W strefie zakazanej

Gizela Chmielewska
Narowla - pomnik nad Prypecią przypomina czarnobylską tragedię, a plaża za nim radosna jak za dawnych lat. Samo życie.
Narowla - pomnik nad Prypecią przypomina czarnobylską tragedię, a plaża za nim radosna jak za dawnych lat. Samo życie. fot. Gizela Chmielewska
Przy drodze wiodącej do lasu stoją jeszcze tablice zakazujące zbierania grzybów i jagód. Jednak na mieszkańcach nadprypeckich wsi i miasteczek w obwodzie homelskim od dawna już nie robią one wrażenia.

Pod czujną kontrolą liczników Geigera - w strefie zakazanej

Za to goście z zagranicy na widok charakterystycznej koniczynki - symbolu promieniowania - są w siódmym niebie. Zaraz też chętniej sięgają po euro. I o to właśnie chodzi.

Zabytki i przyroda to przecież turystyczny standard. Te cuda można oglądać praktycznie wszędzie. Czymś wyjątkowym jest za to zona - as w rękawie białoruskich biur turystycznych. Obszar, który z racji bliskiego sąsiedztwa z Czarnobylem został w kwietniu 1986 roku skażony w wyniku awarii elektrowni atomowej jak magnes przyciąga wszystkich, którzy - w roli widzów - lubią ocierać się o wielkie tragedie.

Rzut beretem od Czarnobyla
Białorusini wyczuli koniunkturę: skończył się czas umartwiania i stawiania pomników. Teraz wystarczy 60 euro dziennie i zona wita was! Trzeba tylko zadzwonić do biura turystycznego do Homla, albo wysłać e-mail. Potem zapłacić. Następnie poczekać, aż zbierze się co najmniej 8 osób. I już - ahoj przygodo z promieniowaniem w tle - sławna strefa zakazana odsłoni swoje tajemnice, ukryte w pustych domach, szkołach. Nawet na cmentarzach. Pokaże osobliwości, w postaci rzadkich okazów fauny i flory. Wszystko pod opieką naukowców, za specjalnym zezwoleniem władz. Pod czujną kontrolą liczników Geigera - w Poleskim Rezerwacie Radiacyjno-Ekologicznym. Folder zachęcający do tych odwiedzin zawiera nawet informację napisaną po polsku. Można mieć co prawda trudności z jej zrozumieniem, bo co, np. znaczy takie zdanie: "ludność śyje na terenach zabrzydzonych"? Ale nie ma się co czepiać! Liczą się dobre chęci.

Zresztą nie trzeba wjeżdżać do rezerwatu, by zobaczyć ślady tragedii sprzed lat. Narowla - niewielka białoruska miejscowość nad Prypecią. Parę kroków od granicy z Ukrainą, o rzut beretem, bo tylko 70 km, do Czarnobyla i trochę dalej od Rosji. Szybciej można by tu się spodziewać prezydenta Łukaszenki, niż kogoś, kto przyznawałby się do polskiego pochodzenia. Tym bardziej że według najnowszego oficjalnego
stanowiska, Polaków tu nigdy nie było i nie ma. Byli i są białoruscy katolicy...

Raisa, przewodniczka z miejscowego muzeum nie zna widocznie tej szczególnej interpretacji historii, bo na dzień dobry mówi o swoich polskich korzeniach. Nie kryje, że ma żal, iż przez ostatnich szesnaście lat nikt do Narowli z Polski nie zawitał. Tak naprawdę to jednak nie Raisa a Regina, która zmieniła imię na rosyjskie, by sobie ułatwić zawodową karierę. Babci, która uczyła ją pacierza i historii, gdzie zamiast bohaterskich bolszewików byli dzielni ułani, na pewno by się to nie podobało. Ale jej już nie ma, więc karierę można spokojnie robić, pokazując turystom piękno białoruskiej ziemi. W tym również smutne pamiątki z 1986 roku, czyli spadek po czarnobylskiej tragedii.

W muzeum, obok słynnych poleskich łapci, wypchanych głuszców, haftowanych ręczników i szklanych pułapek na muchy jedno pomieszczenie wypełniają groźne obwieszczenia o radiacji. Do tego ponad 30 tablic z nazwami wsi, które ze względu na wysoki poziom skażenia trzeba było zasypać. Do tego drzewo śmierci - z szarymi gałązkami, z czarnymi wstążeczkami, symbolizującymi ludzi, którzy w wyniki awarii ukraińskiej elektrowni jądrowej stracili życie. I rzecz najcenniejsza - fotografia z wizyty prezydenta Łukaszenki w tym regionie. Przyjechał, pocieszał, obiecywał, że życie kiedyś tu znowu wróci. I proszę, wróciło. Co z tego, że nie wszędzie?

Piękny XIX-wieczny pałac, do 1919 roku duma możnej rodziny Horwattów, potem szkoła, zamknięta po wybuchu w Czarnobylu - który mógłby stanowić wielką atrakcję tej malowniczej miejscowości, popada w ruinę. Wystarczy parę lat, aby zsunął się do rzeki, bo ostatni raz brzegi umacniano chyba jeszcze za horwattowskich czasów. Na razie więc za pałacową atrakcję pokazywaną wybranym gościom służy srebrny widelec z monogramem dawanych właścicieli i ich pieczęć z herbem. Horwattowie zakopali te skarby w parku, licząc że kiedyś po nie wrócą. No i się przeliczyli...

Mieszkańcy Narowli są przekonani, że będą mieli więcej szczęścia niż rodzina Horwattów. Właściwie już je mają - po przerwie spowodowanej czarnobylską kata-strofą wrócili do domów, znowu słychać tu śmiech dzieci.

Odkąd pozwolono tu na wjazd turystów, narowlanie liczą, że jeśli ci będą częściej zaglądać, może znajdą się środki na odbudowę pałacu. A wtedy i ten widelec, i ta pieczęć trafią tam, gdzie ich miejsce. Sam pomnik ofiar Czarnobyla nad rzeką i pokój pamięci w muzeum to za mało, aby na dłużej zaspokoić turystyczną ciekawość. A turystyka to teraz oczko w głowie najwyższej władzy.

Hazard w Pińsku, hołdy w Witebsku
Dwa miesiące temu prezydent nakrzyczał na swoich podwładnych, że za słabo się starają o przyciągnięcie gości z zagranicy. Nie chodziło mu jednak o drogi, bo te są więcej niż przyzwoite. Tyle że na tablicach informacyjnych czasami się kilometry nie zgadzają. Ale to przecież drobiazg...
Nie chodziło mu o hotele, bo tych powoli też nie trzeba się już wstydzić - łazienki wypucowane, z nowymi kafelkami i armaturą. Na błyszczących czystością sedesach zawsze równie czyste klapy. W łazienkach do dyspozycji gości są nawet czepki do kąpieli. Prawda że to już Europa?

O co więc chodziło panu prezydentowi? O promocję! Oczywiście na pewno nie wśród Rosjan, bo na Białorusi nawet dzieci wiedzą, że ci czują się w ich kraju jak u siebie, a może nawet jeszcze lepiej. Gdy niedawno w Rosji zlikwidowano kasyna i lokale gier, życzliwy sąsiad białoruski zaprosił zwolenników tego rodzaju rozrywek do siebie - m.in. do Pińska, na ul. Lenina. Przed wojną była to sławna na całą Polskę ulica Kościuszki z renomowanym gimnazjum, restauracją Gregorowicza, sklepami, w których oferowano, czego dusza zapragnie. Teraz to mekka dla wyznawców hazardu. Pięknych długonogich blondynek też tam nie brakuje. A stojące przy pińskich "jaskiniach gry" kosztowne wozy z zaciemnionymi szybami mówią same za siebie. Tak na Białorusi bawi się Rosja... Zresztą nie tylko tam, bo również na estradzie.

Organizatorzy festiwalu piosenki "Słowiański Bazar", który rokrocznie odbywa się w Witebsku na początku lipca, prześcigają się w komplementach pod adresem gwiazd zza wschodniej granicy, odmieniając słowo "drużba" i "lubow" przez wszystkie przypadki. A w ślad za nimi to samo robią białoruscy artyści, którzy w tych wiernopoddańczych hołdach potrafią iść nawet dalej. I na festiwalowej estradzie swoje uczucia do siostry Rosji wyznają z ręką na sercu.

- Dziwię się, że właśnie was, Polaków, to razi. - mówi z rozbawieniem Lena z Mohylewa - Oj, macie bardzo krótką pamięć. Przecież jeszcze niedawno sami oficjalnie bardzo kochaliście Rosjan, co zresztą zostało zapisane w waszej konstytucji. Wyszliście z tego nienormalnego układu, bo jesteście odważni, do tego porywczy. A w naszej naturze przeważa gen łagodności. Działamy na trochę zwolnionych obrotach.

Wala z Homla, Wasia z Mozyrza
Niestety, nie ma co jednak liczyć na to, że Białorusini lada moment zadbają o mniej nasączony wazeliną wymiar swoich stosunków z Rosją. Po pierwsze dlatego, że u ich wschodniego sąsiada podobno skończyła się era kantorów, gdzie można było swobodnie obracać walutą. To i znowu trzeba, w tym względzie, będzie zaoferować im pomoc. Po drugie i ważniejsze - teraz koniecznie muszą się zająć turystyką. Konkretnie zaś jej promocją - tak jak życzy sobie władza. A ta dobrze wie, co mówi, bo jeździ po świecie i widzi, że turystyka to prawdziwa żyła złota. Od wieków zarabiają na niej Włosi, Francuzi i wiele innych krajów.

Białoruś nie powinna być gorsza, tym bardziej że ma się czym pochwalić. Są wspaniałe zabytki, jest zniewalająca swoim pięknem przyroda. Te pierwsze w większości mają zresztą polski rodowód. Tu, patrząc na zachowane obiekty, takie jak, np. nieświeska fara czy dwór Rejtanów w Hruszówce, można nadrobić zaległości z lekcji historii. Ale uda się to zrobić, jeśli w tej wycieczce przez wieki towarzyszyć nam będzie przewodnik z prawdziwego zdarzenia - nie obciążony nacjonalizmem i państwowotwórczą ideologią. Niestety, tym właśnie często grzeszą "rukowoditiele" w okolicach czterdziestki. A ich kiedyś uczono w szkołach, że Polska to okupant, który gnębił białoruski lud.

Na szczęście nadzieja w młodych, tych zaraz po studiach, z epoki internetu i kontaktów międzynarodowych. Oni już potrafią obiektywnie przedstawiać fakty, łącznie z tymi najbardziej bolesnymi. Wasia, dwudziestoparoletni pracownik niedawno otwartego muzeum przy cerkwi katedralnej św. Archanioła Michała w Mozyrzu - do 1865 roku kościoła katolickiego - mógłby, wzorem swej starszej koleżanki Walentyny z Homla rozprawiać o bohaterstwie Rosjan i Białorusinów, ale dobrze wie, że to niecała prawda o tej ziemi. Bo tutaj żyli też Polacy. Zostały po nich chociażby parki, jak ten należący kiedyś do rodziny Kieniewiczów w niedalekich Dereszewiczach. W 1918 roku miejscowi rozdzierali na strzępy pański dobytek. Dzisiaj ich potomkowie mówią z uśmiechem: Dlaczego nie zadzwoniliście, że przyjeżdżacie, cała wieś by was ugościła.

I choćby po tym miłym przyjęciu w dawnych Kieniewiczowskich włościach widać, że to już nie zahukany, zakompleksiony jak kiedyś naród - ludzie tu mają satelitę, dostęp do internetu, jeżdżą po świecie. I wiedzą swoje. Nie muszą się wstydzić swoich wsi i miast, bo te są nadzwyczaj zadbane. Starych dziejów oczywiście się wstydzą. Tych trochę nowszych - też. Ale większość, ta młodsza, od kontaktów ze światem i internetu, nie widzi powodu, aby fałszować historię. Wasia z Mozyrza też nie widzi. Dlatego organizując muzeum przy soborze prawosławnym ściągnął też stare tablice nagrobne możnego ongiś w tych stronach rodu Oskierków, które walały się po zaniedbanych cmentarzach. Z polskimi napisami, z symbolami katolickiej wiary. One są przecież świadectwem przeszłości tych ziem. Jednym z wielu. Tak jak jest nim smutny spadek po Czarnobylu. Tak jak są nimi szczątki ofiar NKWD, troskliwie umieszczone w drewnianych trumnach z szybką, które spoczywają w tej samej cerkiewnej piwnicy, gdzie je kiedyś znaleziono - wtedy sponiewierane i rozrzucone. Dziś to jedyne białoruskie mauzoleum ofiar NKWD. Ku przestrodze. Żeby nigdy więcej!

Osiem Leninów, jeden prezydent
Ulice Lenina, Komsomolska czy Proletariacka ciągle trzymają się dzielnie. Pomniki wodza rewolucji i bojców z wojny ojczyźnianej też jeszcze ozdabiają skwery miast oraz miasteczek. Ale tak naprawdę nie ma gwarancji, że za rok czy dwa na Białorusi nadal je będzie można oglądać. W takim rejonie bobrujskim, np. z 36 monumentów z Leninem zostało już 8. Po cichutku, po maleńku - Białorusini działają we właściwym sobie stylu.

Natomiast wracając jeszcze do Bobrujska - to nie pomniki wodza rewolucji, ale kościół katolicki pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Matki Boskiej robi na odwiedzających to miasto Polakach wstrząsające wrażenie. Ludzie oczom nie wierzą, gdy widzą, że wejście do świątyni wiedzie przez zwykły hall i klatkę schodową internatu. Takie nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe sąsiedztwo to efekt wyburzenia części świątyni i zbudowania w jej miejscu domu. Kościół miał w ogóle zniknąć, ale zmienił się klimat polityczny, co go uratowało. I teraz właśnie o ten klimat polityczny, a do tego biznes właśnie chodzi.

Jeśli Aleksander Łukaszenka uzna, że pamiątki po czasach komunistycznych szkodzą gospodarczym, a więc i turystycznym interesom kraju, na pewno się postara, aby zniknęły z białoruskiego krajobrazu. Tak jak już zniknęły wielkie bilbordy nasycone partyjną propagandą, z prezydentem w różnych odsłonach. Zamiast nich pojawiły się nowe, słodkie, sielankowe. Z dziećmi jak malowane, z dorodną młodzieżą, z rzekami i lasami. Z napisami w stylu: Kochaj Białoruś, bo to twój kraj itp. Tylko tak naprawdę z białoruskim językiem tu wielka bieda, tak jakby go na własnej ziemi nie lubiano. Prawie wszędzie chcą rozmawiać wyłącznie po rosyjsku. Turysta więc językiem białoruskim się nie nacieszy - ani w sklepie, ani na ulicy, bardzo rzadko w muzeum. No, chyba że trafi nie na Raisę z Narowli, a na Wasię z Mozyrza.
Pozostaje też taka możliwość, że pan prezydent ogłosi, iż obowiązkowo wszędzie należy mówić po białorusku. W zonie też. I koniec, kropka. A wiadomo - panu prezydentowi się nie odmawia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie