Zawód aktora to cygańskie życie

    Zawód aktora to cygańskie życie

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Marta Ścisłowicz w swojej garderobie, chwilę przed próbą "Płatonowa"

    Marta Ścisłowicz w swojej garderobie, chwilę przed próbą "Płatonowa" ©Fot. Tytus Żmijewski

    Rozmowa z <b>Martą Ścisłowicz</b>, aktorką Teatru Polskiego w Bydgoszczy, grającą w spektaklu "Cherry Blossom".
    Marta Ścisłowicz w swojej garderobie, chwilę przed próbą &quot;Płatonowa&quot;

    Marta Ścisłowicz w swojej garderobie, chwilę przed próbą "Płatonowa" ©Fot. Tytus Żmijewski

    - Jesteś w trakcie realizowania projektu polsko-szkockiego Cherry Blossom. Jak wyglądała praca nad tekstem? Czy byłaś w zespole przygotowującym tekst spektaklu?
    - Pierwsze dwa tygodnie pobytu w Szkocji to była praca nad tekstem. Wszyscy nad nim mocno główkowaliśmy. Chcieliśmy, aby znalazło się w nim więcej relacji polsko-szkockich. Ale ostateczne zdanie na ten temat miała jego autorka Catherine Grovenor. Wersję do grania dostaliśmy dwa tygodnie przed premierą. Natomiast pierwsze rozmowy dotyczące tekstu, kreacji i pracy przeprowadziliśmy w maju w Edynburgu.

    - Mieliście zatem mało czasu na przygotowanie się do ról?
    - Oj bardzo. Trudno było nam ogarnąć zmiany i postaci, i języka, zapamiętać je. Każdy z nas gra rolę każdego z czterech bohaterów. Musieliśmy wypracować ich spójną wizję, żeby widz widział konsekwencję w prowadzeniu postaci.

    - I to Wam bardzo fajnie wyszło. A jak dawałyście z Małgosią Trofimiuk radę językowo? Miałyście jakiegoś tłumacza, nauczyciela?
    - Niestety, nie. Przez pierwszy tydzień miałyśmy głowy jak balony. Zwłaszcza że pracowałyśmy w blokach po 8 godzin dziennie. Potem okazało się, że język nie jest podstawowym źródłem komunikacji w teatrze. Że ważna jest energia, nasze uczucia, gesty.

    - W życiu też widać jest podobnie - główni bohaterowie Grażyna i Paweł mówią jednym językiem, a nie mogą się dogadać.
    - No właśnie. Język jest barierą, ale brak jego znajomości nie wyklucza możliwości dogadania się. Chodzi o chęci.

    - Czy jak graliście w Szkocji to czuliście u widzów tę chęć zrozumienia języka, którym mówicie? Przecież spektakl jest grany mniej więcej w połowie po polsku i po angielsku?
    - Szkoci się bardzo angażowali. Czytali tłumaczenia, starali się za nimi nadążać, byli zainteresowani. Dzięki temu mogli się wczuć w to, co czuje Polak, który nie rozumie ich języka.

    - Jak Szkoci w ogóle reagują na Polaków w ich kraju?
    - Jedni nas bardzo lubią, inni nienawidzą. Gazeta "Daily Mail" jest strasznie antypolska, cokolwiek Polacy robią, jest źle. Przyjeżdżaliśmy - źle, teraz wyjeżdżamy - też niedobrze. Mamy z nimi sporo wspólnego, choć temperament my mamy większy. W czasie prób, szkoccy aktorzy uspokajali nas. A my się nie denerwowałyśmy, tylko tak pracujemy ekspresyjne. Szkoci mają świadomość, że Polacy to świetni pracownicy. Niektórzy narzekają, że nasi rodacy zabierają im prace. Ale tak naprawdę Szkoci są zbyt leniwi, by pracować w rzeźni, czy na zmywaku za stawki, za które pracują nasi.

    Cherry Blossom
    Projekt Traverse Theatre z Edynburga i Teatru Polskiego z Bydgoszczy. Występuję w nim: Marta Ścisłowicz i Małgorzata Trofimiuk i dwóch Szkotów Sandy Grierson i John Kusak. Reżyserem jest Lorne Campbell. Premiera światowa miała miejsce 27 września w Edynburgu, polska - 16 października w Bydgoszczy.

    - Jakie były reakcje Polaków na emigracji po obejrzeniu sztuki?
    - Polacy, którzy przychodzili do nas po spektaklu mówili, że to jest ich historia. Że jest to odzwierciedlenie rzeczywistości. Problemy bohaterów spektaklu: zagrzybione mieszkanie, brak dostępu do internetu, przeładowane mieszkania, to wszystko jest strasznie żywe. Bardzo przeżywali też rodzice dzieci, które są na emigracji, kiedy widzieli warunki, w których być może żyją ich pociechy.

    - Nie uważasz, że te problemy były bardziej aktualne trzy lata temu? Że dziś ludzie jadą bardziej przygotowani i językowo, i mentalnie?
    - Trochę tak jest. Dziś jest coraz mniej ludzi, którzy wyłącznie liczą tam pieniądze. Owszem, niektórzy przyjeżdżają na rok z określonym celem, np. uzbierania forsy na budowę domu. Ale inni pracują i oprócz tego korzystają z uroków życia, chodzą do restauracji, robią zakupy, żyją. Oprócz robotników do Szkocji jadą ludzie wykształceni, architekci, lekarze. Poznałam dziewczynę po psychologii. Dostała w Polsce propozycję zrobienia doktoratu, ale nie miałaby możliwości zarabiania. Zrezygnowała. Sprzedaje w sklepie z pamiątkami i jest zadowolona ze swojego życia.

    - Czy Sandy'emu i Johnowi podobała się Bydgoszcz?
    - Bardzo. Zwiedziliśmy starówkę, byliśmy w Mózgu. Od razu poczuli sławną, polską gościnność. Co więcej, sami bardzo chcą poznać polskie tradycyjne smaki. Jedzą bigos, pierogi i wszystko im bardzo smakuje.

    - A jak Tobie mieszka się w Bydgoszczy?
    - Mam tu pracę, ale się nie zakotwiczam. Zawód aktora to takie cygańskie życie. Bardzo lubię nasz teatr i cieszę się, że mogę tu pracować. Stanowimy zespół każdy ma podobną energię, podobne myślenie. Cały czas się tu rozwijam i to jest fantastyczne. No i bydgoska publiczność. Widzę osoby, które przychodzą po kilka razy na spektakle, są na każdej premierze. Przekrój jest ogromny. Poza tym są bardziej wymagający niż szkocka publiczność. Tam teatr był głównie rozrywką, w Polsce miał zawsze podwójną rolę.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo