Jadwiga Wakarecy: - Uważam, że zostałam wprowadzona w błąd

Adam Wllma [email protected]
W wypadku na Szosie Bydgoskiej w Toruniu zginął Marek Wakarecy . Ranny został wicemarszałek Hartwich i były wiceprezydent Torunia Jerzy Janczarski.
W wypadku na Szosie Bydgoskiej w Toruniu zginął Marek Wakarecy . Ranny został wicemarszałek Hartwich i były wiceprezydent Torunia Jerzy Janczarski. Lech Kamiński
Młody kierowca, winien śmierci Marka Wakarecego, został skazany. Żal i niesmak pozostały!

- Niebo bazchmurne, temperatura maksymalna 11 stopni, ciśnienie 1014 hPa - podało radio. - Ale w nocy będzie przymrozek.

Jadwiga Wakarecy miała tego listopadowego dnia dyżur przy wnuczce: - Mężowi wypadła nasiadówka w Bydgoszczy w sprawie Filharmonii(w Urzędzie Marszałkowskim zajmował się instytucjami muzycznymi). Miał mnie zastąpić po powrocie. Rozmawialiśmy wcześniej przez telefon. Prosiłam, żeby zabrał szalik, bo mogło się ochłodzić.

Przeczytaj także: Sprawca wypadku, w którym zginął Marek Wakarecy, nie pójdzie za kraty

Wyjechali o jedenastej zastępczą astrą od toruńskiego dilera, bo służbowy peugeot był w naprawie. Edward Hartwich, wicemarszałek województwa, usiadł z przodu. Za kierowcą jechał Jerzy Janczarski, dyrektor departamentu kultury. Wakarecy zajął miejsce z tyłu, za fotelem pasażera.

Ujechali trzy kilometry. U wylotu na Bydgoszcz stanęli na skrzyżowaniu przy Castoramie. Wakarecy z Janczarskim rozmawiali o rowerach (Wakarecy od lat poruszał się po mieście niemal wyłącznie na rowerze).
Mateusz Więczkowski, dyrektor logistyki w Castoramie usłyszał huk w swoim gabinecie. Spojrzał przez okno, zobaczył jak nissan leci na pobocze. Więczkowski miał przeszkolenie medyczne, więc wybiegł udzielić pomocy. To był drugi huk tego dnia. Z rana w tym samym miejscu doszło do wypadku. Jeden z samochodów skosił słup oświetleniowy.

Srebrny opel z tylnej prawej strony był zupełnie zmiażdżony. Mężczyzna w szarym garniturze leżał na tylnym siedzeniu. Nie oddychał.

Nowiutki nissana juke ze skasowanym przodem wylądował na chodniku. Właściciel seicento zatrzymał się obok: - Ile jechałeś? 200 kilometrów na godzinę?! - rzucił zdenerwowany do kierowcy nissana. - Zobacz, co zrobiłeś. Przez ciebie człowiek nie żyje.

Przeczytaj także: W wypadku w Toruniu zginął Marek Wakarecy [wideo i zdjęcia]

- Odpowiedział, że jechał 150 kilometrów. Że koledzy go podpuścili, żeby sprawdzić, ile wyciągnie samochód - relacjonuje Robert, ochroniarz, który jechał fiatem do pracy: - Nissan wyprzedził mnie kawałek wcześniej. Aż mnie bujnęło. Musiał jechać bardzo szybko, bo błyskawicznie odjechał.

Karetka przyjechała szybko, lekarz stwierdził zgon. Pozostali pasażerowie opla wyszli o własnych siłach.
Paweł Susłowski, kierujący nissanem dziewiętnastolatek z podtoruńskiej wsi dzwonił do ojca. Chwilę później na miejscu był jego brat.

Przeczytaj także: Toruń. Po wypadku, w którym zginął Marek Wakarecy, 19-latek stanie przed sądem

Podczas przesłuchania Susłowski przyznał się do spowodowania wypadku, ale odmówił składania wyjaśnień. U jego boku pojawił się mecenas K., znany toruński adwokat, specjalista od trudnych spraw. W porozumieniu z adwokatem Susłowski poprosił, aby prokurator nie występował o areszt. Zaproponował wpłacenie 15 tys. zł poręczenia majątkowego oraz zastosowanie zakazu prowadzenia pojazdów. Pani prokurator przystała na propozycję. Od siebie dodała obowiązek meldowania się w komisariacie dwa razy w tygodniu.

Pasażerami nissana było trzech kolegów Pawła. Wszyscy noszą to samo imię - Mateusz. Poznali się kilka tygodni wcześniej, jako świeżo upieczeni studenci na wydziale ekonomii i zarządzania.

Mateusz R. pochodzi z Lubawy: - Spotkałem się z kolegami na zajęciach. Wykład zakończył się o 11.10. Nie poszliśmy na kolejny, z socjologii. Zamiast tego pojechaliśmy do McDonalda na Kozackiej. Koledzy zamówili frytki i colę. Potem postanowiliśmy wrócić na uczelnię.

Tyle że budynek wydziału ekonomii minęli bokiem i pojechali dwupasmówką w kierunku Bydgoszczy. W jakim celu? Pasażerowie nissana zaprzeczają, jakoby podpuszczali Pawła do wypróbowywania auta. - Nie wiem, po co tamtędy jechaliśmy. Nie znam dokładnie Torunia, więc nie zdawałem sobie sprawy, że ta droga nie prowadzi do Uniwersytetu. Czułem, że prędkość jest duża - twierdzi Mateusz T. z Kikoła. - Pamiętam, że któryś z chłopaków prosił Pawła, żeby zwolnił. Gdy zbliżaliśmy się do skrzyżowania, byłem pewny, że nie damy rady wyhamować. Zdążyłem tylko schować głowę za fotel.

Z zeznań Mateusza R. z Lipna: - Usłyszałem pisk. Zamknąłem oczy. Po wyjściu z samochodu usiadłem na krawężniku. Nie miałem siły.

Gdy, już po przesłaniu aktu oskarżenia do sądu, Susłowski zdecydował się mówić, przekonywał sąd, że nie chodziło o popis przed kolegami (- To jest mocny samochód, nie czuć w nim prędkości), ale o niespodziankę: - Postanowiłem pokazać chłopakom trochę Torunia, w szczególności Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej. Nie patrzyłem na prędkościomierz.

Paweł wysłał list z przeprosinami do Jadwigi Wakarecy. Napisał, że dzień wypadku zmienił jego życie i wszystko legło w gruzach. Jego rodzice wysłali kolejne pismo: "Nie ma dnia i nocy, żebyśmy nie płakali (...). Po raz pierwszy w życiu czujemy się zupełnie zdruzgotani".

Jadwiga Wakarecy: - Doceniam, ale nie potrafię się oprzeć odczuciu, że to listy pisane pod dyktando. I tak nikt nie zrozumie, kim był dla nas Marek.

Susłowscy cieszą się opinią pracowitych i zaradnych. Ojciec prowadzi firmę dziewiarską, matka zajmuje się wynajmem mieszkań w kamienicy. Samochód dla Pawła kupili, gdy chłopak dostał się na studia. W salonie ten model kosztuje od 63 do 103 tysięcy. Formalnie auto cały czas było własnością ojca.
Paweł Susłowski twierdzi, że jedynym jego dochodem są kieszonkowe od rodziców w wysokości 150 złotych. Z tych kieszonkowych płaci każdego miesiąca 100 złotych na fundację pomocy ofiarom wypadków. Kopie przelewów adwokat dostarcza do sądu.

Do sądu trafiają też listy. Na przykład od Kariny Wronieckiej, radnej gminy Lubicz, która zwróciła się do sądu "ze swoistą formą poręczenia". Radna ("znam Pawła od urodzenia") zauważa, że chłopaka cechuje "życzliwość i szacunek dla innych osób", "kultura osobista i zasady narzucone przez rodziców" oraz "szacunek dla postaw pozytywnych. W związku z tym Karina Wroniecka prosi sąd o wymierzenie "kary wolnościowej" dla Pawła, bo "wnioski, jakie wyciągnął z wypadku, są dla niego swoistą szkołą życia".

Zbigniew Socha biznesmen z Brodnicy, radny sejmiku (PO) zaobserwował ("znam Pawła od kilkunastu lat") bardzo podobne zjawiska. Widzi "szacunek dla postaw pozytywnych" i jest przekonany, że czyn Pawła "był nieszczęśliwym wypadkiem, który się nigdy nie powtórzy".

Proboszcz z Gronowa napisał odręcznie, że po wypadku "z radosnego młodzieńca stał się przybitym i obciążonym psychicznie człowiekiem".

Fotoradarów coraz więcej, a wypadków nie ubywa

Opinię przekazał również dyrektor i pedagog szkoły w Golubiu. Wynika z niej, że Paweł nie był co prawda społecznikiem, ale uczył się dobrze i "był wrażliwy na problemy innych ludzi".

Z Pawłem Susłowskim nie udało nam się skontaktować: - Dajcie mu spokój. Jest tak załamany, że nie możemy go z tego wydobyć - słyszę od jego ojca.Od Mateusza z Lipna i Mateusza z Lubawy o zdarzeniu i jego sprawcy nie dowiaduję się nic. Jeden nie ma ochoty rozmawiać, drugi twierdzi, że nie ma o czym rozmawiać.

Mateusz z Kikoła (ten, który siedział tuż za Pawłem) jest bardziej rozmowny: - Pamiętam wszystko dobrze. Przed skrzyżowaniem jest lekkie wzniesienie. Kiedy zobaczyliśmy opla, było za późno. Ktoś rzucił niecenzuralne słowo i dalej był już tylko huk. Gdy trafiłem do szpitala, ktoś włączył telewizor i właśnie leciała informacja o Marku Wakarecym. Dopiero wówczas dowiedziałem się, w kogo uderzyliśmy. Do dziś mam lęk przed szybką jazdą. Już chyba zawsze będę się zastanawiał, z kim wsiadam do samochodu.

Mateusz nie potrafi zapomnieć z jeszcze jednego powodu: Do tej pory nie doszedłem do siebie. Według lekarzy do zdrowia nie powrócę już nigdy. Musiałem zawiesić studia, bo okazało się, że mam problem nawet z założeniem skarpetek.

- Susłowski dzwonił do pana? Proponował pomoc?
- Nie dzwonił. I prawdę powiedziawszy nie spodziewam się, że zadzwoni.

Adwokat Susłowskiego zwrócił się do sądu o wydanie wyroku bez przeprowadzania rozprawy. Zaproponował karę: dwa lata pozbawieniu wolności w zawieszeniu na pięć, dwa lata zakazu prowadzenia pojazdów, 5 tysięcy zł zadośćuczynienia dla wdowy i tysiąc dla Mateusza (tego z Kikoła). Prokurator przystał na propozycję, ale podbił stawkę - 10 lat bez prawa jazdy, 80 tys. dla wdowy i 5 tys. dla Mateusza. Taki wyrok zapadł. Kosztami procesu obciążono skarb państwa.

Jadwiga Wakarecy: - Nie znam się na prawie. Na rozprawie spytano mnie, czy się zgadzam z takim orzeczeniem. Powiedziałam, że tak, bo nie czuję się kompetentna, żeby dyskutować z wyrokami. Ale dziś uważam, ze zostałam wprowadzona w błąd. Ja nie chcę tych pieniędzy. Nie chodzi mi o to, żeby chłopak trafił do więzienia, ale chciałam normalnego procesu, żeby coś z tego zrozumiał. Żeby musiał odpowiedzieć na pytania sądu i stać twarzą w twarz z poszkodowanymi i ze swoimi kolegami. A ten młody człowiek już piętnaście minut po wypadku odmawia składania wyjaśnień. Inaczej też wyobrażał sobie karę. Może warto, aby popracował w hospicjum dla dzieci. Niech zobaczy, czym jest śmierć z bliska.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie