Janiszewski: - Jestem zachwycony polskimi rolnikami. Ich postawą [wywiad]

Lucyna Talaśka-KlichZaktualizowano 
Rozmowa z dr. Jackiem Janiszewskim, byłym ministrem rolnictwa i gospodarki żywnościowej o przeobrażeniach w polskim rolnictwie i o agroprzedsiębiorczości.

 

Czy to prawda, że jest Pan „ojcem chrzestnym” Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa?

Można tak to nazwać. W 1993 roku, gdy byłem sekretarzem stanu - kierownikiem resortu rolnictwa i gospodarki żywnościowej  w rządzie Hanny Suchockiej, przez trzy dni i dwie noce pracowaliśmy nad ustawą o Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Wprowadził ją w życie rząd Waldemara Pawlaka.

 

I jak Pan ocenia ARiMR? Bo rolnicy wystawiają tej agencji najczęściej dobre noty. 

Nic dziwnego, bo jest to agencja płatnicza, która przekazuje rolnikom dopłaty. Jest niczym św. Mikołaj, który przynosi prezenty, więc noty od obdarowanych gospodarzy dostaje dobre.

 

Jednak czasami, zamiast prezentów, są rózgi. Mam na myśli obcięcie lub zwrot nienależnie pobranych dopłat.

„Niegrzeczne dzieci” nie powinny liczyć na prezenty. 

 

Gdyby dziś miał Pan zabrać się za tworzenie ustawy o ARiMR, to co by Pan zmienił?  

Nic. No może poza czasem tworzenia tej ustawy - skróciłbym go do dwóch dni i jednej nocy. A tak zupełnie serio - Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa to dziś bardzo ważny element życia polskiej wsi. Gdyby jeszcze zminimalizować wpływ polityki na jej pracę, a zmaksymalizować merytorykę, to byłoby idealnie. Na szczęście w tej instytucji - podobnie jak w Agencji Nieruchomości Rolnych - od początku pracuje wielu świetnych fachowców. W czasie tworzenia agencji przychodzili do niej sami najlepsi, których kuszono nieco lepszą płacą niż w innych instytucjach. 

 

A potem, przez wiele lat, także ci najlepsi pracownicy ARiMR narzekali na zbyt niskie wynagrodzenia.

Być może. Tego nie wiem, ale pamiętam, że przed powstaniem  ARiMR zakładaliśmy, iż będzie w niej pracowało około 1o tysięcy osób i wtedy nikt nam w to nie wierzył. Dziś pracuje w niej jeszcze więcej osób i mało kogo to dziwi. 

 

Pod koniec lat 90. kierował Pan resortem rolnictwa w rządzie Jerzego Buzka. To był czas, kiedy nasi rolnicy przygotowywali się do wielkich przemian, życia w Unii Europejskiej. Jak Pan ocenia te zmiany na polskiej wsi? 

Jestem zachwycony polskimi rolnikami, ich postawą, tym co zrobili od końca lat 90. minionego wieku. 

 

A co takiego zrobili?

Zmienili swoje gospodarstwa nie do poznania. Najczęściej są one piękne, zmodernizowane, na podwórkach stoją najnowocześniejsze maszyny, a - co ważne - podwórka są czyściutkie. 

 

Dlaczego zwraca Pan uwagę na czystość podwórek?

Bo to wiele mówi o gospodarzu. Kiedyś bywało tak, że rolnik zrobił co trzeba na polach, a na podwórku miał bałagan. 

 

O czym to świadczyło?

O lenistwie. 

Może czystość na podwórku nie miała dla nich takiego znaczenia?

Być może, ale po wejściu Polski do Unii Europejskiej także rolnicy zaczęli dostrzegać, że w zachodniej części Europy ludzie żyją inaczej. Odwiedzając inne kraje zauważyli, że prowadząc gospodarstwo można mieć też piękny ogród przy domu, czyste podwórko. No i efekty tego są widoczne. Współczesny polski rolnik ma najczęściej pięknie nie tylko na polu, ale i na podwórzu. 

 

Nie wierzę, by Unia Europejska tak bardzo odmieniła polskich rolników. Pieniądze na modernizację gospodarstw nie wpłynęły przecież na ich mentalność.

Wpływ na zmianę mentalności, postrzegania świata, miało na przykład wykształcenie. Szczególnie ci młodzi rolnicy są dziś świetnie wykształceni. 

 

Dr hab. Wojciech Knieć, socjolog z UMK w Toruniu twierdzi, że młodzi mieszkańcy wsi są dziś nawet nieco lepiej wykształceni niż ich rówieśnicy z miast. Jednak w grupie gospodarzy w wieku 55 plus jest edukacyjna przepaść, którą trudno nadrobić. 

Proszę zwrócić uwagę na pewien mechanizm - kiedyś młody człowiek przejmujący gospodarstwo zazwyczaj kończył edukację. Żartowano nawet, że ten, który nie chciał się uczyć dostawał hektary, ale to najczęściej nie była prawda. Bardziej chodziło o koniec szans na dalszą naukę. Jednak to właśnie pokolenie gospodarzy, którzy nie mogli dalej zdobywać wykształcenia (55 plus) dążyło do tego, by ich dzieci miały inny start w dorosłe życie. 

 

Znam rolników, którzy zakończyli edukację na poziomie szkoły podstawowej, ale postarali się, by ich wszystkie dzieci zdobyły wyższe wykształcenie. Dlatego to szczególnie im należą się słowa uznania! I to teraz ich dzieci - najczęściej świetnie wykształcone - przejmują rodzinne gospodarstwa. Znają się nie tylko na uprawie roli, hodowli zwierząt, ale i np. na ekonomii, marketingu. Ci młodsi gospodarze mają też inne ambicje, aspiracje, są ciekawi świata.

 

Oglądających trzecią edycję programu „Rolnik szuka żony” zadziwił Łukasz, który oprócz tego, że spędził kilka miesięcy w USA (program wymiany z Ohio State University), zaliczył semestr studiów na wydziale rolniczym w Walencji i przez miesiąc pracował na farmie w Teksasie, to prowadzi ponad 100-hektarowe rodzinne gospodarstwo, a nawet zdobył Kilimandżaro! Może tacy rolnicy nie powinni nas już dziwić?

Takich rolników jest w Polsce coraz więcej. Świat się dla nich otworzył i korzystają z tego. I nie chodzi tylko o nowoczesne technologie, które przydadzą się w ich gospodarstwach. Oni zobaczyli, że można żyć inaczej niż kiedyś żyło się na polskiej wsi. Wejście Polski do Unii Europejskiej z pewnością do tych zmian bardzo się przyczyniło. 

 

Jednak dla niektórych polskich rolników wejście do Unii Europejskiej stało się przekleństwem - nie poradzili sobie, bywało, że musieli oddawać dotacje, co dodatkowo pogrążyło ich gospodarstwa... Dlaczego wypadli z rolnictwa?

Bo na przykład niektórzy przeinwestowali. Co z tego, że wzięli unijną dotację, jeśli dobrze nie przemyśleli przedsięwzięcia, nie przygotowali porządnego biznesplanu? Nigdy nie pożycza się więcej niż można oddać. Tak jest w każdym biznesie. Prowadząc gospodarstwo też trzeba pamiętać, że raz jest na rynku hossa, raz bessa.  Warto zawsze mieć odłożone pieniądze na trudniejsze czasy. 

 

Z czego rolnicy mają odkładać, jeśli dziś - żyjąc w globalnej wiosce - każdy towar można sprowadzić z drugiego krańca świata, a oni za wiele surowców dostają grosze? 

Nawet w latach 90. nie było problemów ze sprowadzeniem surowca z bardzo daleka. Przykład? Import tańszego zboża i kłopoty rolników. Takie są reguły gry rynkowej. Czy to znaczy, że lepiej by nam było, gdybyśmy nadal żyli za zamkniętymi granicami i nie mogli tak łatwo eksportować polskiej żywności? Faktem jest, że relacje cenowe są inne niż kiedyś, ale często polscy rolnicy z przesadną nostalgią wspominają lata 60., albo 70. 

Przeczytaj też: Europejczyk je rocznie 4 kg gruszek. Kto sięga po nie najchętniej, a kto je omija?

 

Przyznają, że wielu towarów brakowało, ale nie mieli problemów ze zbytem tego, co wyprodukowali, paliwo było o wiele tańsze, tuczniki droższe...

Fakt - tucznik kosztował wtedy tyle, ile wynosiła jedna pensja osoby pracującej w mieście. To też nie było ekonomicznie uzasadnione! Wtedy dwie grupy zawodowe były w naszym kraju szczególnie  hołubione: górnicy i rolnicy. Poza tym gospodarze, którzy tak dobrze wspominają tamte czasy, wtedy byli młodzi i pewnie stąd ta nostalgia.

 

Czy to znaczy, że czasy zatrudnienia w Państwowym Gospodarstwie Rolnym wspomina Pan z nostalgią?

Oczywiście, że tak! Byłem wtedy bardzo młody. W latach 80. pracowałem w Kombinacie PGR Goleniów.  Najpierw jako zootechnik, potem jako kierownik gospodarstwa  w Bogusławiu. Gdy zacząłem kierować zespołem ludzi miałem zaledwie 26 lat, zastępcą dyrektora Kombinatu PGR Wapnica zostałem mając 29 lat. Dzięki wsparciu rodziny mogłem wtedy pracować od godziny piątej do dwudziestej trzeciej i byłem szczęśliwy. 

 

Jakich ludzi Pan wówczas spotkał w gospodarstwie i kombinacie?

Bardzo różnych. Generalnie można ich podzielić na trzy grupy: totalnych leni (niestety było ich sporo), takich których można było nauczyć, jak należy pracować oraz ludzi bardzo pracowitych.

Od 1990 był Pan dyrektorem Wydziału Rolnictwa w Urzędzie Wojewódzkim w Szczecinie, a od 1992 do 1995 dyrektorem szczecińskiego oddziału Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Będąc już na takim stanowisku miał Pan wpływ na losy byłych pracowników PGR-ów. Czy nie uważa Pan, że zostawiono ich samych sobie? 

Z PGR-ami to było tak, jak z Pałacem Kultury i Nauki.

 

To znaczy?

Warszawski pałac nazywany jest zemstą Stalina. Osiedla popegeerowskie to taka zemsta z poprzedniego systemu na współczesnym  kraju. Podobnie jest z osiedlami budowanymi kiedyś przy np. fabryce, w której pracowała większość mieszkańców, a gdy zakład pracy przestał istnieć, to ludzie z takiego osiedla poczuli się opuszczeni. To samo dotyczy blokowisk popegeerowskich. Będąc dyrektorem oddziału Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa w Szczecinie bardzo chciałem tym ludziom pomóc. 

 

W jaki sposób?

W latach 1989-1992 kraj był już wolny, ze starymi strukturami PGR, nieuregulowanymi prawnie w nowym państwie. Tak naprawdę PGR-y zostały w tym czasie pozostawione same sobie, stąd moje chęci znalezienia ścieżek przyszłości dla tych gospodarstw, zanim ktoś rozwiąże problem prawnie. To był najgorszy czas dla PGR-ów. Gdy weszła w życie ustawa Wilczka, namawiałem pracowników PGR-ów, by zechcieli wziąć sprawy w swoje ręce, żeby zdecydowali się na prowadzenie działalności gospodarczej.  

 

I jaki był efekt?

Najczęściej nie chcieli takiej pomocy. Na jednym ze spotkań z pracownikami PGR-u powiedziałem nawet, że jestem w stanie założyć za nich spółkę na bazie istniejącego gospodarstwa. Byleby tylko chcieli je dalej sami poprowadzić! 

 

No i chcieli?

Niestety, nie. Czekali aż pojawi się ktoś, kto za nich to wszystko zrobi. Zabrakło im wówczas przedsiębiorczości i otwartości. Ale ten sam problem dotyczył także wielu urzędników, samorządowców. 

 

A co samorządowcy mogli wówczas zrobić?

Przejąć te gospodarstwa. Pamiętam, że na początku lat 90. tylko gmina Przelewice (dzisiejsze woj. zachodniopomorskie) zdecydowała się na to. Skomunalizowano majątek PGR-u, ale pamiętam, że podczas spotkania w Urzędzie Wojewódzkim w Szczecinie wójt tej gminy został „opluty” przez innych wójtów i burmistrzów, którzy twierdzili, że jego gmina bierze na siebie dodatkowe zadania, a samorządy mają ich już dosyć. 

 

I to był jedyny w Polsce przypadek komunalizacji majątku państwowych gospodarstw?

Tak, ale sposobów na przejęcie państwowych gospodarstw było więcej. Oprócz wspomnianej komunalizacji majątku lub założenia spółki, można było go wydzierżawić. Tak wcześniej stało się w przypadku gospodarstwa w Bogusławiu, w którym kiedyś pracowałem. Samorząd do dziś czerpie z tego korzyści.

 

Samorządy wiejskie narzekają, że wpływy z podatków rolnych mają niewielkie, a gruntów uprawnych w Polsce wciąż ubywa. Poza tym gospodarzy także jest coraz mniej. Czy Unia Europejska nie potrafi dostatecznie zachęcić ich do pozostania na roli?

Mechanizmów wspólnotowych dotyczących pomocy dla gospodarzy jest wiele. Unia Europejska doskonale zorganizowała życie rolnikom, chce nawet mieć wpływ na ceny płodów rolnych, opłacalność produkcji. Ale to za mało, bo na wsi żyją nie tylko rolnicy. Brakuje zachęt dla młodych ludzi, którzy jeśli nawet pochodzą z gospodarstwa rolnego, to muszą szukać pracy poza nim. 

 

O 300 tysięcy złotych pomocy na przetwórstwo produktów rolnych mogli się starać rolnicy, ich małżonkowie albo domownicy. Czy to mało? 

Mało, bo na wsi - gdzie infrastruktura, dostęp do sieci internetowej jest często taki sam jak w mieście - można dziś prowadzić nie tylko przetwórstwo produktów rolnych, ale jakikolwiek biznes. Może to być np. centrum architektoniczne, firma doradcza. I nie chodzi tylko o pomoc dla osób najbliższych rolnikom. Na wsi mogłoby powstać wiele rodzinnych firm. 

 

To dlaczego nie powstaje?

Między innymi dlatego, że młodym ludziom, którzy chcą otworzyć biznes jest znacznie trudniej wystartować. Mogą mieć wspaniałe pomysły, zdolności, ale jeśli brakuje im tzw. historii biznesowej, to nie dostaną na przykład kredytu. No i koło się zamyka. Dlatego UE powinna tym się zająć. Warto postawić na przedsiębiorstwa rodzinne za miastem, a nie tylko na rolnictwo. Czekam na rozpoczęcie tego nowego rozdziału polskiej wsi. 

polecane: FLESZ: Ekologia na co dzień: 6 mitów, w które wierzymy

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3