- Nie wyobrażam sobie, by tak duży powiat nie miał stacji sanitarno-epidemiologicznej - mówiła na wczorajszej powiatowej sesji dyrektorka Iwona Zalewska. - Trzeba pamiętać, że nie będzie stacji bez prądu, transportu i internetu. Na tym oszczędzać nie można.
Cięcia są spore. W porównaniu do ub.r. spadek wynosi 42 proc. Od stycznia powiatowy inspektor sanitarny podlega wojewodzie, a jedynym uprawnieniem starosty jest ustalanie jego wynagrodzenia. Starosta nie ma natomiast prawa dołożyć do działalności placówki ani złotówki. Jakie są tego konsekwencje?
Zalewska kupiła rower, by palacz mógł rozwozić korespondencję w Chojnicach. Tak dyrektorka oszczędza na znaczkach. Kartka A-4 jest dzielona na dwie, a nawet cztery części. Szczęśliwie udało się znaleźć usługodawcę, który wozi pracowników na kontrole za złotówkę za kilometr. - Nie kupuję gazet, wydawnictw fachowych i dzienników ustaw - mówiła Zalewska. - Pracownicy nie jeżdżą na szkolenia, ja na narady.
Jest tak źle, że na utrzymanie budynku: m.in. rachunki za prąd czy faktury za węgiel stacja ma tylko trzy tysiące złotych miesięcznie. A po ostrej zimie trzeba było dokupić opał.
Sytuacja finansowa zaczęła pogarszać się już kilka lat temu. Stacja "posiłkowała" się dochodami uzyskanymi głównie z badań kału na nosicielstwo. W ubiegłym roku było to 70 tys. zł. W takiej sytuacji zabrakło funduszy na akredytację laboratorium mikrobiologii lekarskiej i parazytologii. Skutek jest taki, że od tego roku chojniczanie musieli z próbkami jeździć do Człuchowa. Mimo zapaści finansowej sanepid chce chojniczanom pomóc i otworzył punkt przyjmowania próbek kału. Będzie czynny od poniedziałku do środy od 8.00 do 11.00.
W poniedziałek, dlaczego starosta nie ratuje sanepidu.