Wspomnienie o Grzegorzu Karólewskim

    Wspomnienie o Grzegorzu Karólewskim

    Wysłuchał ADAM SZCZĘŚNIAK

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Wspomnienie o Grzegorzu Karólewskim
    Informowaliśmy już, iż wczoraj wieczorem w bydgoskim szpitalu zmarł Grzegorz Karólewski. Miał 60 lat. Dziś przypominamy wywiad z wielkim trenerem koszykówki przeprowadzony w 2003 roku po zdobyciu przez jego Junak Włocławek tytułu mistrza Polski Juniorów. Został wtedy uhonorowany przez "Gazetę Pomorską" nagrodą dla najlepszego trenera roku w naszym corocznym cyklu "Sportowych Nagród Pomorskiej".
    Wspomnienie o Grzegorzu Karólewskim


    Pierwsze łzy wzruszenia popłynęły z jego oczu 4 maja, gdy "Junacy" z Włocławka odbierali złote medale mistrzostw Polski juniorów w koszykówce. Po raz drugi, gdy kilka dni temu odebrał telefon z redakcji "Pomorskiej". Grzegorza Karólewskiego uznaliśmy trenerem 2003 roku.

    Kwarta pierwsza

    Dopiero teraz uświadamiam sobie, że minęło już 41 lat, gdy w siódmej klasie "podstawówki" rozpoczęła się moja przygoda z koszykówką.
    Nie miałem chyba innego wyboru, bo już wówczas byłem wysokim chłopakiem, a w Inowrocławiu w koszykówkę, po prostu, wypadało grać. Kluby Kasprowicz, Noteć, Mechanik liczyły się w regionie. Więcej - w całej Polsce.

    Na pierwsze zajęcia do Noteci zaprowadził mnie nauczyciel Stefan Lewandowski. Jestem mu wdzięczny, choć największą miłość do koszykówki zaszczepił we mnie Zenon Jaźwierski. W barwach klubu z Mątew grałem przez 6 lat, a największym naszym sukcesem było zdobycie mistrzostwa Pomorza, pierwszego w historii Noteci, gdy w pokonanym polu zostawiliśmy takie potęgi, jak: Zawisza Bydgoszcz i Mechanik Inowrocław.

    Dostałem powołanie do wojska. Trafiłem do Jeleniej Góry, do klubu Dolnoślązak, który rywalizował w lidze międzywojewódzkiej. Po wyjściu do cywila - w 1970 roku - przeszedłem do Górnika Wałbrzych. Zespół grywał w pierwszej i drugiej lidze. Poznałem wielu znakomitych zawodników, z kilkoma miałem przyjemność grać, jak choćby z Mietkiem Młynarskim, który chyba do dzisiaj dzierży rekord zdobytych punktów (89) w jednym spotkaniu. W reprezentacji juniorów grywałem także z Edkiem Jurkiewiczem, potem w Górniku - z Markiem Zielińskim, ojcem Maćka, kapitana Idei Śląska. Naprawdę mile wspominam tamte czasy.

    Kwarta druga

    W 1976 roku trafiłem do Włocławka. W mieście próbowano reaktywować koszykówkę na wysokim poziomie, lecz jakoś się nie udawało. Przez dwa lata grałem we Włocłavii, jednak dojrzałem do decyzji o zakończeniu sportowej kariery. Maciej Skinder namówił mnie wówczas do zajęcia się szkoleniem młodzieży w klubie. Przez kilka lat wspólnie z Romanem Konopczyńskim i Kaziem Tomaszewskim jakoś trzymaliśmy klub na powierzchni, a sytuacja nie była najlepsza. Do 1986 roku pracowałem z młodzieżą, później dwa sezony prowadziłem pierwszy zespół Włocłavii (w 1988 roku przejął go trener Marian Woźniak), który dał podstawy Provide. To były początki historii Anwilu.

    Nie pchałem się na koszykarskie salony. Z zawodu jestem elektrykiem ze średnim wykształceniem, instruktorem pierwszej klasy. Nigdy nie miałem wielkich aspiracji, znam swoje miejsce w szyku. Żałuję jednak, że nie zdobyłem chociaż uprawnień trenera drugiej klasy. To co umiem i całe moje doświadczenie z pracy z młodzieżą sprawia, że czuję się spełniony jako trener. Myślę, że mam do tego smykałkę i "nosa" do wynajdywania talentów.

    W sierpniu 1988 roku podjąłem pracę w Junaku Włocławek i jestem w nim do dziś - czyli już 15 lat!

    Kwarta trzecia

    W koszykówce zawsze stawiam na technikę indywidualną i rzut. Obronę można wyćwiczyć, ale bez tych elementów zabijane jest piękno tej gry. Rezygnuję z tzw. ciągu szkoleniowego, w którym każdy z trenerów pracuje z grupą młodzieży przez dwa-trzy lata i przekazuje ją następnemu. Wtedy w drużynie nie rodzi się więź. Uważam, że tylko wspólna praca przez wiele lat ją buduje. Zespół żyje, jak rodzina i to jest podstawą do odniesienia sukcesu.

    W 1994 roku zebrałem grupę chłopców. Na zdjęciach - gromadzimy je w naszej kronice - można zobaczyć, że wśród nich wyglądam jak Gulliwer wśród lilliputów. Przez dziewięć lat pracy obserwowałem, jak rośli, mężnieli, dojrzewali sportowo.

    Początki to była typowa zabawa, zachęcanie do wysiłku, także przekonywanie rodziców, aby się zaangażowali. Gdy dostrzegli, że ich pociechy mają z tego radość, zaczęli pomagać (również finansowo) podobnie zresztą, jak miasto. Dzięki temu przez te lata zespół był na ośmiu obozach, wystąpił w 23 turniejach, rozegrał ponad 300 spotkań. Moja fascynacja na pewno była też dużo większa, bo w zespole grał mój syn Piotr.

    Chłopcy zawsze czerpali z dobrych wzorców. Często na obozy jeździli ze starszym rocznikiem - 1980, z którego wywodzą się: Hubert Radke, Marcin Cieślak czy Krystian Święch. Spotykali się z pierwszą drużyną na zgrupowaniach w Wągrowcu i tam mogli podpatrzeć swego idola - Igora Griszczuka, który potem potrafił ich obsztorcować, że... za mało jedzą. Ci gracze byli dla nich inspiracją, zachętą do pracy. Do dzisiaj Hubert czy Marcin zaglądają do nas na treningi i przysyłają kartki. Radke był nawet na finałach mistrzostw Polski i robił nam zdjęcia.

    Kwarta czwarta

    Włocławek wcześniej tylko raz w historii zdobył tytuł mistrza Polski w grze zespołowej - uczynili to piłkarze ręczni. Jadąc na finały do Szczecina, na pewno nie byliśmy faworytami. Po cichu marzyliśmy jednak o sprawieniu niespodzianki. Na "rozkładzie" mieliśmy wszystkich rywali, chociaż kandydatów do złota upatrywano w Śląsku Wrocław, AZS Lublin i SKK Szczecin. Zaczęło się od 28-punktowej przegranej właśnie ze Śląskiem. Porażki jednak uczą i w kolejnych meczach postawiliśmy na mocną obronę. Po zaciętych meczach pokonaliśmy Pyrę Poznań, AZS Lublin, a w półfinale WKK Wejherowo. W chłopcach obudziła się niesamowita żądza zwycięstwa i w finale pokonali prawie 40 punktami Stal Stalową Wolę ("Stalówka" pomogła nam wcześniej, eliminując w półfinale Śląsk). Do końca nie wierzyłem w sukces. Mój syn Piotr za to obiecał, że będzie złoto. Po ostatnim gwizdku sędziów krzyknął: - A nie mówiłem ci, że zdobędziemy mistrzostwo Polski?! Było jak w bajce. Cały zespół zapracował na ten sukces. Najlepszym zawodnikiem turnieju wybrano Radka Kłosińskiego, znakomicie grali też Piotr oraz Patryk Skowroński - reprezentant Polski na mistrzostwa Europy juniorów.

    Pilnie przyglądam się moim podopiecznym, trzymam kciuki, aby nie zmarnowano ich talentu. Przy napływie obcokrajowców Polakom trudno znaleźć sobie miejsce w drużynach ligowych. Obecnie Karólewski, Kłosiński i Maciej Wieszczak są w Noteci Inowrocław, choć na razie nie dostają zbyt wielu okazji do grania. Skowroński występuje w Baskecie Kwidzyn. Paweł Gołdziński i Grzegorz Madajczyk grają w rezerwach Anwilu. Zresztą 6 graczy przekazałem do tego klubu, bo zaczęła się nam układać współpraca z dyrektorem klubu Arkadiuszem Krygierem oraz trenerem Wojciechem Kobielskim. Po naszym mistrzostwie pod kopułą "Hali Mistrzów" zawisła flaga z napisem "Mistrz Polski juniorów". Dopiero kilka tygodni później tytuł najlepszej drużyny w kraju zdobyli seniorzy Anwilu. To wielka sprawa dla nas, bo czujemy się trochę takim "młodszym bratem" tej wielkiej drużyny.

    Wciąż staram się uczyć od lepszych. Wiele dało mi podpatrywanie zajęć Rajko Toromana, teraz obronę wzoruję na Andreju Urlepie. Kiedyś chodziłem na treningi pierwszej drużyny Anwilu. Ale skończyło się, gdy Daniel Jusup zamknął halę przed wszystkimi. Teraz nawet nie próbuję, bo zanim wytłumaczyłbym ochroniarzom kim jestem i po co tu przyszedłem...

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo