- Można powiedzieć, że tym remisem uratowaliście twarz.
- No tak. Po pierwszej fatalnej połowie, w drugiej zagraliśmy dużo lepiej. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. Wychodzimy na mecz strasznie "pospinani" i ani się obejrzymy już przegrywamy. A po przerwie wygląda to zupełnie inaczej. Walczymy jeden za drugiego i wyglądamy jak drużyna. Może dobrze byłoby, gdybyśmy każdy mecz zaczynali od 0:1 i później gonili rywala, bo wtedy więcej musimy wykrzesać z siebie na boisku.
- Czyli nie czuliście wsparcia trybun?
- W pierwszej połowie na pewno nie. Po przerwie było już lepiej. Nasza gra się poprawiła, strzeliliśmy gola kontaktowego. Wtedy kibice wsparli nas dopingiem. Bądźcie z nami na dobre i na złe, a swoje niezadowolenie wyrażajcie po meczu.
- Jednak na razie nie ma powodów do optymizmu. Wyniki przez was osiągane są daleko niezadowalające.
- Te wyniki, a właściwie ich brak, są mocno frustrujące. Mamy świadomość tego, że mamy lepszy zespół niż wyniki, które osiągamy. Z jakiegoś nieokreślonego powodu nie gramy na miarę swoich oczekiwań. Jak pali się nam d..., to potrafimy grać. Może ten balon napompowany do granic możliwości powoduje, że spinamy się, bo nie można stracić piłki, popełnić błędów czy przegrać meczu. To może siedzi w głowach i powoduje taką, a nie inną grę.
Cała rozmowa z Adamem Cieślińskim w środowej "Gazecie Pomorskiej" - wydanie grudziądzkie.
Czytaj e-wydanie »