A miały być kokosy

Rozmawiał Marek Heyza
Adriannę Biedrzyńską, znaną aktorkę i artystkę estradową nazwano oszustką. Ona sama oskarżyła o oszustwa męża, ma pretensje, że dzięki nazwisku żony pozyskiwał znaczne kwoty od różnych ludzi - mówi się o dwóch milionach złotych - zostawił ją bez środków do życia, pozbawił dobrego imienia, a nawet okradł córkę Michalinę. Mąż, Marcin Mizaga, temu zaprzecza. Rozmowy z Adrianną Biedrzyńską i jej mężem już publikowaliśmy w wydaniach magazynowych "Pomorskiej". Dziś rozmawiamy ze znanym aktorem TOMASZEM STOCKINGEREM, który wpłacił Miazdze 200 tysięcy złotych.

     - Dawno zna pan Adriannę Biedrzyńską i jej męża Marcina Miazgę? Jak się poznaliście?
     
- Właśnie próbuję te fakty sobie odtworzyć. To było w 95. albo w 96. roku. A się zaczęło - niestety - przy udziale Pawła Karpińskiego, który jest ich przyjacielem, był świadkiem na ślubie itd., a z którym ja współpracuję w "Klanie". On robił współczesną sztukę teatralną "Kolacyjka" w Teatrze Telewizji. Tam po raz pierwszy z Adą pracowałem przed kamerą. Graliśmy nieudane małżeństwo. Pracowało nam się dobrze. Pamiętam, że wtedy nieodłącznym świadkiem prób był kolega w skórzanej marynarce. Nazywał się Marcin Miazga. Było to przedziwne, bo nikomu, a było nas chyba osiem osób w obsadzie, nikomu by do głowy nie przyszło, żeby jakąkolwiek osobę bliższą czy dalszą przyprowadzać na próby.
     - Był zazdrosny?
     
- Nie potrafię powiedzieć. Ten zwyczaj oni praktykowali wszędzie. I wszędzie to spotykało się z milczącym zdumieniem. Jeżeli ktoś ma agenta, to można to zrozumieć. Ale przecież Marcin agentem nie był, Ada ma swoją agentkę....
     - A może aż taka miłość ciągnęła go za Adą?
     
- Miłość miłością, ale to nie musi koniecznie oznaczać, że się przychodzi na plan zdjęciowy, bierze udział w próbach i zasiada do obiadu fundowanego przez producenta.
     - Może po prostu chciał wejść w środowisko aktorskie?
     
- Ciepło, ciepło... Chyba chciał, choć nigdy nie był aktorem i mam nadzieję, że nie będzie. Jeżeli był i jest to dla Ady Biedrzyńskiej, bo - jeśli jej wierzyć - świetnie odegrał swoja rolę.
     - Jakie Adrianna Biedrzyńska zrobiła wówczas na panu wrażenie?
     
- Osoby bardzo konkretnej, bardzo przytomnej, sprytnej i grającej nieźle, bez zarzutu jeśli chodzi o sprawy zawodowe przed kamerą. Na pewno bym nie określił, że to pierwsza naiwna. Nie powiedziałbym, że może być tak zaślepiona miłością, że oczy ma z tyłu. Lubi ludzi z kasą, szybkie, dobre samochody, lubi życie na wysokim poziomie. Pamiętam rozmowę, kiedy powiedziała, że na teatr jej nie stać. Podzielam ten pogląd, że jeśli chce się jakoś żyć, nie można tracić czasu na teatr, który zabiera bardzo dużo sił i czasu, a poza oklaskami niewiele daje w zamian, bo pieniądze są śmieszne.
     - I z pewnością wówczas pan nie podejrzewał, że ta znajomość tak się skończy.
     
- Ani ona do mnie, ani ja do niej nie dzwonię. Ludzie pytają: oszustka nie oszustka? Ona mówi, że sama została oszukana. Fakty są niepodważalne: na wekslu widnieje nie jej podpis, lecz Marcina, nie ona więc uchyla się od zobowiązań finansowych. Ale inicjatywa wyszła z jej strony. Pamiętam, w czasie próby generalnej w Teatrze Wielkim w Łodzi opowiadała mi o tym, jak Marcinowi świetnie idzie na giełdzie. Jeżeli mam wolne pieniądze - sugerowała - warto z nim pogadać, bo robi kokosy. Ja nie zwykłem rozmawiać z kimkolwiek, a tym bardziej w pracy, na tematy finansowe. To wyszło z jej strony. Potem rzeczywiście zainteresowałem się sprawą. Ada brała udział we wszystkich rozmowach dotyczących transakcji. Dziś cała naiwność, jaką wykazałem ja i wiele innych osób - o których potem się dowiedziałem - może wydawać się śmieszna. W tamtych miesiącach odbyłem szereg spotkań, byłem przyjmowany serdecznie w domu Ady, byli tam rodzice Marcina, którzy ponoć też zainwestowali. Ada się uśmiechała, a Marcin się rozpływał, że spokojnie, sprawa jest pewna. Przeprowadziłem ileś tam rozmów dociekając, czy mogę coś stracić. Za każdym razem mnie przekonywano, że to niemożliwe. Oczywiście, nikt by nie dał pieniędzy Miazdze, gdyby nie było Ady. Dziś mówi, że nie wiedziała o wekslach, a przecież przy niej, w jej domu były podpisywane.
     - Gdy z nią rozmawiałem, powiedziała, że aktorem się jest na scenie, ale nie w życiu, że ona w życiu nie gra, jest sobą. Jak pan to jako aktor widzi?
     
- Pytanie, przepraszam, jest banalne. Każdy jest aktorem. Ada mówi, że została oszukana, że zaczyna nowe życie, że konto ma wyczyszczone przez ukochanego, że była zaślepiona, że miłość... Jeżeli to jest prawdą, że nagle przejrzała na oczy, to tylko jeden wniosek można wyciągnąć: Marcin Miazga jest największym na świecie aktorem. Jest Jamesem Bondem i diabłem wcielonym w jednej osobie. To mało prawdopodobne, żeby przez wiele lat chodzić z kimś do łóżka i nie widzieć, że ukochany nigdzie nie pracuje, brać udział we wszystkich rozmowach, być przy transkacjach i być tak zaślepionym. Niemożliwe tym bardziej że chodzi o osobę, która potrafi zdobywać środki materialne. Aktorek w kraju, i to znanych, jest dużo, ale rzadko która może się pochwalić, że ma willę z supersamochodem.
     - Czy jednak jest to sprawiedliwe, że nie jego, a ją umieszczono na liście dłużników w internecie?
     
- Ja jej nie umieszczałem na liście dłużników, a pieniądze dałem Marcinowi. Znam natomiast relację faceta, który utopił prawie 400 tysięcy dolarów...
     - To Rajpert?
     
- Tak. Rajpert twierdzi, że ona do niego dzwoniła kilkakrotnie z pogróżkami, że w swojej kuchni odgrażała się, że jak chce pieniądze, to ona mu nożem wszystko "wytłumaczy", a jak nie, to poprosi kolegów z Pruszkowa. Musiałby zatem pan rozmawiać z Rajpertem. Prawdopodobnie on, będąc w sytuacji beznadziejnej, umieścił Adę na liście dłużników. Mnie Ada tylko namówiła do interesu. Nie mogłem natomiast zrozumieć, jak człowiek, który dał weksle, który mi się przyznawał, że ma milion marek zachodnich, jak ten człowiek po setkach telefonów ode mnie mógł mówić: wszystko jest ok, nasz as giełdowy jest uczciwy, a na razie jesteśmy z Adą w Międzyzdrojach na wakacjach, po wakacjach zobaczymy. Coś mi się nie zgadzało: jeśli ja się denerwuję, to tym bardziej on powinien się denerwować. W grę wchodziły przecież dużo większe pieniądze niż moje. Tymczasem on mnie uspokajał, co jeszcze bardziej denerwowało. Wspólnika, którego się podejrzewa, że chce wyrolować, bierze się za kołnierz i wyjaśnia co jest grane. A Marcin był wciąż spokojny...
     - Miazga powiedział mi, że nie wziął ani grosza do ręki, że pieniądze brał "makler" Haraburda...
     
- Skłamał, bo pieniądze jemu wręczyłem. I zawiózł mnie do biura maklerskiego, gdzie dostałem pismo, że jestem pełnomocnikiem wspólnego konta giełdowego Haraburdy i Miazgi. Minął miesiąc, drugi. Gdy pytałem, co się dzieje, Marcin mówił, że na giełdzie siadło, że są kłopoty. Pytałem, dlaczego nie skontaktuje się z Haraburdą. Odpowiadał, że Haraburda teraz pracuje, żeby mu nie przeszkadzać. Dlaczego w domu nie nocuje? - dociekałem.. Bo ma kłopoty, ścigają go. Cały czas usprawiedliwiał swojego wspólnika. W końcu sam pojechałem do biura maklerskiego i dowiedziałem się, że konta już nie ma, bo zostało przeniesione. Pojechałem pod ten adres i dowiedziałem się, że konto jest, ale nie jestem już pełnomocnikiem. A Marcin mówił, że nic nie wie. On, współwłaściciel konta, na którym jest taka kasa, nie wie?! On rzekomo ode mnie o wszystkim się dowiaduje?!
     - Miał pan okazję poznać wspólnika Marcina, Haraburdę? Co to za człowiek?
     
- Trzy razy go widziałem. Sprawiał wrażenie człowieka wirtualnego, mózgowca; to pełne zaprzeczenie macho, taki co to mógłby się urodzić i umrzeć patrząc na tabele w komputerze.
     - Czy to prawda, że Haraburda uciekł na Florydę?
     
- Nie wiem i mnie to nie interesuje. Swoją wiarę opierałem na tym, że jest Ada i jest Marcin, że są jego rodzice.
     - Haraburda podobno pochodzi ze Szczecina?
     
- Tak, rozmawiałem z jego ojcem, powiedziałem mu, że syn jest oszustem. Usłyszałem, że... ja jestem oszustem. I rzucił słuchawką. Podkreślam: tłumaczenie Miazgi, że został oszukany jest o tyle naiwne i mało prawdopodobne, że to ja przez kilka miesięcy do niego wydzwaniałem i się denerwowałem, a on mnie uspokajał. To najprostsza rzecz pod słońcem: zebrać kasę, a potem umówić się ze wspólnikiem, że to on winien, po czym wspólnik wyjeżdża. Marcin uspokajał i nic nie robił, żeby swojego wspólnika złapać. Po roku dowiedziałem się, że Marcin był z Adą na Florydzie, na wakacjach... Dziś pytam: Dlaczego Marcin nie idzie do pracy? Bo gdziekolwiek dostałby pensję, od razu na nią siadłby komornik. Ale z tego wniosek, że pieniądze ma, bo z czego by żył?
     - Czy to prawda, że wierzyciele obcięli Haraburdzie przed ucieczką z Polski ucho?
     
- Słyszałem o tym, nie pamiętam od kogo. Ponoć jakaś rodzina spod Wrocławia była na niego wściekła, bo pożyczyli pieniądze pod zastaw domu, zainwestowali u Haraburdy, a kiedy nie chciał oddać, wynajęli człowieka, który obciął ucho i miał pewnie zamiar obcinać następne. Ale pytania dotyczące pieniędzy proszę kierować do Miazgi i Haraburdy, bo tylko oni znają prawdę. Ja mam weksle podpisane przez Marcina, ale komornik nie może niczego odzyskać, bo Marcin oficjalnie nic nie ma, nigdzie nie jest zameldowany. Jest właścicielem luksusowego mieszkania w apartamentowcu przy Dworcu Południowym, ale to mieszkanie przepisał, oczywiście, na kogoś innego, chyba na matkę. Nie przychodzi do biura zatrudnienia, ale widziano go w kasynie...
     - Miazga mi powiedział, że dłużnicy się zgłosili z dwóch powodów: chcieli odzyskać pieniądze, ale też kierowali się zawiścią, że zaczęła się promocja płyty Ady...
     
- To kretyńskie tłumaczenie. Po pierwsze niech się nie wtrąca w nie swoje sprawy - to nie jego płyta. Po drugie, mieli to szczęście, że przez te kilka lat mogli sobie pochodzić na bankiety, pożyć spokojnie, bo sprawa mogła być dużo wcześniej przez kogoś ujawniona. Ja zdecydowałem się ujawnić ją w tym roku, bo uznałem, że skoro nie mogę w żaden sposób wyegzekwować swoich pieniędzy, to mogę ostrzec środowisko i opinię publiczną przed praktykami tej pary. Dlaczego nie zrobili tego inni oszukani - nie wiem. Ze strachu? Ze wstydu? Z lenistwa? Gdy ja zacząłem o tym mówić, inni poszkodowani też się znaleźli. A co do płyty: nikt na niej nie zrobi w tym kraju kariery ani nie zarobi. Ludzie kupią kilka płyt, a resztę na stadionie 10-lecia. A ja byłem ostatnią osobą, która mogła wiedzieć, że Ada jakąś płytę nagrywa. Jeśli ludzie kupią płytę, to być może bardziej z tego powodu, że ostatnio o Adzie dużo słyszeli i czytali.
     - Miazga również powiedział mi, że pan na jakimś bankiecie wyraził się w ten sposób: ja Adę nienawidzę, ja ją zniszczę. Czy to prawda?
     
- Nie, ludzie różne rzeczy mówią. Ja uważam, że ona jest odpowiedzialna moralnie za to, co się stało z pieniędzmi jej znajomych i przyjaciół. Ona poznała te osoby z Miazgą. Nigdy jednak nie powiedziała przepraszam, nigdy nie powiedziała głupio mi, nigdy nie powiedziała - choć powinna - słuchaj, jakoś to trzeba załatwić, może w ratach... Skoro tego nie powiedziała, to najlepszy dowód, że coś jest nie tak.
     - Czy kwota, której nie może pan odzyskać - ponoć 200 tysięcy, ale miazga mówi o 120 tysiącach, bo część pan pobrał - czy ta kwota jest dla aktora dużą sumą?
     
- Miazga znów kręci. Straciłem 140 tysięcy, 60 dostałem w ciągu paru miesięcy.
     - To duża kwota dla znanego aktora?
     
- Co to znaczy znanego? Mnie się nie płaci za popularność, ale za pracę.
     - Ale jest pan pracowity.
     
- Jestem, pod warunkiem, że mam pracę. Dla Kulczyka to żadna kwota. Dla każdego kto ma tysiąc czy dwa pensji - ogromna. Dla mnie to kwota, bez której mogę przeżyć. Zarabiam pieniądze ciężką pracą. Gdybym był w teatrze, miałbym około dwóch, trzech tysięcy pensji. Jeśli 140 tysięcy przez to podzielić, można wyliczyć na jak długo by starczyło. Na cztery lata pracy znanego aktora.
     - Ale pan gra w filmie...
     
- Tak, ale jak przestanę, wrócę do teatru. Film płaci na poziomie dwóch tysięcy za dzień zdjęciowy. Taki gwiazdor jak ja z trudem w ciągu miesiąca zarabia 15-20 tysięcy. A ludzie nie wiadomo co sobie wyobrażają, bo słyszą o zarobkach Wiśniewskiego z "Ich Troje"...
     - Nasi czytelnicy po publikacjach o całej aferze m.in. pytali: a może rozwód Adriany i Marcina to jakaś gra? Co pan o tym sądzi?
     
- Jeśli czytelnicy są tacy dociekliwi, niech idą pod dom Ady i śledzą, czy Marcin nocą się nie wkrada. Dla mnie jest oczywiste, że jeśli oboje będą pojawiać się na bankietach, pokazywać się, to będą wyśmiani. Z jakiegoś powodu wzięli ślub. Dlaczego w tajemnicy, po cichu? Prywatne życie Ady zawsze trafiało przecież na strony kolorowych pism... Jeśli ktoś wychodzi za człowieka, który nie pracuje od lat, ma na karku wierzycieli, jeżeli bierze się ślub, ale nie melduje męża u siebie w domu, to albo jest to jakaś gra, albo wielka miłość. Jeżeli wielka miłość, to dlaczego się go teraz wyrzuca z domu?
     - Jak tę całą aferę odbiera się w środowisku aktorskim?
     
- Ktoś dzwoni do mnie i gratuluje odwagi, że wszystko ujawniłem. Ktoś inny: to wszystko niejasne i niesmaczne. Większość pyta: a czy ty w końcu te pieniądze odzyskasz? Mówię, że pewnie nie, skoro on to poukrywał.
     - Pytałem o to, bo pani Biedrzyńska powiedziała mi, że teraz znalazła przyjaciół, którzy jej współczują w biedzie, bo jest ofiarą.
     
- Nie wiem, kim Zosia Czerwińska jest dla Ady i dlaczego nagle uznała, że musi Adę pocieszać. O innych przyjaciołach nie słyszałem. Teraz bardzo dużo się o Adzie mówi i pisze i ona to zręcznie wykorzystuje. Do twarzy jej z cierpieniem, z wizerunkiem startującej od zera, oszukanej...
     - Ale chyba Biedrzyńska najwięcej straciła.
     - Być może. Ada powinna mi być wdzięczna. Bo gdyby wszystkim jej słowom wierzyć, to znaczyłoby, że ona się wyzwoliła, oczyściła, przejrzała na oczy, A ja byłem kamyczkiem, który uruchomił całą lawinę. Powinna teraz powiedzieć: Tomek, dzięki tobie odżyłam, pozbyłam się tego oszusta, teraz będę żyła spokojnie i szczęśliwie. Chciałbym to od niej usłyszeć.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Strefa Biznesu - Sytuacja na rynku pracy w 2023 roku

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na pomorska.pl Gazeta Pomorska
Dodaj ogłoszenie