Czarnobyl 35 lat po katastrofie. Tak wygląda teraz w miejscu wybuchu [zdjęcia]

Roman Laudański
Roman Laudański
Dziś, 35 lat po tej katastrofie, Czarnobyl stał się największym produktem turystycznym Ukrainy. Zobacz zdjęcia z ostatnich lat.
Dziś, 35 lat po tej katastrofie, Czarnobyl stał się największym produktem turystycznym Ukrainy. Zobacz zdjęcia z ostatnich lat. Karol Kopczyński
Udostępnij:
W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku nastąpił wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Dziś, 35 lat po tej katastrofie, Czarnobyl stał się największym produktem turystycznym Ukrainy. Ludzie w Stanach Zjednoczonych, we Francji czy w Kanadzie mogą nie wiedzieć, w jakim państwie znajduje się Czarnobyl i gdzie to państwo leży, ale o katastrofie w Czarnobylu słyszał chyba każdy.

We wrześniu 2015 roku Karol Kopczyński z Szubina wsiadł wraz z innymi uczestnikami wycieczki do autokaru w Warszawie. Tam właśnie usłyszał, że Czarnobyl przyciąga. I że niektórzy do niego wracają. W jego przypadku tak się stało. Był tam już trzy razy. I nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Start. Sławutycz
Sławutycz to miasto zbudowane po awarii w Czarnobylu dla wysiedlonych mieszkańców strefy, których ewakuowano po wybuchu w elektrowni atomowej. Leży kilkadziesiąt kilometrów od strefy. To w Sławutyczu zatrzymują się zagraniczne wycieczki z turystami. Stąd wyjeżdżają na zwiedzanie. – Pracownicza eksterytorialna kolejka elektryczna w niecałą godzinę dowoziła nas do strefy wykluczenia – opowiada Karol Kopczyński.

Ze względów bezpieczeństwa kolejka nie zatrzymuje się po drodze. Jej trasa przebiega częściowo przez terytorium Białorusi. Telefony turystów co chwilę logowały się do białoruskich bądź ukraińskich sieci. Przez okna widać płoty graniczne, a reflektory oświetlają całą przygraniczną strefę. Trasa kolejki kończy się tuż przy samej elektrowni. Wysiada się z niej na zabudowanym peronie - ogranicza to kontakt ludzi z unoszącym się pyłem i mogącymi się w nim znajdować szkodliwymi promieniotwórczymi cząsteczkami – tłumaczy Karol.

Po wyjściu z peronu pozostaje jeszcze kontrola paszportowa przez służby bezpieczeństwa Ukrainy, a następnie omówienie z przewodnikiem szczegółów zwiedzania. – Nasz przewodnik Siergiej Akulinin był jednym z likwidatorów skutków awarii. Wspominał głuchy odgłos, jak uderzenia grzmotu, a nie wielką eksplozję, która rozsadziłaby pół elektrowni. Najbardziej bolesne wspomnienia dotyczyły jednak wyprowadzki z Prypeci. W ciągu trzech dni musieli ewakuować się z wszystkimi mieszkańcami z tego miasta. Żonę i dzieci wywiózł, a później wrócił, by dalej pomagać.

Każdy dzień zwiedzania rozpoczyna się odprawą z przewodnikiem. Na początku instrukcja bezpieczeństwa – niezmienna od lat. Niezależnie od pogody i pory roku całe ciało musi być zakryte. Długie spodnie, ale nogawki nie mogą szurać po ziemi, żeby nie wzbudzać kurzu, koszula z długimi rękawami. Niczego nie wolno stawiać na ziemi, nie wolno nigdzie siadać, ani na żadnych murkach, ani na ziemi. Jedzenie musi być hermetycznie zamknięte. Woda tylko butelkowana. Na terenie elektrowni jest stołówka dla pracowników i turystów. Tu razem jemy obiad.

– W zależności od liczebności grupy strona ukraińska przydziela nam busa, którym poruszamy się po terenie – opowiada Karol. – ]Najczęstszym kierunkiem zwiedzania jest opuszczone miasto Prypeć, opuszczone wioski, radar pozahoryzontalny Duga zwany Okiem Moskwy lub opuszczona ferma norek (wybudowana już po awarii przez naukowców z Kijowa, którzy prowadzili badania nad tymi zwierzętami karmiąc je rybami pochodzącymi ze zbiornika wodnego służącego do chłodzenia reaktorów elektrowni. Wyniki badań były następujące – mięso norek było napromieniowane i nie nadawało się do spożycia, ale futro nie nosiło żadnych śladów skażenia).

W Prypeci mieszkało niecałe 50 tysięcy ludzi. Pozostały opustoszałe blokowiska. Można je przejść z jednego końca do drugiego. Mieszkania są puste, z odchodzącymi od ścian tapetami, resztkami mebli. – Część zabrali mieszkańcy, część rozgrabili szabrownicy, a część wyposażenia została zakopana przez likwidatorów. Podczas likwidacji skutków katastrofy sprzęty były wyrzucane przez okna, ładowane na ciężarówki i wywożone do mogilników, gdzie wszystko zasypywały spychacze.

Zdjęcia
– Kiedy byłem w Czarnobylu po raz pierwszy, zachowywałem się jak japoński turysta i fotografowałem wszystko, co się da – wspomina Karol Kopczyński. – Kiedy jedziesz do Egiptu, to musisz mieć zdjęcie pod piramidami. Kiedy jesteś w Prypeci, wszyscy ustawiają się przy dawnym wesołym miasteczku, by pozować do zdjęcia z diabelskim młynem w tle. Później obowiązkowe foto przy basenie, hotelu, ośrodku kultury.

Dopiero podczas drugiego, trzeciego wyjazdu zaczął zwracać uwagę na szczegóły: porzucone zabawki, dziecięce buciki w przedszkolu, maskę przeciwgazową czy zbite w pośpiechu okno. – Za drugim razem prawie bez przerwy padał deszcz, co utrudniało zwiedzanie, ale umożliwiało robienie klimatycznych zdjęć. Strefa wykluczenia jest tak duża, że każdy znajdzie tam tematy zdjęciowe dla siebie.

Jak się zwiedza Prypeć? Zasady bezpieczeństwa zabraniają wchodzenia do budynków. Miasto zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem, po czym grupa wsiada do busika i jedzie dalej. Ale zdarza się, że organizator zostawia zwiedzających w centrum Prypeci, turyści rozchodzą się na godzinę, by nie tłoczyć się w jednym miejscu. Nie wolno tylko się spóźnić.

Czarnobyl 35 lat po katastrofie. Tak wygląda teraz w miejscu wybuchu - zdjęcia w poniższej galerii

Prypeć - miasto widmo. Widok z hotelu na plac centralny, głównie na Dom Kultury „Elektryk”. Nadal są w nim portrety Lenina.

Czarnobyl 35 lat później. Oto zdjęcia z okolic miejsca wybuc...

– W 2019 roku Ukraińcy umożliwili turystom zwiedzanie elektrowni Czarnobyl z uwzględnieniem bloku numer cztery, czyli miejsca, w którym doszło do awarii. Dodatkowo można było wejść na płytę reaktora numer trzy. To hala w sąsiedztwie reaktora, który wtedy wybuchł.

– To mnie skusiło, by po raz trzeci pojechać do Czarnobyla – wspomina Karol. – Można też zwiedzić sterownię reaktora numer trzy, schron atomowy znajdujący się pod elektrownią czy pomieszczenie, w którym znajduje się komputer Skala – był on używany w elektrowni do sterowania reaktorem aż do roku 1995. Ostatnio elektrownia umożliwia również wejście pod kopułę nowego sarkofagu, co – jak zapewnia Karol – może skłonić go do czwartego wyjazdu w to miejsce.

Każdy powrót ze strefy wiąże się z przejściem przez specjalne bramki dozymetryczne badające czy nie przenosimy na sobie niebezpiecznych promieniotwórczych cząsteczek.

Kto tam jeździ?
– Urodziłem się niecały rok przed wybuchem w Czarnobylu – uśmiecha się Karol. – Podczas wyjazdów turystycznych najwięcej było 30-, 40-latków. Jadą także osoby w wieku 60 plus i pomimo różnicy wieku naprawdę fajnie się z nimi rozmawia. Wspominają akcję picia płynu Lugola czy informacje o nadciągającej nad Polskę chmurze radioaktywnej. Często są zafascynowani tamtą katastrofą, chcą to zobaczyć na własne oczy. Trzeba pamiętać, że do Czarnobyla może pojechać osoba, która skończyła 18 lat. I jeśli widziałem tam ludzi około dwudziestki, to oni niekoniecznie zainteresowani byli historią tego miejsca i katastrofą. Młodzi o Czarnobylu dowiadywali się z komputerowych gier i filmików w mediach społecznościowych. Słyszałem, jak porównywali obiekty elektrowni z tym, co widzieli w jakichś grach komputerowych. Opowiadali, jak w grze chodzili po tym miejscu i co robili. Chyba nie czują tego klimatu.

Karola Czarnobyl wciągnął. Nie tylko trzy razy tam pojechał, ale oglądał filmy dokumentalne na temat katastrofy, książki. Oglądał program Jacka Podemskiego z cyklu „Wstęp Wzbroniony”. – Najbardziej lubię rzetelne filmy i programy. Nie muszą być super naukowe, bo nie jestem specjalistą, ale to wciąga.

Pamięć o katastrofie wraca nie tylko przy okazji kolejnych rocznic, ale także dzięki np. serialowi HBO –opowiada Karol. Dodaje, że cieszy się, iż na razie niewiele osób tam jeździ chociaż z roku na rok coraz więcej. – Nawał turystów zniszczy to miejsce. Po premierze serialu pojechałem tam po raz trzeci. Wcześniej, kiedy wchodziliśmy na obiad do stołówki w elektrowni, byliśmy jedyną grupą. A w 2019 roku nie było nawet gdzie zaparkować! Pod elektrownią stało 20-30 busów, w środku długa kolejka. Po prostu tragedia. Jednego dnia odpuściliśmy Prypeć, ponieważ przewodnik ostrzegł, iż w Prypeci jest 30 – 40 autokarów pełnych turystów. Wobec czego spokojne zwiedzenie jakiegokolwiek miejsca było niemożliwe. Pojechaliśmy w głąb strefy.

Strefa
W strefie pozostały opuszczone wsie. W niektórych chatach mieszkają starsi ludzie (tzw. samosioły), którzy wbrew zakazom wrócili do swoich domów.

Karol: – Jedną wieś eksperymentalnie zrównali w całości z ziemią. Buldożer zepchnął wszystkie chaty do dziury w ziemi i zasypał. Pozostałe wsie stoją opuszczone. Można do nich zajrzeć. To chyba jedne z najlepiej zachowanych części strefy wykluczenia, bo niewiele grup zapuszcza się w te miejsca. Przez 35 lat drogi zarosły. Do pokonania są wąskie, dziurawe uliczki. Zapiaszczone lub zabłocone polne dróżki. To wszystko robi klimat. W jednej wsi stoi opuszczona cerkiew, w której co roku, w rocznicę awarii, odprawia się nabożeństwo. Cerkiew utrzymywana jest z datków składanych przez turystów. Podczas trzeciego wyjazdu odwiedziliśmy samosiołów, osoby, które pomimo całkowitego wysiedlenia i zakazu jednak powróciły do swoich domów w strefie wykluczenia i od lat tam mieszkają. Promieniowanie nie było tak silne, jak się spodziewano, nadal tam mieszkają.

Promieniowanie
Licznik Geigera był na wyposażeniu przewodnika. Nawet kilka, ponieważ rozchodzące się podgrupki mogły je wypożyczać i badać promieniowanie w różnych częściach strefy. – Jeśli mieliśmy odwiedzić teren o większym promieniowaniu, to szliśmy tam wspólnie z przewodnikiem, który pokazywał miejsca bardziej napromieniowane, ale pamiętajmy, że w Czarnobylu i Prypeci promieniowanie jest na poziomie Warszawy. Podczas wybuchu promieniowanie nie rozchodziło się równomiernie. Wiatr i deszcz sprawiły, że obszary skażone przypominały lamparcie cętki. W jednym miejscu licznik informuje o dużym promieniowaniu, a zrobisz dwa kroki w lewo lub w prawo i promieniowanie będzie miało podobny poziom, jak u każdego z nas w domu. Najwyższe promieniowanie odnotowano w tzw. czerwonym lesie wokół elektrowni. Podczas wybuchu reaktora chmura radioaktywnego pyłu niesionego przez wiatr skierowana była w stronę lasu, który przyjął na siebie duży opad. Po kilkunastu dniach napromieniowane drzewa uschły, stały się brązowe, rude, stąd nazwa czerwony las. Po pewnym czasie władze strefy postanowiły ściąć i zakopać uschnięte drzewa. Obecny las rosnący wokół elektrowni nie jest tym samym lasem z czasów katastrofy. Trzeba pamiętać, że pod nim rozkładają się napromieniowane drzewa.Droga prowadząca do elektrowni i Prypeci była wielokrotnie odkażana. Warstwa skażonej ziemi została zebrana i wywieziona do specjalnych mogilników, polewana specjalnymi płynami w celu odkażania. Dlatego na drodze promieniowanie jest niewielkie, ale wystarczy skręcić w las chociażby na dwa – trzy metry i promieniowanie rośnie dwudziesto-, trzydziestokrotnie. Przypuszczam, że ciągle są tam miejsca, w których dłuższe przebywanie mogłoby zaszkodzić zdrowiu. Są tam również specjalnie oznaczone miejsca, w których z niewiadomych przyczyn notuje się podwyższone promieniowanie. W jednym z opuszczonych kołchozów, gdzie nadal stoją porzucone i zardzewiałe maszyny rolnicze, na ziemi leżał zwykły stary garnek, który oznaczał miejsce wyższego promieniowania. Czy powodowało je ziarenko piasku, czy kamyk – nie wiem, ale kiedy odwiedziłem to miejsce po kilku latach, garnek nadal leżał w tym samym miejscu. Nikt go nie kopnął, nie przesunął. Każdy, kto wie, że pod nim jest silne promieniowanie, nadal może to sprawdzić.

Pomimo płynących zewsząd informacji o kolejnych wybuchach wulkanów, powodziach, falach tsunami, wielkich pożarach czy innych kataklizmach Czarnobyl przyciąga uwagę. Dlaczego? – Jedynym miejscem, w którym powtórzyła się awaria elektrowni atomowej jest Fukushima – mówi Karol. – Nie na darmo Czarnobyl nazywany jest największą katastrofą gospodarczą i nuklearną XX wieku. Myślę, że przyciąga to, co działo się tam po awarii – wysiedlenia ludzi, a także mity, które narosły wokół tego miejsca, opowieści o licznych deformacjach ludzkich i zwierzęcych płodów. Coś takiego jest chyba największym magnesem. Do Czarnobyla nie mamy daleko. W zasadzie każdy dorosły może wybrać się tam na wycieczkę. Japonia, Fukushima, nie dość, że jest daleko, to jeszcze mocno niedostępna cenowo. Sam bym chętnie pojechał, ale raz koszty, dwa – pandemia. Kto chciałby wydać kasę i utknąć w połowie drogi z powodu koronawirusa?

Za krótką wycieczkę do Czarnobyla nie zapłacimy więcej niż 1,5 tys. zł. – Nie chciałbym, żeby to miejsce stało się wielką atrakcją turystyczną, bo zostanie wówczas zadeptane – mówi Karol. – Na internetowych forach wymieniamy się informacjami i ktoś ostatnio napisał, że Ukraińcy chcieliby wyremontować – pod turystykę – część obiektów w Prypeci. Czytałem gdzieś, że wyremontowano drogę prowadzącą do charakterystycznego witacza z napisem: Prypeć 1970. Wcześniej była tam polna droga, dziurawa jak żółty ser, ale to miało specyficzny klimat, a teraz wylano tam asfalt. Dla turystów lubiących równe drogi – świetny pomysł, ale dla takich jak ja już niekoniecznie. Proponują również nowe formy zwiedzania – np. spływ kajakowy rzeką Prypeć przez strefę wydzieloną! Dla bardziej majętnych – można wszystko obejrzeć z pokładu wynajętego helikoptera. Mają się też pojawić ścieżki rowerowe. Uważam, że ucywilizowanie tego miejsca przyciągnie więcej turystów, ale strefa straci swój charakter – podkreśla Karol. – Ta mocno zarośnięta bardzo mi się podoba, ale ostatnio w ramach porządkowania terenu władze wykosiły krzaki wokół kawiarni w Prypeci. Niby można teraz zobaczyć ten budynek w całej okazałości, ale to już nie jest to. Nawet w środku wszystko pozamiatali!

Przyciąga mnie nie tylko Czarnobyl. Myślałem również o podróży Koleją Transsyberyjską, ale na razie bliższym celem jest Fukushima. /cyt]

Bogumiła Berdychowska, ekspert ds. Ukrainy, autorka książek:
[cyt]– Największe wrażenie zrobiła na mnie nie elektrownia, ale pozahoryzontalny radar „Duga” zwany „Okiem Moskwy” – olbrzymia i porzucona konstrukcja. Ciekawym zjawiskiem w Prypeci jest odzyskiwanie przestrzeni przez przyrodę, która podbija opuszczone miasto. Piękne są zabytki Lwowa czy Kijowa, ale prawda jest taka, że żaden z nich nie jest produktem turystycznym o charakterze globalnym. Czarnobyl, z powodów zupełnie obiektywnych, stał się – przepraszam za wyrażenie – globalną marką turystyczną. Do tej marki nie trzeba niczego dodawać.

Q&A z Robertem Kubicą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie