We wrześniu na zaproszenie Skody Polska byłem w Szwecji na torze w Gillinge, w minionym tygodniu w Słowenii w miejscowości Vransko, najnowocześniejszym torze w Europie. Kosztował słoweńców 11 mln euro.
To są z prawdziwego zdarzenia tory do nauki jazdy. Z płytami poślizgowymi, wodą, urządzeniami zwanymi szarpakami wymuszającymi poślizg auta itp.
Dzięki temu kierowcy uczą się jeździć po śliskiej nawierzchni i wychodzić z poślizgu. W Szwecji takie szkolenia są obowiązkowe. "Niech wasze życie będzie dłuższe niż droga hamowania" - głosi jedna z chętnie przytaczanych w Gillinge sentencji. - Uczymy jazdy od 1975 roku opowiadał dyrektor Hans Lofgren. - Badania wykazały, że nasi kursanci po nauce jazdy po śliskiej nawierzchni powodowali więcej wypadków, niż bez kursów. Ponosiła ich brawura. Dlatego uczymy już tylko unikania ryzyka i pokazujemy skutki wypadków. To działa najlepiej.
Pod dachem auto z łosiem, rozbite wnętrze po wypadku, w którym bagaż (skrzynka z piwem) nie była odpowiednio zabezpieczona. Urządzenie z kursantem na pokładzie, które imituje uderzenie autem w mur z prędkością 8 km/godz. Szwedzi mają rację: to działa na kierowcę niczym zimny prysznic.
W Słowenii na torze wpadaliśmy w poślizg z prędkością najpierw 40, potem 60 i więcej km/godz. Przy "czterdziestce", ale po serii ćwiczeń, można opanować auto, przy "sześćdziesiątce" tylko niekiedy, przy szybszej jeździe już nie ma mocnych... U nas kursy na prawo jazdy są bez jazd w takich ośrodkach. Ale ćwiczyć można - prywatnie. Skromne ośrodki są w Warszawie, Kielcach, Poznaniu, Wrocławiu i Toruniu (Toruńska Akademia Jazdy). Kto o nich słyszał i kto ćwiczył? Niewielu. Skutki widać na drogach.