Pięć dni przed wybuchem wojny jej rodzice - Teofil i Weronika Nowakowscy wyjechali do Warszawy, do najstarszego syna Wiktora. 1 września została sama w kamienicy na rogu Pomorskiej i Chrobrego.
Sama wobec najazdu
Małgorzata Nowakowska, rocznik 1915, ukończyła Szkołę Wydziałową przy ul. Konarskiego. Była najmłodsza w rodzinie, zatroskana o rodziców, którzy nie przeczuwali złego. - Sama w czteropokojowym mieszkaniu. Strasznie się bałam, zaczęłam płakać. Poszłam do sąsiadki Anny Bonin, żeby doradziła, co robić. Chciałem jechać do Warszawy i ona przytaknęła - wspomina Małgorzata. - Zaczęłam się pakować. Uzbierało się tego dwie walizy. Przewiesiłem je paskiem przez plecy i puściłam się schodami. Zeszłam na parter. Sąsiad z dołu Wacław Sajdak spojrzał na mnie z politowaniem. "Wracaj do siebie i czekaj na rodziców" zadecydował za mnie. Wróciłam z płaczem. Noc przespałam u pani Bonin.
_Minęło kilka dni, gdy do Boninowej przyszedł znajomy lekarz. Miasto zajęli już Niemcy, a on szukał dziewczyn, które pracowałyby w polskim szpitalu. Brakowało pielęgniarek. - _Zgłosiłyśmy się we dwie z Hildą, córką Boninowej.
Nie mogłam płakać
Szpital garnizonowy mieścił się przy ul. Jagiellońskiej, dziś jest tam Collegium Medicum UMK. Trafia do niego w połowie września. Wprawdzie była przeszkolona w PCK w drużynach pomocniczych, ale o pracy pielęgniarki wiedziała niewiele. Od razu jednak musiała opiekować się rannymi żołnierzami września.
- Dostałam salę, dwudziestu pięciu pacjentów i przykazania ordynatora Chełkowskiego. Tak się zaczęło. Najgorsze na początku było zmienianie opatrunków. Przywozili ich z frontu, bandaże zaschnięte jak skorupy. Rozrywałam je zamykając oczy. Nie mogłam patrzeć, ale też nie mogłam płakać patrząc na ich łzy i ból.
**_Żołnierskie słowa
Pamiętnik Małgorzaty jest niewielki, mieści się w dłoni. Na tych kartkach żołnierze zapisali słowa wdzięczności.
"Milutkiej siostruni wpisuję się na pamiątkę na tym skrawku papierku, która ze szczerem zamiłowaniem i obowiązkiem dla Ojczyzny darzyła mnie swoją pielęgnacją w tutejszym szpitalu. Mam dług wdzięczności. Alek Szczygieł, 4 X 1939."
"Cokolwiek bądź spotka Cię w życiu - bądź zawsze wierna ideałom Polki. Józik Podściański. Szpital garn. w listopadzie."
"Z pogodnym uśmiechem idź w życie. Nie wolno ci tracić nadziei we własne siły. Pamiętaj, że tylko głęboka wiara może przywrócić nam pogodną przyszłość. Dzielnej dziewczynie - Mika. Wrzesień 1939."
"Jest jedna rzecz, przez którą można zajrzeć w głąb człowieka; taka mała, słona kropelka, która czasem potoczy się po policzku. Blondas. 4 listopad 1939."
"Gdy ranny okrutnie wpadłem do niewoli, myślałem zawczasu o ciężkiej mej doli, lecz tu zła dola nie była smutna, nie była w naszym szpitalu okrutna, nasza siostrzyczka Czerwonego Krzyża, chętnie nam zda się przychylić nieba, tu opatrunek, tu da wody z sokiem, a tu wesoło pogada z chłopakiem, cześć jej zasługom i ofiarnej pracy, tak powinni pracować wszyscy Polacy. Ratajczak Jan, w październiku 1939."
"Pannie Małgosi, która okazała się prawdziwą Polką, bo podchodziła do wszystkich z sercem. Dr Edmund Dzionara, szpital garnizonowy."
- Moja służba w szpitalu skończyła się w grudniu. Szpital przejęli Niemcy. Pytali, czy będę nadal pracować. Nie zgodziłam się. Już mnie tam nie ujrzeli._
Małgorzata Drogorób, rocznik 1915, z domu Nowakowska, jest moją matką. W tym roku skończy 90 lat.
**
