Czad cię dopadnie

Roman Laudański [email protected]
Aleksandra Kościelna, psycholog brygady Fot. Tytus Żmijewski
Ponad setka żołnierzy szykuje się do Afganistanu, sześćdziesięciu do Libanu, na kolejnych sześćdziesięciu czeka afrykański Czad.
Od lewej: młodszy chorąży sztabowy Mariusz Gola, kapitan Paweł Wąsowicz, porucznik Ryszard Czerwiński i kapitan Wojciech Gil
Od lewej: młodszy chorąży sztabowy Mariusz Gola, kapitan Paweł Wąsowicz, porucznik Ryszard Czerwiński i kapitan Wojciech Gil

Od lewej: młodszy chorąży sztabowy Mariusz Gola, kapitan Paweł Wąsowicz, porucznik Ryszard Czerwiński i kapitan Wojciech Gil

Z Irakiem w tym roku koniec, ale będą musieli tam jeszcze "posprzątać", bo logistycy zaczynają i kończą każdą misję. A szkolenie następnych stu sześćdziesięciu, gotowych w każdej chwili na gwizdek Unii Europejskiej? To codzienność w 1 Pomorskiej Brygadzie Logistycznej w Bydgoszczy. Ruch jak na międzynarodowym lotnisku.

Pożegnanie wyjeżdżających. Pododdziały "misjonarzy" stoją równo na placu apelowym. Zaraz powitanie wracających, miesiące misji i znowu wszyscy spotykają się w brygadzie, gdzie dowódca po raz kolejny życzy żołnierzom "plecaka pełnego żołnierskiego szczęścia". Jak na razie - odpukać - sprzyja ono logistykom. Ale dzień po wizycie "Pomorskiej" w jednostce, z Afganistanu przychodzą tragiczne wieści: na minie zginęło dwóch polskich żołnierzy z Krakowa i Świętoszowa.

Pułkownik Mieczysław Pawlisiak, dowódca 1 Brygady Logistycznej
Pułkownik Mieczysław Pawlisiak, dowódca 1 Brygady Logistycznej Fot. Tytus Żmijewski

Pułkownik Mieczysław Pawlisiak, dowódca 1 Brygady Logistycznej
(fot. Fot. Tytus Żmijewski)

Siła nawyków
Co robią logistycy podczas misji zagranicznych? Przewożą, tankują, naprawiają, gotują i - jak trzeba - strzelają, bo w końcu nie jeżdżą tam na wczasy. - Przed wyjazdem na misję musimy tak wyszkolić żołnierzy, żeby nie dali się zabić, nie skonfliktowali się z miejscową ludnością, a kiedy trzeba strzelać - strzelali tak, żeby to nie oni zginęli - opowiada płk Mieczysław Pawlisiak, dowódca 1 Pomorskiej Brygady Logistycznej w Bydgoszczy. - Nie ma takiego poligonu w Polsce, na którym moglibyśmy nauczyć się tyle, ile w Iraku czy w Afganistanie. Ktoś może powiedzieć, że zupę wszędzie gotuje się tak samo, ale zupełnie inaczej prowadzi się cysternę pełną paliwa w Polsce, a inaczej z pełną prędkością po afgańskich czy irackich drogach w konwoju hummerów.

Dowódca opowiada, że wpaja podwładnym podstawowe zasady: nie zgubiłeś - nie podnoś, bo Afganistan pełny jest najróżniejszych min-pułapek i niewybuchów; nie wiesz, co leży - nie ruszaj; no i nie chodź tam, gdzie inni nie chodzą.

Cało i zdrowo do domu
Dziś przygotowują ludzi tutaj do Afganistanu, Libanu i Czadu, ale - w ramach wojsk Unii Europejskiej - przygotowują ponad stu sześćdziesięciu żołnierzy, którzy będą gotowi do przerzucenia w każde miejsce na jeden rozkaz. I co z tego, że zapadła już decyzja o zakończeniu misji w Iraku, jak każdą misję logistycy przygotowują pół roku przed jej rozpoczęciem i pół roku po jej zakończeniu. Sprzęt trzeba będzie załadować na statki, rozładować w Szczecinie, przejrzeć, naprawić i rozwieźć do jednostek na terenie całego kraju.
- Bezrobocie nam nie grozi - uśmiecha się dowódca.

Co zmieniło się w brygadzie? Znajomość języków. W kraju - wiadomo - kursy, ale praktyczna nauka pojawiła się dopiero na misjach, gdzie w mowie i w piśmie muszą porozumiewać się z Amerykanami oraz żołnierzami innych państw. Także na misjach mogli podpatrzeć, jak działają logistycy u sojuszników. Po co wozić z Polski to, co mogą bez przeszkód kupić na miejscu? Mogą też korzystać z zakupów amerykańskich.

- Przez całą dobę podczas misji logistycy znajdują się w sytuacji potencjalnego zagrożenia - mówi pułkownik Pawlisiak. - Rośnie ich odporność, uczą się, jak radzić sobie ze stresem. Gdzie idą - tam w hełmie, w kamizelce i z bronią. Warunki autentycznego zagrożenia życia. A przeogromna chęć przeżycia powoduje, że cało i zdrowo chcą wrócić do domu!

Co się jeszcze zmieniło w brygadzie? Aleksandra Kościelna, psycholog przypomina, że na początku żołnierze bez przekonania słuchali o stresie pola walki. Pojechali, przeżyli swoje i teraz psychoedukacja kadry i żołnierzy jest większa. - Widać różnicę w podejściu do stresu, wiedzy o uzależnieniach - podkreśla psycholog. - Po akcji potrafią z psychologiem lub dowódcą odreagować emocje. W kraju, przed wyjazdem, zastanawiają się, jak żony i dzieci najlepiej przygotować do rozłąki.

Misja żon: domy i dzieci
- My się zmieniliśmy? Brygada? O nie, najbardziej zmieniły się nasze żony - mówią z uznaniem misjonarze z brygady. Siedzą przy jednym stole: młodszy chorąży sztabowy Mariusz Gola, kapitan Wojciech Gil, porucznik Ryszard Czerwiński, kapitan Paweł Wąsowicz, rzecznik brygady i starszy chorąży sztabowy Wojciech Majeran.

- Musiały sobie radzić bez nas, dlatego stały się twardsze - mówi porucznik Czerwiński.
- Dbały o siebie i dzieci.
- Były matką i ojcem - wyliczają. - One to dopiero miały misję!
Mówią, że mają do kogo wracać z Iraku, Afganistanu czy Libanu, choć nie wszystkim było to dane. Na kogoś czekał pusty dom, puste konto i brak żony.
Co daje pobyt na misjach? Po co się jeździ? - Nabrać doświadczenia, zarobić pieniądze, wpisać udział w misji do CV - wylicza starszy chorąży sztabowy Wojciech Majeran, który niedawno wrócił z Afganistanu. - Ominął cię Irak? Nie załapałeś się na Liban i Afganistan? Czad cię dopadnie. Trudno być w brygadzie i nie jeździć.

Przez życie jak lokomotywa
To, co wcześniej wydawało się wielkimi problemami - staje się błahostką. Mówią, że trzeba się skupić na rzeczach wielkich. Docenić rodzinę.

Chorąży Gola: - Znajomy patrzy na mnie z boku i komentuje - teraz pędzisz przez życie jak lokomotywa. Coś w tym jest. Poznajesz wartość życia i chcesz korzystać z niego jak najmocniej.
Kapitan Gil: - Tam, z odległości, można się przekonać, jak ważna jest rodzina: żona i dzieci.
Porucznik Czerwiński: - Bardzo docenia się rodzinę. Jesteś tam i pytasz sam siebie - na cholerę mi to było? Dzieciaki płaczą w słuchawkę, a ty możesz tylko kupować dla nich prezenty i odliczać dni.
Kapitan Gil: - Jak masz małe dziecko, to pół roku misji to kawał czasu.
Porucznik Czerwiński: - Kiedy wyjeżdżałem na pierwszą misję, to moje dziecko miało trzy miesiące. Teraz skończyło trzy lata, a ja wyliczyłem, że przez trzy misje nie było mnie w domu dwadzieścia dwa miesiące.

- Warto było? Takie pytania zadajemy sobie w Iraku i Afganistanie - mówi kapitan Gil.
- Po to wybrałem wojsko, żeby jeździć na misje, a nie przekładać papierki - odpowiada porucznik Czerwiński. Buduje dom. Musi się nagimnastykować, żeby nie zostawić żony z rozgrzebaną budową.

Syndrom misjonarza
Aleksandra Kościelna, psycholog z brygady, opowiada też o syndromie misjonarza, który jak marynarz, po powrocie do domu nie może zbyt długo zagrzać miejsca.
- Podczas pierwszego wyjazdu wszystko jest nowe, przezywasz to, liczysz tę kasę, co wpadnie za misję, ale później człowiek w to wsiąka i po powrocie do kraju czegoś zaczyna brakować - kapitan Wojciech Gil odrywa się od laptopa.
- Brakuje wezwania do dalszego działania - chorąży Gola.

Porucznik Ryszard Czerwiński, dwa razy na misji: - Znam takiego, który był już pięć razy. Jeździ i będzie jeździł. Środowisko misjonarzy jest niewielkie. Mijamy się na lotnisku w Kuwejcie. Jedni wylatują, drudzy przylatują. Widzisz i rozpoznajesz te same twarze. A inny pojedzie raz i podziękuje.

- Często jest tak, że mijamy się z kolegami w pracy, ale tak naprawdę się nie znamy - mówi kapitan Paweł Wąsowicz. - Poznajemy się na wyjazdach, tam zawiązują się przyjaźnie. Jak przełożeni złożyli mi propozycję wyjazdu, to założyłem plecak i pojechałem.

Porucznik Czerwiński: - Wracasz po misji do domu, ty masz wolne, ale rodzina w pracy i szkole. Zaczynasz sobie szukać miejsca i zajęcia i wcześniej czy później przychodzi myśl: a może by tak jeszcze raz pojechać? Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po to pracujemy, żeby nasi bliscy mieli lepiej. My drugiego etatu w pracy nie weźmiemy.
- Świadomie podejmujemy ryzyko.

Jeden opowiada: - Chłopak z grupy wrócił z Iraku. Zapakował żonę z dziećmi do samochodu, na drodze "czołówka" - wszyscy zginęli. Czy tu nie ma ryzyka?

Kasyno do Afryki
Większość sprzętu transportowego, który kupowany jest dla Sił Zbrojnych, trafia do logistyków w Bydgoszczy lub Opolu. W jednostce skończyły się STARY, teraz mają IVECO czy MAN-y. Pełna mechanizacja. Wcześniej nie było cystern na wodę, teraz musieli je kupić. Mają nowe kuchnie. Do Czadu zabiorą nawet kontenerowe kasyno, bo jak gotować obiady pod namiotem na gorącej pustyni? Kontenery mieszkalne z pełną klimatyzacją. Postawią obóz w szczerej pustyni, z energią, wodą i ściekami.

- Każda misja to zastrzyk finansowy, po powrocie kupują działki, mieszkania, budują domy i zmieniają samochody - mówi dowódca i podkreśla, że tylko trzeba się z tego cieszyć.
Departament Kontroli sprawdzał ich w ubiegłym roku. Brygada wyszła z kontroli najlepiej w całych Siłach Zbrojnych. Na przełomie czerwca i lipca jednej trzeciej żołnierzy skończyły się trzyletnie kontrakty. Poszli wtedy do Dowództwa POW, Inspektoratu Wsparcia i Dowództwa Wojsk Specjalnych.

Nie mieliby nic przeciwko, gdyby dostali więcej pieniędzy na remonty i modernizację. Choć budynki przy ul. Powstańców Warszawy wyglądają dobrze, to zawsze trzeba jeszcze coś zrobić.

Plac apelowy
Najwięcej łez leją matki i żony. Oni - synowie, mężowie i ojcowie uspokajają, że tak naprawdę tam nic się nie dzieje. Wtedy one proszą, żeby wracali jak najszybciej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie