Tatuś - syn ostatniego ojca

(esto)
Tatuś – syn ostatniego ojca
Tatuś – syn ostatniego ojca Scena Prapremier Invitro Lublin
- Lepiej, żeby się bał niż żeby coś mu się stało - twierdzi matka. - Lepiej, żeby coś mu się stało niż żeby się bał - prostuje ojciec. Mając za sobą dzieciństwo pełne ojcowskich sprostowań, "skrzywieni" wchodzimy w dorosłe życie. O potędze ojców opowiadał spektakl Łukasza Witta-Michałowskiego "Ostatni taki ojciec", pokazany wczoraj na placu przed Teatrem Polskim.

Autorem inspirowanego "Listem do ojca" Kafki tekstu zaprezentowanego przez Scenę Prapremier Invitro Lublin jest Artur Pałyga. Wystąpili: Maria Daiksler, Ewa Pająk, Tomasz Bazan, Arkadiusz Cyran, Remigiusz Jankowski, Dariusz Jeż, Łukasz Pruchniewicz.

"Nasi ojcowie to byli ostatni ojcowie. […] Tatuś. Tatusiek. Nikt nie powie już - ojciec"… A ojciec to słowo mocne - budzi szacunek, a może nawet strach, wieje chłodem.

W spektaklu Witta-Michałowskiego ojciec ma podsycać męską siłę, matka odpowiada za emocjonalność i wrażliwość dziecka, a na ślady tego rodzicielskiego "przeciągania liny" młody, dorastający czy dorosły człowiek natyka się w sobie później już zawsze. Walka między uległością matki a sadyzmem ojca przetapia się w nim w wewnętrzny konflikt, dialog pełen wątpliwości i pytań bez odpowiedzi.

Chłopiec bardzo wcześnie zmuszony jest do szukania w sobie stereotypowo pojętej męskości. W tym, że słabość jest niepoprawna utwierdza go matka. Kiedy noworodek nie krzyczy po narodzinach, prędzej niż lęk o życie dziecka dopada ją wstyd przed mężem - wstyd, że dziecko nie urodziło się silne. I chociaż nieśmiało wspiera ona synka w pierwszych próbach poznawania świata, zawsze łamie ją chłód męża. Gotowa jest znosić zdradę, poniżenie i krzywdę dzieci, by rodzina, choć struta domową przemocą, nie runęła. I tylko na ścianie domu powoli rozrasta się cuchnący grzyb, jak portret rodzinnego brudu.

Miłość ojca jest chłodna. Ojciec staje się ludzki tylko wtedy, kiedy zabiera dziecko w podróż z dala od domu. Bo nie ciąży mu rodzicielska odpowiedzialność - wyznaje. - Bo w podróży zależy od niego mniej niż w domu.
W domu troszczy się o dobrobyt, ale nie potrafi obdarowywać nim z głębi serca. Wokół swojej ojcowskiej roli buduje ciężką aurę własnej wielkości, autorytet podpiera lękiem dzieci i żony, agresywnie domaga się dyscypliny, tresuje. Kiedy obdarowuje dzieci pierwszym w ich życiu arbuzem, widzimy upiorną ceremonię konsumpcji świętego dania: ojciec poniża dzieci, każąc im w trosce o czyste ubrania jeść owoc nago. Dzieci żyją w strachu, że nie spełnią ojcowskich oczekiwań - boją się nawet próbować, bo widmo porażki przeraża je bardziej niż tkwienie w niewoli strachu.

Ojciec systematycznie, precyzyjnie, bezwzględnie wymierza synowi cios za ciosem, a wszystkie te uderzenia powracają do niego nagle jak dreszcz niepokoju, zalążek przeczucia winy, kiedy dziecko zapada na śmiertelną chorobę.

"Firanka" - to jedno z pierwszych słów, które poznaje synek. Firanka powiewa w oknie, za którym roztacza się świat, budzący jeszcze wtedy w maluchu ciekawość i chęć poznawania. Słyszymy później wyłowione z ojcowskiej pamięci wspomnienie dziecięcych zabaw w zadawanie muchom tortur, w których firanka grała rolę umożliwiającej "zabiegi" pułapki. I rozumiemy wtedy, że życiową siłę dziecka, chłopca, mężczyzny zawsze równoważyć będzie ciężar odrzucenia i ojcowskiej agresji.

Relacja ojciec - syn nie umiera wraz ze śmiercią ojca, nie zostawia po sobie czystej karty na nowe życie młodego człowieka, lecz raczej pytanie o pozostawione na świecie wartości. "Nasi ojcowie to byli ostatni ojcowie. […] Tatuś. Tatusiek. Nikt nie powie już - ojciec"… - i może dobrze, bo to właśnie tatusiowie w tajemnicy borykają się z powracającym ojcem-demonem. Jest wszędzie: w sennych lękach, w braku wiary, w trującym połączeniu tęsknoty za nim i obrzydzenia do niego. Tatuś, który wspomina ojca jako ostatniego przedstawiciela "wymarłego" gatunku ojców, to mężczyzna, na którego czeka trudne pytanie - kim byłbym, gdyby nie on i czy odrzucając go, nie będę zbyt słaby?

Gdyby przyszło mi oceniać spektakl, na pewno zwróciłabym uwagę na ciekawe rozwiązania, dzięki którym ponad fabularnym wymiarem niektórych scen rysował się głębszy komunikat. Niepotrzebne jednak wydały mi się wszelkie efektowne (efekciarskie?) zabiegi z teatrem bezpośrednio niezwiązane. Bo czy gdyby trumna ojca nie znalazła się pod widzami, nie zrozumielibyśmy, że trafił on do piekła, a jednocześnie pozostaje tak blisko nas, że jego życie stanowi dla nas kulturowe wyzwanie? Czy gdyby grzyb na ścianie nie jaśniał i nie rozrastał się za sprawą projektora, widzowie straciliby poczucie, że "zatrucie" obserwowanej rodziny postępuje? Czy gdyby widownia nie jeździła między scenami po terenie gry, widzowie zasnęliby? Poza tym, czy konieczne jest aż takie stężenie patologii, by mówić o problemie poniekąd uniwersalnym? Chyba nie, a we mnie takie dodatkowe "fajności" wywołują odczucie, że reżyser nie potrafi odrzucić tego, co zbędne i ograniczyć się do esencji.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie