Fotografia ślubna dawniej i dziś. Sztywno, na stojąco i z poważną miną - taka była kiedyś moda

Roman Laudański
Roman Laudański
Fotografia ślubna Janiny z d. Maciejewskiej i Józefa Chrobaka. Związek małżeński zawarli 18 sierpnia 1948 r. w Unisławiu Fot. ze zbiorów Anny Grzesznej - Kozikowskiej
Fotografia towarzyszy nam w najważniejszych momentach biograficznych, do których zalicza się ślub – moment przejścia między panieństwem, stanem kawalerskim a małżeństwem – mówi Agnieszka Pajączkowska, autorka książki „Wędrowny Zakład Fotograficzny”. – Dziś fotografia ślubna również temu służy. Różnica jest tylko taka, że dziś upubliczniamy zdjęcia wśród przyjaciół, znajomych w mediach społecznościowych, a stare fotografie po prostu wisiały w domu.

Zobacz wideo: Polska oszalała na punkcie morsowania!

23 lat temu chełmińska starszy kustosz Anna Grzeszna – Kozikowska napisała artykuł, w którym zaproponowała, by relikwie świętego Walentego z chełmińskiej kolegiaty promowały markę Chełmna – miasta zakochanych. I tak się stało. W tym roku Walentynkom towarzyszy muzealna wystawa “Portrety ślubne naszych dziadków I pradziadków”.

– Przygotowując wystawę fotografii ślubnej myślałam: żeby nas chociaż od końca lutego otworzyli, a tu niespodzianka – od 2 lutego muzea są otwarte, można zwiedzać wystawę na Walentynki – cieszy się Anna Grzeszna – Kozikowska z Muzeum Ziemi Chełmińskiej. – Wszyscy mamy sentyment do fotografii ślubnej. Wypożyczający zdjęcia na wystawę przychodzili do nas z uśmiechem, niesamowitym sentymentem, ze zdjęciami ślubnymi rodziców, dziadków. Ile ja historii rodzinnych poznałam! Można z tego książkę napisać.

Sami posłuchajcie historii dwóch anonimowych portretów ślubnych ze zbiorów muzeum w Chełmnie i zobaczcie zdjęcia w naszej galerii:

Młoda para, czyli kto?

Na pierwszym zdjęciu pan młody pozuje w mundurze marynarskim, na drugim – w mundurze oficera piechoty. – Mam olbrzymi sentyment do munduru, ponieważ tradycja wojskowa w rodzinie jest obecna. Koniecznie musiałam się dowiedzieć, kogo przedstawiają – opowiada Anna Grzeszna – Kozikowska. Anonimowego marynarza odnalazł szkolny kolega Anny – Zdzisław Krygier, były wicedyrektor Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni. Pomógł ustalić, że fotografia powstała w latach 30., panem młodym jest Władysław Trzciński, zaś jego wybranką – Ludwika Szymańska, córka przedwojennego właściciela majątku w Wielkim i Małym Czystym.

A co do oficera piechoty, w notatce w „Nadwiślaninie” z 1936 roku, Anna Grzeszna – Kozikowska znalazła wzmiankę, że porucznik Maciej Ludwik Weiner z Brodnicy poślubił Barbarę Ślósarczykównę, córkę przedwojennego chełmińskiego kupca i rzemieślnika. Wystarczyło poszperać w portalach genealogicznych, by odnaleźć ich ślubne zdjęcie sprzed kościoła garnizonowego. Muzealniczka ustaliła wojenne (internowanie, służba u Andersa) i powojenne losy porucznika Weinera (praca we włoskiej fabryce Fiata, a później w Bydgoskiej Fabryce Kabli). – Znalazłam grób Weinerów w Bydgoszczy, a teraz czekam na kontakt z ich synem – dodaje.
I jeśli komuś się wydaje, że to już koniec tej historii, to niech czyta dalej. Obie panny młode z już nie anonimowych zdjęć skończyły gimnazjum żeńskie w Chełmnie. Obie wydały się za oficerów w tym samym roku. Obie miały ze sobą kontakt jeszcze w latach 70. XX wieku.

–Zadaniem historyka jest nie tylko żmudna praca badawcza, szperanie w aktach, czasem trzeba wcielić się w rolę detektywa – uśmiecha się Anna Grzeszna - Kozikowska.

A chełmińską wystawę trzeba po prostu obejrzeć.

Weselne fotografie z tamtych lat

Skoro portrety ślubne wisiały w każdym domu, to jak zmieniała się moda utrwalania „na zawsze” tego szczególnego momentu w życiu dwojga ludzi?

Wojciech Wieszok, emerytowany fotoreporter Ilustrowanego Kuriera Polskiego i Gazety Pomorskiej wspomina, że śluby robił tylko przy okazji. – Wielu znajomych wstępując na nową drogę życia zapraszało: przyjdziesz? No, przyjdę. To weź aparat. – W ten oto sposób byłem zapraszany na różne wesela. Mam nadzieję, że także z sympatii i przyjaźni, choć zawsze zabierałem aparat. Jeden z kolegów wspomina, że zrobiłem mu tyle zdjęć ze ślubu i wesela, że ma ich do dziś całą walizkę! Nie robiłem zdjęć za pieniądze. Raczej za to, że mogłem wytańczyć się do rana z moją narzeczoną Irenką… – Akurat – komentuje przysłuchująca się rozmowie żona, Irena Wieszok. – No i napić się weselnej wódeczki – uśmiecha się Wojtek. – Wtedy robiło się zdjęcia w domu, Urzędzie Stanu Cywilnego, kościele i na weselu. Nie było sesji w samolocie, pod wodą, czy w Paryżu.

W tamtych czasach w Bydgoszczy było ponad 30 – 40 zakładów fotograficznych (ile jest dziś? Kilka?), w których powstawały pozowane czarno – białe zdjęcia podkolorowywane później specjalnymi farbkami.

– Ja to jeszcze pamiętam – uśmiecha się Irena Wieszok. – Wyglądały jak wycinanki dla dzieci. Wcześniej zdjęcia się sepiowało, żeby były brązowe i dopiero później kolorowało. Wychodziły trochę ładnej niż kolorowane czarno – białe.

Irena Wieszok, fotograf, pracowała przed laty w Spółdzielni Fotograficznej „Fotorys”. – Byłam rzemieślnikiem zawodu. Robiłam i obrabiałam w ciemni zdjęcia (wywoływanie, kopiowanie, retusz. Szklane klisze, błony cięte, filmy). W tamtych czasach do zakładu podjeżdżała para ze świadkami. Ujęcia były: główki, trzy czwarte, na stojąco, ze świadkami. Z Wojtkiem mamy do dziś takie zdjęcia pozowane z zakładu fotograficznego. Młodzi zawsze byli spięci i spieszyło im się na wesele.

– Za naszych czasów żadnych ekscesów nie było – zapewnia Wojciech Wieszok, choć, poproszony, przypomina zasłyszaną historię o pewnym ślubie. Panna młoda była za ślubem w kościele, a pan młody – rozwodnik – niespecjalnie. Po ślubie cywilnym wysłali całą rodzinę na wesele, a sami niby mieli jechać do kościoła, a tymczasem pojechali w jakieś ustronne miejsce, spalili po kilka papierosów i wrócili jakoby po wszystkim.

– Co oni musieli rodzinie nakłamać, że to się nie wydało? – zastanawia się Irena.

Suknia ślubna w smarze

Piotr Ulanowski, fotograf ślubny z Bydgoszczy, zaczął robić zdjęcia w wieku 13 lat. – Dziś dostarczam kilkaset zdjęć z półtora – dwóch tysięcy zrobionych, a przed laty umawiałem się z klientem np. na cztery rolki filmu, czyli ok. 150 zdjęć. Trzeba było uważnie kadrować. Dziś ludzie robią zdjęć do oporu, żeby coś dobrego wybrać. Wtedy na sesje portretowe nie jeździło się do parku, nad morze czy za granicę. Sam miałem zlecenia na sesje ślubne w Norwegii, w Paryżu. Młodzi zażyczyli sobie w ten sposób uczcić rocznicę ślubu.

Przed laty fotografie pozowane były „sztywne”. Panna młoda wyprostowana. Oni w siebie zapatrzeni. Później zaczęto odchodzić od fotografii studyjnej na rzecz plenerów, które odbywały się zwykle przed ślubem. Dla mnie, fotografa, to były same minusy. Para młoda spięta, zero luzu. Na zdjęciach to było widać. Już się zamartwiali, czy wódka będzie zimna, a wujek z wujenką znowu się nie pokłócą. I jak w tych nerwach zrobić fajną sesję? Na dodatek w plenerze łatwo było pobrudzić suknię ślubną.

Znajomej trafiła się sesja dla pary młodej na jednym z żaglowców w Trójmieście. Na kilka godzin przed kościelnym ślubem panna młoda pobrudziła sobie białą suknię smarem! Rozumiesz? Dramat. Wszyscy załamani.

Twarda jak panna młoda

W latach 90. bardzo popularny był bydgoski Myślęcinek. – Podjeżdżamy na parking w sobotę ok. 14.00, a parkingowy mówi: jesteście dziś dwudziestą czwartą parą! – wspomina Piotr Ulanowski. – Spojrzałem na park, a tam same suknie ślubne! Wszystkie fajne miejsca zajęte. Konkurencja w tle. Załamka. Bardzo lubię robić sesje nad morzem. Niektórzy jeżdżą w góry. Od kilku lat modny jest styl boho (nawiązujący do natury, np. las, łąka, szklarnia). – Dla mnie sesja musi być dopasowana do charakteru młodych, do ich pasji, zainteresowań. Inaczej sfotografuję spokojną księgową, a inaczej pilota myśliwca. Patrzę też na stroję. Panny młodej w sukni księżniczki nie posadzę na ścigaczu. Wszystko musi współgrać. Staram się, by zdjęcia różniły się od tych robionych przez konkurencję. Łatwo dziś o powtarzalność: las, oni w siebie wpatrzeni, jednakowe pozy. Staram się podpowiadać coś innego.

Kiedyś standardem były fotografie ślubne na ścianach. A dziś? – A dziś spotykam pary, które po mojej sesji ślubnej robią sobie fototapetę (na całą ścianę!) z jednym ujęciem. Fajnie wyszło. Na jednej z sesji nad morzem przenikliwie wiało. Plener zimowy. Ja ubrany we wszystko, co możliwe, a panna młoda w sukni ślubnej z odsłoniętymi plecami i ramionami! Ja umierałem z zimna, a ona, pewnie jak to kobieta, nie patrzyła, że później będzie miała zapalenie płuc, tylko że ma zadanie. Kobiety są niesamowite. Bywały sesje, w których faceci wymiękali, a kobiety były jak skały.

Monidła nad małżeńskim łożem

– W wielu domach widywałam portrety ślubne nazywane monidłami – opowiada Agnieszka Pajączkowska, autorka książki i projektu „Wędrowny Zakład Fotograficzny”, która przemierzyła m.in. wschodnią, północno – wschodnią granicę proponując napotkanym ludziom zrobienie zdjęć. – Były bardzo popularne szczególnie w wiejskich domach. To moda, która zaczęła się pod koniec lat 50. i trwała przez lata 60. ubiegłego wieku. Monidła wykonywali tzw. portreciści jeżdżący po wioskach. Zdjęcia ślubne rzadko kto miał. Zwykle portrecista brał dwa zdjęcia legitymacyjne pary młodej, które wykorzystywał do skopiowania i ponownego naświetlenia na papier fotograficzny, a potem ręcznego podmalowania. Niektórzy portreciści mieli gotowe szablony z kwiatami dla panny młodej lub garniturem dla pana młodego. Zamówienie obejmowało również szczególne prośby, jak dorobienie welonu lub wianka lub podmalowania na czarno włosów panu młodemu. Ciekawostką jest to, że często taki portret rozczarowywał. Małżonkowie nie rozpoznawali się na monidłach. Do dziś te portrety u osób starszych wiszą nad małżeńskim łóżkiem. Często wykonywane były również wiele lat po ślubie, kiedy portrecista akurat gościł we wsi – opowiada Agnieszka Pajączkowska.
Często starsze panie wskazywały na portrety i mówiły o swojej urodzie, o szczęśliwym bądź nieszczęśliwym związku czy o tym, jak bardzo brakuje im zmarłego małżonka – dodaje Agnieszka Pajączkowska. – Ale na Dolnym Śląsku spotkałam kobietę, która pokazała mi portret ślubny przedarty na pół. Połówkę z mężem spaliła. Z takimi portretami wiążą się różne emocje. Pozytywne – z cyklu „żyli długo i szczęśliwie” oraz trudne. Inna kobieta wyjęła portret ślubny z kufra, bo nie chciała na co dzień mieć go przed oczami.

- W ubiegłym roku moi rodzice mieliby 50. rocznicę ślubu – wspomina pomysłodawczyni wystawy w mieście zakochanych, Anna Grzeszna – Kozikowska. - Dziś nie ma już ich z nami i miałam żal, że nie mogłam zorganizować im uroczystości z tej okazji. W tej samej sali, w której brali ślub cywilny. Na tych samych krzesłach, które przetrwały do dziś. Poprosiłam ludzi ważnych dla Chełmna o wypożyczenie portretów ślubnych rodziców, dziadków. Nikt nie odmówił. Otrzymaliśmy także dużo innych zdjęć ślubnych. Ludzie dzielili się fantastycznymi wspomnieniami. Ktoś powie, że to tylko fotografia rolnika lub rzemieślnika. No dobrze, ale ten rolnik w pierwszej wojnie światowej służył w wojsku, w międzywojniu rodziły się dzieci. Chłopaki wyszli na ludzi, dziewczyny pozakładały rodziny. Tak tworzy się historia naszego regionu, kraju.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie