Zajrzyj w głąb siebie

Monika Wójcik-Musiał dzial.magazynu@pomorska.pl tel. 052 32 63 100
sxc
Bark. A z nim, a raczej z nimi, łatwo nie było. I o ile ten prawy działał czasem jeszcze w granicach normy, z lewym było już znacznie gorzej.

Ale zacznijmy od początku. Długie lata ciężkich, naprawdę mozolnych treningów - czasem wydawać by się mogło, ponad ludzkie siły - zrobiły swoje. Co prawda, barki nigdy nie były wybite, ale wielokrotnie nadwyrężone, przeciążone, mocno poobijane, dotkliwie posiniaczone.

No dobrze przyznajmy, tym razem bez bicia, że regularnie coś tam w nich z głośnym chrupnięciem wyskakiwało, przeskakiwało i samoczynnie, bez jakiejkolwiek mojej kontroli - bo w gruncie rzeczy nawet z własnym barkiem trudno się jest dogadać - samoczynnie się przemieszczało. Niby tkwiła w nich siła, bo dość potężna muskulatura wypracowana na workach, gruszkach, tarczach i sparing partnerach, za tym przemawiała, umiały wyprowadzić cios, mocno uderzyć, ale gdzieś głęboko kryła się w nich jakaś słabość.

A właśnie... nie odkryłam jeszcze, czym wcześniej się zajmowałam. Powiem krótko - karate, boks, krav maga. Tak, tak, sporty walki i to wydaniu wyczynowym, treningi co najmniej dwa razy dziennie, regularny udział w zawodach. I jeśli komuś wydaje się, że przy 166 centymetrach wzrostu i 55 kilogramach wagi to niemożliwe - zapewniam, że głęboko się myli.

Ale pewnego dnia
Sala nieduża, ale energia, która unosiła się pomiędzy, ponad i trochę jakby od środka leżących na drewnianej podłodze mat - zaiste wielka. Wówczas jeszcze nie do końca świadoma, co się tutaj zdarzy i jak ogromny wpływ wywrze to na moje życie, po cichutku wtopiłam się w grupę.

Moja własna energia, ta z którą przyszłam tego sierpniowego popołudnia, była duża, ale nijak nie mogłam odnaleźć się z nią na tych pierwszych zajęciach. Dziś wiem, że miałam w sobie zbyt dużo bałaganu, zbyt mało wglądu w siebie samą, a już na pewno mentalnie nie byłam wtedy, tam gdzie byłam, bo moje myśli krążyły to za drzwiami sali, po korytarzu, a to jeszcze na niedawno zakończonym treningu. Część z nich została też w domu i błąkały się gdzieś na kanapie przed telewizorem.

Jak już je trochę, brzydko mówiąc, zebrałam do kupy, musiałam cierpliwie wysiedzieć z nimi kilka minut w svastikasanie, mało tego, trzeba było mieć zamknięte oczy.

I wówczas chyba na tym skupiłam się najbardziej.

Nie wiedziałam jeszcze, że należy równomiernie docisnąć obydwa pośladki, wyciągać szczyty pach, pracować nad wydłużeniem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że pozycja powinna być mocna i stabilna od zewnątrz, a jednocześnie z każdym wydechem powinnam rozluźniać się od wewnątrz, rozluźniać oczy, zapanować nad poruszaniem gałek ocznych, powiek, rozluźnić gardło, barki, ramiona, i tym sposobem powoli dojść aż do narządów wewnętrznych. Unosić mostek, a kierując łokcie w dół i lekko ku tyłowi otwierać delikatnie klatkę piersiową, bo wówczas rozluźni się serce, a powietrze będzie swobodnie wentylować płuca...

Co ja tutaj robię?!
Prawdziwa "zabawa" miała się jednak dopiero rozpocząć. Ale w tej grze, aby pojąć wszystkie jej zasady, nie wystarczy dzień, nie wystarczy też tydzień ani rok, ani nawet dwa. Tutaj uczyć się trzeba przez całe życie. Jak mawiają niektórzy, ta nauka boli przez pierwsze dwadzieścia lat, a potem ból staje się odrobinę słabszy. Jeśli jednak konsekwentnie, systematycznie i z oddaniem będziemy zgłębiać naszą praktykę, mamy wielką szansę osiągnąć harmonię i wewnętrzny spokój. Trudności, które podczas każdej z tych lekcji napotkamy, jedynie nas wzmocnią.

Każde kolejne zajęcia były jak doświadczanie nowych smaków, jak kosztowanie małych kawałeczków, jak wspinanie się na palce i próba dosięgnięcia czegoś wysoko ponad nami - doskonała strawa zarówno dla ciała, jak i dla ducha. Ale po kolei.

To, co było widać od zewnątrz - to jedno. To, co działo się w moim wnętrzu - zawsze najtrudniej było dostrzec nawet mnie samej. Praktykowałam asany od podstaw, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, o których mówił nasz nauczyciel. Dopiero z upływem czasu zrozumiałam, o czym tak naprawdę mówił, a pokazało mi to moje ciało.

Mogło to zrobić, gdy poczułam je całą sobą, kiedy poczułam ciałem całą siebie.

Wszystkiego "trochę"
Zaczęło się niewinnie, jakby to określił ktoś z zewnątrz, kto nigdy nie uczestniczył w tego typu zajęciach: "Trochę poleżeli, trochę posiedzieli, trochę postali i znów poleżeli. Mieli grube koce, dziwne kolorowe paski, drewniane klocki i pianki. Wyczyniali też coś z krzesłami i z takim wałkiem".

Tyle, że każdy z owych "dziwnych" przyrządów w jodze według metody Iyengara, to rodzaj pomocy, dzięki której jesteśmy w stanie zmodyfikować pozycję tak, ażeby dopasować ją do możliwości naszego ciała. Weźmy na przykład ten tajemniczy wałek, czyli bolster. Już choćby w savasanie zwanej pozycją martwego ciała, dla wielu jest on niezbędny, doskonale podpiera kręgosłup na całej jego długości, dzięki czemu daje uczucie komfortu i stabilności. A wówczas nieruchome w tej asanie ciało głęboko się relaksuje, umysł pozostaje świadomy, ale wyciszony i spokojny. Co więcej umysł i ciało stają się jednym osiągając w ten sposób stan wewnętrznej harmonii.

Tak, tak, ja też wiele czasu poświęciłam tej pozycji, aby któregoś dnia móc zaprzestać koncentrowania się jedynie na jej fizyczności - na tym, czy prawa rękę jest wyżej czy niżej niż lewa, czy moja broda nie odchyla się zbytnio do tyłu, tym samym skracając szyję - zaprzestać tej fizyczności, a poczuć jak savasana zaczyna się przejawiać.

A teraz wielki skok, przynajmniej o dwa, trzy poziomy zaawansowania. Przyszedł czas na królową wśród asan - salamba sirsasana, czyli pospolicie mówiąc stanie na głowie. Do wyboru: wejście w pozycję z pomocą ściany lub balans na środku sali. Nie wspomniałam, że wcześniej staliśmy na przedramionach - pincha mayurasana, a propos, moje barki są już w tej chwili doskonale przygotowane, elastyczne, silne, mocno zakorzenione w macie.

"Stare" barki odeszły
A na nowych można wziąć się solidnie do roboty, wyciągać kość ogonową, pracować nad odpowiednią linią łopatek, niwelować wygięcie w lędźwiach. Do takich efektów dochodzi się tylko jedną drogą, systematycznej, ciężkiej pracy nad swoim ciałem, ale przede wszystkim nad samym sobą.

Dzisiaj zakres ruchomości, elastyczności i możliwości moich obydwu barków jest, można by rzec - nieograniczony, otwierają się na lewo i prawo z lekkością.

I jeszcze jedno, dziś wiem, że w życiu nic nie dzieje się przypadkiem. Do końca nie jestem pewna, kto lub co tym wszystkim kieruje, ale to nie przypadek, że "przypadkiem" spotkałam kiedyś człowieka, który miał tylko zostać bohaterem mojego jednego artykułu, pisanego dla pewnej bydgoskiej gazety. Bo już wtedy, a było to jakieś dobre pięć lat temu, poczułam, że odegra on jeszcze jakąś rolę w moim życiu.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie