Jarosław Felczykowski: - Teatr się zmienił. Ale modne pokazywanie ciała na scenie, to nie jest dla mnie wartość

Rozmawiała Magdalena Janowska
Jarosław Felczykowski ma na koncie kilkadziesiąt ról. Wkrótce zobaczymy go w spektaklu "Bóg mordu",  który jest na etapie prób.
Jarosław Felczykowski ma na koncie kilkadziesiąt ról. Wkrótce zobaczymy go w spektaklu "Bóg mordu", który jest na etapie prób. Lech Kamiński
Rozmowa z Jarosławem Felczykowskim, aktorem Teatru im. Wilama Horzycy i laureatem Wilama publiczności za rok 2013.

- W 2013 r. wygrał Pan plebiscyt "Pomorskiej", teraz zdobył Pan Wilama. Czuje Pan, że to wyjątkowo dobry czas w karierze?
- Każdy okres, gdy dużo się gra jest dobry. Tak jest teraz - mam dużo pracy, jestem w obiegu, działam. Czuję się potrzebny, a to w życiu każdego człowieka, zwłaszcza aktora, jest bardzo ważne. Nagroda to wprawdzie tylko pewien symbol, ale daje poczucie, że tych 27 lat, które spędziłem na scenie, miało jakiś sens. Że moje życie miało sens. Dziękuję serdecznie widzom, którzy na mnie głosowali w obu plebiscytach. Jestem państwu ogromnie wdzięczny, choć nie wiem, co państwo we mnie widzicie (śmiech).

Czytaj także: Wilamy rozdane. Pasja nagrodzona! [zobacz zdjęcia]

- Odczuł Pan wzrost popularności po tym, jak zagrał Pan doktora Górę w "Lekarzach"?
- Aktorzy to są tacy dziwni ludzie, którzy przez całe życie harują na popularność, a gdy już ją osiągną, zakładają ciemne okulary, żeby ich nikt nie rozpoznał. Po emisji pierwszych odcinków serialu miałem kłopot, żeby wyjść do sklepu - wciąż zagadywali mnie ludzie, których nie znałem. Było to sympatyczne, doznałem w tym czasie mnóstwo ciepła i życzliwości. Z drugiej jednak strony po jakimś czasie rzeczywiście kupiłem ciemne okulary, zapuściłem brodę i zacząłem chodzić pod ścianami, bo czułem się trochę głupio, prawie jak niedźwiedź na Krupówkach.

- Panu ciemne okulary chyba nie wystarczą, by się ukryć - ma Pan zauważalną posturę.
- Z tym jest czasem problem, bo jak jest jakaś afera i szuka się winnego, to pada na mnie, bo mnie widać (śmiech).

- A w pracy na scenie kiedyś to Panu przeszkadzało?
- Nie. Uważam, że Melpomena, choć jest kapryśną muzą, potraktowała mnie bardzo życzliwie. Dostawałem ciekawe role i pracowałem z reżyserami, którzy mieli odwagę obsadzić mnie jako np. amanta czy czarodzieja. Było to spore wyzwanie - nie mogłem tylko wyglądać, musiałem tę postać stworzyć w inny sposób. Świetnym przykładem jest Kazio z "Królowej Madagaskaru". Jako człowiek bardzo duży zupełnie nie przystawałem warunkami do roli 14-latka, ale sobie poradziłem, wypowiadając tekst głosem chłopca, który nie przeszedł jeszcze mutacji.

- Przez 27 lat zmieniło się Pana spojrzenie na aktorstwo?
- Zmienił się teatr i z tego powodu wszyscy musieliśmy się zmienić. Ale dotyczy to raczej warsztatu niż podejścia do pracy. Zmieniła się tematyka i estetyka przedstawień, co wymagało użycia nowych środków wyrazu i do tego trzeba się przystosowywać. Jak w naturze - jeśli nie podlegasz ewolucji, giniesz.

- Któreś z tych nowych wyzwań wywoływało u Pana opór?
- W tej chwili rozpowszechniona jest moda na rozbieranie się na scenie, pokazywanie ciała. Dla mnie to nie jest żadna wartość. Nie trzeba epatować widza ciałem, żeby zrobić dobrą rolę. Był też okres brutalizmu, kiedy w teatrze dominowały sztuki - jak żartowaliśmy - "w mordę i nożem", gdzie krew lała się wiadrami, był krzyk, wrzask i przemoc. A dla mnie w teatrze zawsze najważniejsza była poezja, jakaś magia. Blisko 40 lat temu po raz pierwszy zasiadłem na widowni tego teatru. Gdy tylko podniosła się kurtyna i zapaliły światła, ja już byłem po uszy, beznadziejnie i dozgonnie zakochany. To sztuka niesłychanie ulotna, tajemnicza, teatr zdarza się miedzy człowiekiem a człowiekiem, dlatego jest tak fascynujący. Kino i telewizja to jednak lizanie cukierka przez szybę.

- Jest jeszcze jakaś rola, którą chciałby Pan zagrać?
- Chciałbym zagrać Cyrano de Bergerac ze sztuki Rostanda. To postać z bardzo dużym nosem, więc mógłbym grać bez charakteryzacji (śmiech). W tym bohaterze pociąga mnie jego beznadziejny, przecudowny, szaleńczy romantyzm. Ale nie romantyzm w rozumieniu polskim - chwytać za szablę i na szaniec poświęcić życie za ojczyznę. Chodzi po prostu o wielką miłość.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie