Głodne życia

Hanka SowińskaZaktualizowano 
Maria (pierwsza z lewej), Ewa, Teresa i Sabina
Maria (pierwsza z lewej), Ewa, Teresa i Sabina Tadeusz Pawłowski
Dziś wstał piękny dzień. Czuję się wspaniale. Nie mogę tego zepsuć. Przecież nie wiem, czy jutro nie będzie gorzej.

     Pojawił się, ale nie dawał o sobie znać. A może dawał, ale przecież nie tak, by od razu myślały, że to właśnie "on".
     A jednak to był rak. Niby takie nic, ledwo wyczuwalny drobiazg w prawej lub lewej piersi. Paskudny, złośliwy, podstępny. Żeby go dopaść w zakamarkach komórek i całkowicie unicestwić, musiały brać tę wstrętną "chemię".
     Miała być zbawcza, miała zwrócić im zdrowie, uratować życie. Nie od razu okazała się tak hojna. Najpierw wzięła okrutny haracz. Pozbawiła włosów, brwi, rzęs, dodała niechcianych kilogramów. Przez nią tygodniami walczyły z nudnościami lub wymiotowały. Były słabe, psychicznie wykończone.
     I może nawet by się poddały, może przegrałyby, gdyby na ich drodze nie stanęły inne amazonki, którym już pięknie odrosły włosy, brwi i rzęsy. I które dumnie wypinały biust, bo poddały się operacji rekonstrukcji piersi bądź przyzwyczaiły się do noszenia protezy. W końcu i one uwierzyły, że im też się uda. Zapragnęły żyć i cieszyć się każdą chwilą.
     Ewa
     
Pracowałam bardzo aktywnie, dobrze wyglądałam i wspaniale się czułam. To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Pięć lat temu. 30 czerwca 2000 r. byłam operowana. Z powodu raka sutka odjęto mi pierś.
     Co wiedziałam o raku? Powiem szczerze: nic! Należałam do tej grupy kobiet, które uważają, że żyjąc w takim tempie nie mogą zachorować. Tymczasem podstępność nowotworu polega na tym, że nie daje objawów. Z perspektywy widzę, że to jednak nie jest prawda. Rak daje sygnały, ale nie zwracamy na nie uwagi, wręcz bagatelizujemy. Leczyłam się na kręgosłup, bo już chodzić nie mogłam, a tu okazało się, że mam raka.
     Najgorsza była chemioterapia. Nie dobiła mnie diagnoza, bo jestem osobą, która jest się w stanie pozbierać nawet po silnym ciosie. Zgubiłam wszystkie włosy, bardzo przytyłam. Zawsze ważyłam około 45 kilogramów, wtedy przybyło mi ze dwadzieścia. Nie mogłam znieść swojego wyglądu, siedzenia w domu i zapachu chemii, który wydzielała skóra. Nie mogłam też niczego zjeść, nie znosiłam zapachu perfum, pietruszki. Leżałam i starałam się nie mrugnąć, bo mnie mdliło. Czułam, że wpadam w depresję na tle wyglądu. Nie byłam w stanie się pozbierać. Słowa pocieszenia ze strony najbliższych, ich zapewnienia, że dobrze wyglądam, przestały być wiarygodne.
     Ale pewnego dnia powiedziałam: Dość! Tak dłużej być nie może. Wyszłam z domu. Włosów nie miałam, ale zrobiłam sobie treskę. Była powodem zazdrości innych pacjentek. Wtedy też poznałam kobiety, które - tak jak ja - były po mastektomii. Miały już włosy, brwi, były zadbane, uśmiechnięte. Uwierzyłam im!
     Pierwszą osobą, której powiedziałam, że mam raka był mąż. Choruje poważnie na serce, więc delikatnie zapytałam: Bardzo byś się zdenerwował, gdybym ci powiedziała, że jestem chora?
     - A co ci jest?
     - Chyba mam raka.
     - Ale co to jest?
     - Nic takiego, muszą mi tu kawałek wyciąć.
     W tym momencie wycofałam się, bo staram się go chronić. Nie mówiłam mu o swoich lękach, obawach. I tak jest do tej pory.Czasami musi nas doświadczyć straszna choroba, byśmy mogli się przekonać, jak bardzo możemy liczyć na rodzinę. Tak było w moim przypadku. Moja siostra, mama, stale mnie pilnują i przypominają o badaniach. Są wspaniałe.
     Rodzina jest kochana, ale kochane są również moje koleżanki ze stowarzyszenia. Dzięki nim uwierzyłam, że będę zdrowa. I że będę żyła. Wola trwania sprawia, że jesteśmy w stanie wygrać walkę z chorobą i przedłużyć sobie życie. Wszystkim kobietom, które zachorowały na raka mówię: Wasze życie się nie skończyło. Ono się na nowo zaczęło.

Kobiety, które potrzebują wsparcia i pomocy powinny zgłosić się do Stowarzyszenia Amazonek "Łuczniczka", ul. Izabeli Romanowskiej w Bydgoszczy, tel. 374-35-59, tel. kom. 508-108-099

     Teresa
     
Żyję po amputacji piersi już dziewiętnaście lat. Jestem chyba dobrym przykładem, że można nowotwór pokonać.
     Wszystko zaczęło się jesienią 1982 roku. Coś mi mówiło, by iść do lekarza. Poszłam. Okazało się, że w lewym sutku mam dwa małe guzki. Wyłuskano je, oszczędzając pierś. Trzy lata później znowu zauważyłam zmiany, tym razem w prawej piersi. Miałam iść do szpitala na Boże Narodzenie. Nie poszłam. Nie chciałam opuszczać domu na święta. W lutym 1986 roku usunięto mi pierś i część węzłów chłonnych.
     Wtedy ta choroba nie była tak rozpowszechniona, wszystko inaczej przebiegało. Wielce przykrym dla mnie momentem było to, że przed operacją musiałam podpisać zgodę na amputację. Nie do końca wierzyłam, że tak się stanie. Sądziłam, że lekarze uratują mi pierś. Gdy obudziłam się po operacji, poczułam, że na piersiach mam buteleczkę. Wiedziałam, że to najgorsze już się stało.
     Wygrałam walkę, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że kryzysy nie przychodziły. Nie miałam chemioterapii, a to ogromny plus. Los zaoszczędził mi tych strasznych tygodni, które przeżyły inne amazonki. Przez cały czas wspierała mnie rodzina. Zaakceptowała mnie. Mąż przede wszystkim.
     Sabina
     
Stosowałam hormonalną terapię zastępczą, stąd często kontrolowałam piersi. Niestety, tak się zdarzyło, że umknęły mi trzy lata. Gdy poszłam na kolejną mammografię, okazało się, że mam raka.
     Nie poddałam się. Najgorszy był moment, w którym dowiedziałam się o chorobie. Sądziłam, że lekarze wydali na mnie wyrok. Nie zagłuszałam prawdy, nie pocieszałam się, że to pewnie pomyłka. Poszłam do dwóch onkologów, potwierdzili. Pamiętam chwilę, kiedy wyszłam z gabinetu. Byłam sama. Usiadłam na korytarzu, spojrzałam w okno. Słońce tak pięknie świeciło. Pomyślałam: Niemożliwe, że moje życie miałoby się skończyć. Muszę się zmobilizować. Tak być nie może. Przecież nic tak szybko się nie kończy. Nawet życie.

     Udało się. Jestem cztery lata po operacji, trzy po rekonstrukcji piersi. Wydaje mi się, że najgorsze, co było, już pokonałam. Zabieg miał być oszczędzający, ale się nie udało. To nieprawdopodobne, ale pierwsze moje słowa po operacji brzmiały: Kiedy będę miała rekonstrukcję? Typowo po babsku zareagowałam. Biust był dla mnie zawsze bardzo ważny. Dlatego tak walczyłam. Sama jeździłam na chemię samochodem, sama wracałam do domu. Dzielnie się trzymałam. Chciałam, by to się jak najszybciej skończyło. Nie mogłam doczekać się zabiegu rekonstrukcji.
     W szpitalu często chodziłam do kaplicy. Otwarcie mogę powiedzieć, że wtedy wiara na nowo we mnie rozkwitła.
     Maria
     
Moja mama zmarła na raka piersi, a u mnie, już wiele lat temu stwierdzono w sutkach zmiany mastopatyczne. Będąc w grupie ryzyka regularnie poddawałam się badaniom. Po kolejnej mammografii i biopsji okazało się, że jeden z guzków jest złośliwy. W środę trafiłam do szpitala, w piątek już miałam operację. W przeddzień zabiegu byłam nadzwyczaj spokojna. Za to mąż był przerażony. Czy ty chcesz, abym ja żyła? - zapytałam.
     Nie mógł pogodzić się z tym, co mnie czeka. A czy miałam wybór? Poddałabym się tej operacji, bez względu na to, co mąż by mówił i myślał. Wiem, że to było dla niego trudne. Już przed operacją wiedziałam, że czeka mnie całkowita amputacja.
     Amputacja piersi to jest okaleczenie. Jeszcze nie mogę się z tym pogodzić. Dla mnie jest to okropne, choć minęło tyle lat. Koleżanki lepiej to znoszą. Kryję się z tym, przykrywam biust. Nigdy nie jestem rozebrana. Nawet kąpiąc się w wannie, gdy mąż myje mi plecy, czuję się skrępowana. Nie wiem, dlaczego to jest w mnie, dlaczego nie mogę tego wyeliminować. Psychika tak się jakoś zaprogramowała.
     Pół roku po amputacji piersi miałam operację ginekologiczną, później zaaplikowano mi chemię. Mąż przywoził mnie do Centrum Onkologii dwa razy w tygodniu. Potem miałam trzytygodniową przerwę i znowu jechałam do szpitala. Takich serii miałam osiem. Dzięki Bogu wszystko się skończyło. Nie wiem, jak bym sobie wtedy poradziła, gdyby nie pomoc małżonka.
     W czasie choroby dużo czytałam, często się modliłam. Poza tym wszystko sobie zaplanowałam. Przecież nie mogłam wiedzieć, że będę żyła.
     Ale żyję.

polecane: FLESZ: Smartfon zamiast kas fiskalnych.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3