tylko się o siebie ocieramy. Staram się więc spędzać z nią przynajmniej wszystkie weekendy. Chodzimy na spacery na nadnoteckie łąki, pomagam jej w sprzątaniu. Nawet śniadanie wtedy robię.

- Chciałbym pojechać do...
- ... Ziemi Świętej. To zawsze było moje wielkie marzenie i chyba w tym roku w końcu tam pojadę. Zobaczę Kanę Galilejską, miejsce odnowienia ślubów w Jerozolimie ...

- Miejsce, które zobaczyłem, zauroczyło mnie i mógłbym tam wracać zawsze...
- W Szwajcarii, miasteczko Varei nad Jeziorem Genewskim. Tam, gdzie pochowano Chaplina. Czas tam jakoś wolniej płynie.

- Boję się...
- ... Bogobojny na pewno jestem.

- Gdybym miał tylko jeden bilet do wyboru i miał pójść na koncert, do teatru, do kina lub na dobre zawody sportowe...
- ... to bym poszedł najpierw do opery. Na przykład - na "Wesołą wdówkę" lub na "Wesele Figara". Albo na coś Straussa. Jaka to jest muzyka!

- Której z domowych czynności najbardziej pan nie lubi?
- Nie prasuję, właśnie dlatego że nie lubię. Także sprzątam tylko dlatego, że muszę trochę w domu pomagać. A gdy w domu jest mycie okien, to... staram się raczej przyjeżdżać na "końcówkę" tej roboty.

- Do kuchni pan zagląda?
- Tak, ale głównie po to, by podnieść pokrywę od garnka i zobaczyć, co pysznego się tam gotuje. Czasem dostaję za to po łapach, ale to też ma swój urok.

- Co pana drażni w Bydgoszczy?
- Między innymi to, że dotąd nie potrafiliśmy zagospodarować Wyspy Młyńskiej. Władzy powinno zależeć na promowaniu tego, co może być wizytówką Bydgoszczy. A jest tak, że pojęcie "Wenecja Bydgoska" funkcjonuje, ale w praktyce jej nie ma.

- Które cechy u kobiety ceni pan najwyżej?
- Wierność i uczciwość małżeńską.

- A gdyby tylko oczy miały wybierać?
- Myślę, że to co najcenniejsze, to kobieta ma we wnętrzu. No ... ale jeśli oczy muszą od czegoś zacząć, to chyba najpierw jest to twarz, a potem biust.
Znak Zodiaku - Byk
Ulubiony smak - kuchni mojej żony
Zapach - łąk nadnoteckich
Kolor - żywy, czerwony i różany róż
Kwiat - róża
Alkohol - whisky z posmakiem jaśminu
Auto - sprawne i wygodne w długiej podróży

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie