Taki jest los rasowego rockmana.
Derek William Dick, czyli Fish, cieszy się w Polsce dużą popularnością. Do nas często zagląda podczas swoich tras koncertowych. W październiku 2007 r. zagrał koncert w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. To był trzeci koncert Fisha w tym mieście. Choroba wielkiego Szkota to dla niego dramat.
"Chciałbym móc zaplanować jakieś występy podczas letnich festiwali w 2009 r, ale na pewno nie będzie żadnej trasy koncertowej do 2010. Miałem badania w znieczuleniu ogólnym, w których skład weszła biopsja jednej z moich strun głosowych. Jak tylko usłyszałem diagnozę: nieprawidłowy wzrost komórek, zrobiło mi się zimno. Wiedziałem, co to oznacza" - napisał Fish w liście do swoich fanów.
Wokalista, autor tekstów, a czasami też aktor uczciwie ocenia tę sytuację. - Mam 50 lat, palę, piję, mam barwną historię, zaśpiewałem prawie 1700 koncertów w ciągu 27 lat - to jakby stać na autostradzie i oczekiwać, że samochód nas nie potrąci - mówi.
Muzyk ze Szkocji jest jednak w dobrym nastroju i zamierza napisać powieść oraz zająć się pisaniem scenariuszy. W przeżyciu tego kryzysu pomoże mu z pewnością jego nowa miłość. Para zaręczyła się jeszcze w 2008 r. Teraz Fish i Katie wiją wspólnie gwiazdko urządzone w studiu nagrań w Szkocji.