W latach dwudziestych w Świeciu wyszkolono wielu marynarzy

ciem
Pamiątkowa fotografia absolwentów kursu Szkoły Specjalistów Morskich w Świeciu z 1924 roku. Tu kształciła się kadra podoficerska Marynarki Wojennej, która zaistniała po 1918 roku.
Pamiątkowa fotografia absolwentów kursu Szkoły Specjalistów Morskich w Świeciu z 1924 roku. Tu kształciła się kadra podoficerska Marynarki Wojennej, która zaistniała po 1918 roku. Nadesłane
Zajęcia prowadzili podoficerowie dawnej pruskiej marynarki. Bywali ostrzy i wymagający. Jednak ich podopieczni starali się znosić szykany z pobłażliwością i dystansem.

Niewiele osób wie, że w Świe-ciu w latach dwudziestych działała Szkoła Specjalistów Morskich. Szeroko o edukacji w niej pisał Karol Olgierd Borchardt w swej kultowej książce "Znaczy Kapitan".

W 1918 Polska odzyskała niepodległość. Jednak dostęp do morza na stałe uzyskała dopiero dwa lata później dzięki staraniom armii generała Józefa Hallera, który przejmował Pomorze, wraz ze Świeciem, od wycofujących się wojsk pruskich. Gdańsk na mocy traktatu wersalskiego był wolnym miastem. Gdynia z kolei była małą kaszubską wioską.

Polakom marzyła się silna flota handlowa i wojskowa, dlatego niezwłocznie przystąpiono do szkolenia kadr, które wkrótce miały zapełnić okręty pod polską banderą.

Uczono ich czasem w różnych miejscach, często dość znacznie oddalonych od wybrzeży Bałtyku. I tak oficerów floty handlowej kształcono w Szkole Morskiej w Tczewie, której spadkobiercą jest dziś gdyńska Akademia Morska. Przyszli dowódcy okrętów Marynarki Wojennej poznawali tajniki zawodu w Toruniu.

A podoficerowie MW RP trafiali w latach dwudziestych na przeszkolenie do Świecia do Szkoły Specjalistów Morskich. Dziś następcą tej szkoły jest Centrum Szkolenia Marynarki Wojennej w Ustce. Szkoła w Świeciu zaczęła działalność w 1921 roku. Wcześniej marynarzy dwa lata szkolono na Wiśle w Modlinie, jednak z powodu wybuchu wojny polsko-bolszewickiej naukę przerwano, a marynarze trafili na front. Po zakończeniu walk szkołę przeniesiono do grodu nad Wdą i Wisłą, gdzie jej siedziba mieściła się w dzisiejszym budynku SP nr 7. Trafiali tam poborowi, którzy w przypadku wojny mieli stanowić kadrę podoficerską na pokładach jednostek MW RP. Szkoła kształciła w kilkutygodniowych turnusach odbywających się latem. Żeby błyskawicznie przygotować do służby na okrętach wojennych, trafiali tam ludzie, którzy mieli już pojęcie o służbie na morzu, najczęściej prawie wszyscy absolwenci Szkoły Morskiej w Tczewie, zanim trafili do floty handlowej.

Ze Świecia wychodzili następujący specjaliści: sterownicy, sygnaliści, mechanicy turbin, palacze, motorzyści, radiotelegrafiści, nurkowie, elektromechanicy, marynarze pokładowi, minerzy, torpedyści, sanitariusze, strzelcy a także kucharze oraz muzykanci. Szkoła Specjalistów Morskich w Świeciu w 1923 roku według stanu na dzień 17 sierpnia liczyła 220 osób. W trakcie praktycznej nauki marynarze wszystkich klas strzelali na strzelnicy garnizonowej, uczestniczyli w zajęciach polowych, na placu ćwiczebnym w Sulnówku oraz odbywali naukę wiosłowania na Wdzie.

W ten sposób w Świeciu pojawił się Karol Olgierd Borchardt, legenda polskiej powieści marynistycznej (poniżej), który szeroko wspominał swój pobyt w Świeciu w książce "Znaczy kapitan".

"Do kadry w Świeciu trafiłem nieco później od kolegów (...). Zobaczyłem ich ogolone głowy, jak maszerowali w kolumnie czwórkowej."

To początek opisów pastwienia się nad młodymi oficerami marynarki handlowej przez prowadzących zajęcia podoficerów, którzy najczęściej rekrutowali się z floty pruskiej i młodszym kolegom zazdrościli zdobytego już wykształcenia. Borchardt szkołę nieustannie nazywa kadrą: "Kadra miała na celu przerobienie nas w jak najkrótszym czasie z osób cywilnych na (pod)oficerów marynarki wojennej. Odbywało się to z zastosowaniem zasad Fryderyka Wielkiego, przeszczepionych następnie do Kaiserliche Kriegsmarine, a stamtąd do nas przez usta starych podoficerów wywodzących się z tejże marynarki.

Więcej wiadomości ze Świecia na www.pomorska.pl/swiecie.

Kadra była przepełniona ludźmi, miejsca było mało, umundurowania również. W malutkich izbach żołnierskich mieściły się trzy pokłady łóż." Borchardt pisze, jak młodzi adepci szkoły w Tczewie z pobłażliwością i wyrozumiałością traktowali szykany podoficerów byłej pruskiej armii. "Staszek posłusznie siada w miejscu wybranym przez mata, w samym środku kałuży. Wyciąga nogi i przybiera przepisowo zawstydzony wyraz twarzy. W tym momencie nadchodzi jeden z kolegów gimnazjalnych Staszka, który wolał marynarkę wojenną niż handlową i już jako oficer trafił do kadry w Świeciu. Widząc swego kolegę w postawie "siadł i wstydził się" w samym środku kałuży, rzuca się do sprężonego przed nim na baczność mata: - Jak śmiecie coś podobnego! Ale siedzący w wodzie Staszek wstawia się za matem, cedząc wymawiane słowa wolno przez nos: - Rysiu! Daj mu spokój. Przecież on i tak tego nie zrozumie, a ja wytrzymam.

Okres rekrucki zakończył się utwierdzeniem naszych przełożonych w ich "wspaniałej" metodzie przez zaproszenie całej kadry podoficerskiej na pożegnalne przyjęcie.

Mimo twardych warunków, Borchardt wspomina swój pobyt w Świeciu z sympatią, nie opisuje jednak w zasadzie w ogóle tego, czym zajmowali się rekruci w wolnym czasie na ziemi świeckiej. W 1927 roku szkołę przeniesiono na okręt hulk ORP "Bałtyk".

Karol Olgierd Borchardt

To jeden z najważniejszych polskich pisarzy marynistycznych.
Urodził się w 1905 roku w Moskwie, zmarł w 1986 roku w Gdyni. Ze względu na obrażenia odniesione w trakcie drugiej wojny światowej nie mógł pełnić już służby na morzu. Po 1945 roku zajął się edukacją adeptów sztuki marynarskiej w Akademii Morskiej i równolegle rozpoczął działalność pisarską. Najbardziej znaną i powszechnie rozpoznawaną jego książką jest wielokrotnie wznawiany zbiór opowiadań "Znaczy kapitan", gdzie opisuje swoje przygody w polskiej flocie handlowej i pasażerskiej od początku lat dwudziestych do wybuchu drugiej wojny światowej.

Przez całą treść książki przewija się postać kapitana, który nadużywał słowa "znaczy", czyniąc z tego swój znak rozpoznawczy. Był to Mamer Stankiewicz, jeden z najbardziej cenionych przedwojennych polskich kapitanów. Pierwszy dowódca transatlantyku MS Piłsudski, starszego brata MS Batory.

Książka opisuje kapitana tworząc wzorzec doskonałego oficera polskiej floty: zawsze opanowanego dżentelmena doskonale znającego swój fach. Surowego, ale sprawiedliwego. Poważnego, ale znającego się na żartach. Na marginesie gawęd o Stankiewiczu pojawia się i Świecie oraz opis szkolenia przechodzonego w Szkole Specjalistów Morskich.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Znaczy Kapitan miał na imię Mamert nie Mamer. Uwielbiam tę książkę. Pozdrawiam

Dodaj ogłoszenie