Eurydyka przemówiła bardzo gorzko

Joanna Pluta
- Ludzie sami wymyślają sobie marzenia, a później cierpią w nieskończoność, gdy się nie spełniają - mówi bohaterka.
- Ludzie sami wymyślają sobie marzenia, a później cierpią w nieskończoność, gdy się nie spełniają - mówi bohaterka. Andrzej Muszyński
Prawie dwugodzinny spektakl ma swoje wzloty i upadki. Nużą przydługie sceny i zbyt wiele nieuzasadnionej egzaltacji. Zachwyca kilka kreacji aktorskich i Nosowska, która wywołuje dreszcze.

Cienie. Eurydyka mówi": według tekstu noblistki Elfriede Jelinek w reżyserii wielokrotnie nagradzanej Mai Kleczewskiej zapowiadały się na jedną z najgorętszych premier tego sezonu. Niestety, spektakl okazał się bardzo nierówny.
Noblistka zdekonstruowała mit o Orfeuszu i Eurydyce, która w jej ujęciu ma głos, nie jest tylko bezwolnie kochającą Orfeusza kobietą. Osadziła go we współczesnym świecie, o którym myśli bardzo gorzko. Autorka wyśmiewa, ale jednocześnie płacze nad współczesnością.

Przywołuje programy, w których kobiety przechodzą metamorfozy, w których stylistki dowodzą im, że ubrania pozwolą im zmienić życie. Jelinek śmieje się z przesadnej dbałości o zdrowy tryb życia - jedna z bohaterek opowiada, że od dwóch tygodni stosuje głodówkę, ale jeśli jeść to tylko gorczycę (Joanna Drozda).
U Jelinek Eurydyk jest kilka. Jedna to szara myszka (grana przez świetną Karolinę Adam-czyk), która postanawia przejść metamorfozę pod okiem wypacykowanej stylistki (też ciekawa Julia Wyszyńska), która jest uzależniona od kupowania ubrań. Inna, dojrzalsza, wygląda jakby próbowała z siebie na nowo zrobić nastolatkę, ale ostro komentuje to, co wyprawiają jej młodsze koleżanki (Małgorzata Witkowska). Wszystkie łączy to, że same ograniczają swoją wolność, próbując zachowywać pozory przed światem, próbując pokazać wszystkim, że są inne niż w rzeczywistości. Jedynym wyjściem z sytuacji jest śmierć. Jak mówi jedna z nich "Nie ma nic lepszego, niż nie istnieć, nie być."

Niestety, w niektórych momentach na scenę wkrada się niepotrzebny chaos. Aktorki biegają po ograniczonej przestrzeni (spektakl odbywa się w dźwiękoszczelnej klatce zbudowanej z luster weneckich), krzyczą, śpiewają, wykrzykują przekleństwa. To wszystko jest potrzebne, ale mam wrażenie, że w takim nagromadzeniu irytuje i nuży.

Ciekawą postacią jest klaun, grany przez Michała Czachora, którego końcowy monolog jest mistrzowski, a jego rozmowa z małymi dziewczynkami prowadzi do ciekawych konkluzji. Gdy mówi, że nie jest sławny jedna z dziewczynek kontruje: "My też nie jesteśmy sławne, a jakoś żyjemy!"

Absolutnym mistrzostwem tego spektaklu jest muzyka. Kasia Nosowska śpiewa podczas niego cztery piosenki. Jej surowy wokal w połączeniu z tekstami na motywach prozy Jelinek i z muzyką Pawła Krawczyka z Hey powoduje, że na ciele pojawiają się dreszcze, a do oczu napływają łzy - trudno tylko ustalić, czy ze wzruszenia czy z objawienia. Na pewno wiadomo, że to Nosowska była objawieniem na scenie.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie