O co walczą polscy żołnierze na misjach?

Andrzej Plęs / Nowiny24
Dla żołnierzy liczy się forsa.
Dla żołnierzy liczy się forsa. fot. archiwum
Żołnierz z Dębicy, który służył w Kosowie, odsłania szokującą prawdę o zagranicznych misjach. Liczy się przede wszystkim kasa. Kumpel jest w stanie donieść na kumpla - donoszą Nowiny24.

Myślał, że Pana Boga złapał za nogi, kiedy trafił do kontyngentu stabilizacyjnego w Kosowie.

W rodzinnej Dębicy trudno o robotę, wojsko potrzebowało kierowców, a Władek dobrze sobie radzi za kółkiem. Ni chwili się nie wahał - "misjonarz" to taka forsa, o jakiej w kraju nie śmiał marzyć.

A że misja specjalna, to i przygotowania specjalne.

- Od świtu do nocy na poligonie w Nowej Dębie sypaliśmy piasek w worki i układali jeden na drugim - wścieka się na wspomnienie tamtych manewrów. - Całe to cholerne piaskowe miasteczko budowaliśmy przez dwa i pół tygodnia. Jak skończyliśmy, kazali nam to wszystko rozbierać, piasek wysypać, worki poskładać.

Przeszkolonego w układaniu worków z piaskiem przetransportowano do polsko-ukraińskiej strefy pod Raka, 80 km od Skopje. Tamtego września trafiło ich tu 450 z biało-czerwonymi naszywkami na rękawach mundurów. Komfortu się nie spodziewali, ale żeby aż tak?

Przeczytaj również: Rozmowa z kmdr. por. rez. Arturem Bilskim, autorem ostatnio wydanej książki "Polska armia na posyłki".

- Po czterech spaliśmy w blaszanych kontenerach dwa metry na cztery - opisuje. - Piętrowe łóżka, dwie szafki i nic więcej, a i tak ciasno, jak w pudełku od zapałek.

Telewizorek kupili sobie na miejscu za swoje, antenę satelitarną też. Latem za diabła nie dało się w środku wytrzymać, bo jak blacha baraku się nagrzała, to był piekarnik. Telewizję oglądali z zewnątrz, przez okno.

Żadnego bratania się z tubylcami. Nieliczni już w Kosowie Serbowie przyjmowali ich obecność z ulgą. Ze strachu przed Albańczykami. Albańczycy uważali, że są u siebie. więc nie potrzebują tu ani obcych mundurów, ani tych wrażych Serbów, którzy tylu wymordowali. Od Serba czuło się ciepły, ale podszyty strachem, powiew życzliwości. Od Albańczyka wiało chłodem.

- Rękę na powitanie podniósł, ale bez uśmiechu i bez słowa - opisuje Władek. - A nóż w plecy wbiłby ci bez wahania.

Przeczytaj też: Oficer oskarżony za niezgolenie brody uniewinniony.

W kwietniu w strefie zaczęły się zamieszki, kiedy Albańczycy rąbnęli trzech Serbów. Wtedy postawili w wiosce całodobowy patrol. Czterech żołnierzy z sił międzynarodowych stale tam warowało. Albańczycy na ich widok zgrzytali zębami, więc strach było warować. W nocy szczególnie.

Mieli radiostację i w chwilę grupa szybkiego reagowania mogła być na miejscu. Tylko że za chwilę to mogło być o chwilę za późno. Serbowie byli coraz życzliwsi, na kawę zapraszali, karmić chcieli, rakiję stawiali. Wszystko by dali, tylko obcym wojskom niczego nie wolno było wziąć. Odgórny zakaz.

Po sześciu miesiącach Władka przenieśli do rozpoznania. Dostał quada, cudem chyba, bo dowództwo nie chciało dawać quadów na patrole, bo to cholernie drogie i awaryjne maszyny, więc najczęściej sobie stały bezużytecznie. Honkerem też pojeździł i równie często pod nim leżał. Maszyna z 2000 roku, a zdezelowana jak dwudziestoletni maluch.

Na początku posadzili go na BRDM (transporter opancerzony), ochraniał cywilne konwoje. BRDM był dobry, pancerz chronił przed kamieniami. Albańczycy lubili porzucać do obcego wojska. Kamienie sypały się na nich często, zwłaszcza gdy trzeba było wyjechać koszar na akcję.

- Na jednym nocnym patrolu obserwowaliśmy z honkera wioskę, kiedy tak ze dwieście metrów od nas padły strzały - opowiada. - Chłopaki natychmiast noktowizory opuścili na oczy. Otoczyliśmy wioskę i czekaliśmy, aż ktoś do nas podejdzie i powie, co się dzieje. Do wsi nikt nie wchodził, po co szukać guza? Tak siedzieliśmy ze cztery dni bez sensu i zmienialiśmy się co dobę.

Z tych czterech dni najlepiej zapamiętał "eski", pakiety z suchym prowiantem. Suchar, konserwa wieprzowa, dwa pasztety, cukierek z witaminą C, kawa w saszetce i dwie torebki cukru. Te cukierki bawią go do dziś. Po czterech dniach na "eskach" marzył o normalnym żarciu. Co bardziej zaradni po drodze na akcję kupowali chleb, choć nie wolno im było wchodzić do tubylczych sklepów. Żeby ich nie drażnić obecnością, żeby nie świecić im w oczy dolarami, nie paradować pod bronią, w mundurach, bo miejscowi tego nie lubili. Bardzo nie lubili.

Podczas partoli rzadko się zdarzało, żeby trafili na jawne niebezpieczeństwo. Jawne, bo ukryte było stale. Jechali na patrol, zatrzymywali na drodze samochody, szukali broni, materiałów wybuchowych. Nauczyli się kilka wyrazów po albańsku: daj dowód, otwórz bagażnik, wsiadaj, odjeżdżaj. I tak nie było im to potrzebne, bo miejscowi doskonale widzieli już, co mają robić i bez wezwania wykonywali cały ten rytuał z wysiadaniem, bagażnikiem i dokumentami.

Jego kumpel z kampu opowiadał, jak podczas nocnego patrolu zatrzymali samochód jakieś pół kilometra od bazy. Ceremonia się odbyła, ale żołnierz usłyszał, że kierowca coś wyrzucił za pojazd. Wziął latarkę, poszedł za wóz, poświecił i znalazł magazynek z amunicją. Kierowcę rzucili na ziemię w ułamku sekundy. Jak jest broń, to ceremoniał się kończy.

Patrol wezwał żandarmerię, przyjechała po dwóch godzinach. Albańczyk przez dwie godziny leżał twarzą do ojczystej ziemi i ani zipnął. W jego samochodzie czekała ciężarna kobieta. Nawet nie wiadomo czy ciężarna, czy z ukrytą na brzuchu wiązką granatów, bo żaden z żołnierzy sił międzynarodowych nie odważy się tu przeszukać albańskiej kobiety, a tym bardziej ciężarnej albańskiej kobiety.

W końcu to muzułmański naród, żaden facet poza mężem nie ma prawa kobiety tknąć. Czasem "międzynarodowi" zmuszeni byli "zbadać" miejscową, ale tylko wierzchem dłoni i tylko pobieżnie. To Albańczycy z trudem jeszcze znosili. Do torebek też kobietom nie zaglądali. Taki kraj, taka religia.

- Tylko Amerykanie się nie pieprzyli, macali mężczyzn i kobiety po równo - opowiada Władek. - Z nami powinna jeździć kobieta, która przeszukiwałaby kobiety. A jedyną kobietą w naszej bazie była tłumaczka, która jeździła ze sztabulcami.

Podczas tych kwietniowych zamieszek polska żandarmeria wracała ze Skopje z pocztą. Na drodze obrzucono konwój kamieniami. Kierowca z polskiego samochodu dostał w głowę. Tamci doskonale wiedzieli, do kogo rzucają i akcja pewnie była przygotowana, bo drogi wyjazdowe z polskiej bazy zastawiono albańskimi ciężarówkami z piachem. Żeby pomoc z bazy nie mogła się ruszyć.

Nasi i tak sobie poradzili, honkerami śmigali przez pola. Gdy dotarli do swoich żandarmów, było już gorąco. Ci zbili wozy w kupę i czekali na pomoc. Padały strzały. Władek przyznaje, że ciarki mu chodziły po plecach.

Niektórzy woleli iść na wartę niż jechać w strefę. Oficjalnie Albańczycy nie mieli broni. Nieoficjalnie - od cholery. W nocy na sylwestra pociski smugowe z albańskich wiosek szły w niebo jak fajerwerki. Po domach nie trzymali, ale pod ziemią, w ogródkach, w skarpach przydrożnych.

- Mój ukraiński kolega Iwan nie rozstawał się z rakiją - opowiada Władek. - W BRDM nie ma ogrzewania, jak się zimą na patrolu parę godzin siedzi w tej konserwie, to można zamarznąć. Nam nie wolno było tknąć alkoholu.

W kraju, w którym samogon pędzi się bez opamiętania, rakiję sączy do każdego posiłku i do kawy - im nie wolno było tknąć. Nikt się nie odważył i nie tylko dlatego, że nie wolno. Dlatego, że kumpel mógł podkablować do dowódcy, a za "ciepły chuch" wyjeżdżało się do kraju pierwszym transportem.

Władek siedział w Kosowie rok, a nie wie, jak smakuje rakija. "Empik" (MP - policja wojskowa) był nadgorliwy, łaził po bazie z alkomatem i słuchał, w którym baraku głośniej. Wpadał i kazał chłopakom dmuchać w sprzęt. Pilnowali się diabelnie. Za każde przewinienie można było wylecieć i byli tacy, co wylecieli.

Każdy chciał przyjechać i zarobić. W dolarach. Szeregowemu na polskie wychodziło jakieś 3 tysiące na miesiąc, do tego jeszcze etat w kraju. Było czego pilnować, więc się pilnowali.

I siebie wzajemnie też. Poszła fama po kampie, że kontyngent będą ograniczać, to zaczęły się podchody. Czyli donosicielstwo. Jeden skarżył dowództwu na drugiego, bo jak ten drugi wyleci, to zrobi się luźniej, więc i mniejsze zagrożenie "redukcją etatów". Dowództwu to było na rękę, bo dostawało gotowy pretekst do redukcji, ale atmosfera w polskiej bazie zrobiła się paskudna.

- Nikt nie ukrywał, że przyjechał tu po pieniądze - przyznaje Władek. - Takie pieniądze, o których w kraju mogli pomarzyć. Nikt nie chciał wracać przed czasem, bo każdy miesiąc to kilkaset dolarów.

Kosowo oglądali tylko z wozów patrolowych, nie poznali ludzi, nie poznali zwyczajów, nie poznali kraju. Jedna z kompanii w ogóle niczego nie widziała, bo przez okrągły rok stali na warcie w bazie. Władek mówi, że jakby mógł, to by jeszcze raz pojechał do Kosowa. Bo do Afganistanu już nie. W końcu po kasę na życie się jedzie, a nie po śmierć.

Źródło: Szokująca prawda o zagranicznych misjach, czyli o co walczą nasi żołnierze - www.nowiny24.pl.
Udostępnij

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie