Jarosław Struczyński, Wielki Mistrz Bitwy pod Grunwaldem: - Bądźmy dumni z Polski

Rozmawiała Marlena Przybył marlena.przybyl@pomorska.pl
- Krótka walka w pojedynku na kopie czy inna historyczna inscenizacja, to jest tylko przejaw wizualny ważniejszej walki
- Krótka walka w pojedynku na kopie czy inna historyczna inscenizacja, to jest tylko przejaw wizualny ważniejszej walki autorka
Jak podnieść zamek z ruin? Czy dzisiejsze rycerstwo to coś więcej niż samo widowisko? W jakiej kondycji był i jest nasz kraj? Przeczytaj obszerną rozmowę z Jarosławem Struczyńskim, odtwórcą roli Wielkiego Mistrza w inscenizacji grunwaldzkiej.

Jarosław Struczyński

kasztelan zamku w Gniewie, porucznik chorągwi husarskiej, członek prestiżowej Międzynarodowej Ligi Joustingowej (Turniejowej), w inscenizacji Bitwy pod Grunwaldem odtwórca roli Wielkiego Mistrza Urlicha von Jungingena, w którą wciela się od 13 lat.

Rozmowa przeprowadzona 10 lipca 2010 przy okazji udziału Jarosława Struczyńskiego w turnieju rycerskim na zamku w Golubiu-Dobrzyniu.

- Na polach Grunwaldu odgrywa Pan zaszczytną rolę Wielkiego Mistrza Urlicha von Jungingena. U nas mogliśmy zobaczyć Pana w tym samym wcieleniu podczas turnieju rycerskiego na golubskim zamku.
Proszę nam przybliżyć, jak doszło do tego, że nazwisko Struczyński w świecie rycerskim tak dużo znaczy.

- Urodziłem się w Gniewie, cień naszego zamczyska od dziecka padał mi na umysł. Jako 6-letni chłopiec zyskałem coś, co chyba rzadko się zdarza tak młodym ludziom - uświadomiłem sobie, że istnieje pewna perspektywa historyczna. Że to, co miało miejsce na przykład dwa lata temu u średniaków w przedszkolu, jest bardzo, bardzo odległe od tego, co działo się, kiedy na polskich ziemiach byli Krzyżacy.

Wtedy podjąłem decyzję, że odbuduję gniewski zamek. Zgłosiłem taki postulat mojej rodzinie, a później go zrealizowałem.

Konkurs. Przyślij nam zdjęcie z inscenizacji bitwy, a możesz wygrać kalendarz z fotografiami Adama Bujaka

- Chyba nie było to całkiem łatwe.

- Właściwie odbudowa wciąż trwa, to pewien proces. Ale to, co już stało się w Gniewie, ma wymiar dosyć niezwykły.

Można powiedzieć, że przygotowywałem się do tego od dziecka. Jeszcze w szkole podstawowej byłem twórcą koła młodych przewodników, stworzyliśmy jak na ówczesne czasy bardzo profesjonalną grupę młodych, takich 10-, 11-letnich przewodników. Wyposażeni przez ludzi dorosłych w sensowna wiedzę i pod patronatem PTTK, uruchomiliśmy trasę turystyczną - oczywiście nie po zamku, bo stały wtedy tylko niedostępne ruiny, ale po zabytkach starego miasta.
Później, w czasach studenckich mocno zaangażowałem się w działalność kulturalną i muzyczną. Ale wciąż była we mnie chęć powrotu do Gniewu, którego tak naprawdę, sercem nigdy nie opuściłem.

Po ślubie z moją wspaniałą żoną oboje postanowiliśmy poświęcić się: żona dzieciom i rodzinie, a ja odbudowie zamku.

Wtedy stało się coś niezwykłego.
W 1992 roku mieliśmy w naszym kraju poziom bezrobocia strukturalnego (ponad 40 proc.). Ja w tym czasie, jako dyrektor miejsko-gminnego ośrodka kultury, rozpocząłem pracę przy pomocy wolontariuszy. To była naprawdę bardzo prężna grupa, wtedy oni mieli po kilkanaście lat, dziś jako dorośli ludzie wciąż są ze mną.

Posprzątaliśmy wszystkie gówna, wypędziliśmy ćpunów, zrobiliśmy pierwszą wystawę i rozpoczęliśmy zagospodarowywanie zamczyska.
Wtedy też po raz pierwszy miałem okazję spotkać się z golubskim kasztelanem Zygmuntem Kwiatkowskim, który okazał wielkie serce i wielkie wsparcie młodej ekipie sąsiednich ruin. Urządziliśmy pierwsze zawody kusznicze.

W tym samym czasie, w 1992 roku, jako dom kultury, przejąłem zarząd nad zamkiem i na zlecenie gminy rozpoczęliśmy realizację robót publicznych. To jest właściwie ewenement na skalę europejską.
Nie znam drugiego takiego przypadku jak zamek w Gniewie, gdzie prace adaptacyjne w obiekcie zabytkowym toczyły by się w systemie robót publicznych. Te, jak wiadomo, kojarzą się z chodnikiem, kanalizacją albo wodociągiem.
A myśmy zatrudnili w ciągu czterech sezonów budowlanych ponad 2,5 tys. bezrobotnych.

- Ekipa poradziła sobie nieźle.

- Tak, dzięki tej pracy udało się dokonać adaptacji trzech skrzydeł zamkowych, uruchomiliśmy podstawową infrastrukturę, zbudowaliśmy zaplecze noclegowe, gastronomiczne, sale wystawowe. A nade wszystko, co dla mnie jest szczególnie ważne, przywróciliśmy do funkcji sakralnych kaplicę zamkową, która dzisiaj jest normalnym, czynnym kościołem.

Wyjątkowość tego zjawiska pokazuje statystyka - w 1993 roku, po tym pierwszym półsezonie robót budowlanych związanych przede wszystkim z odgruzowaniem i oczyszczeniem obiektu statystyka pokazała nam ruch turystyczny na poziomie 3 tys. w sezonie, byliśmy tym zachwyceni. W 1997 roku mieliśmy 100 tys.

- A dziś?

Dzisiaj mamy około 60 tys. To się wiąże również z późniejszymi dziejami zamku, pewnymi trudnościami wynikającymi ze sposobu zarządzania tym obiektem. Właściciel, czyli gmina, trzy lata temu podjęła decyzję o ogłoszeniu przetargu i pozyskaniu prywatnego inwestora.
15 lipca, w rocznicę bitwy pod Grunwaldem podpisane zostają odpowiednie dokumenty i mam nadzieję, że rozpocznie się zupełnie nowy okres w dziejach zamczyska, z koniecznością zainwestowania tam dziesiątek milionów złotych. To jest nasz podstawowy problem.

Ale obok sfery materialnej, która wymaga dofinansowania, mamy kapitał ludzki - on jest w pewnym trzonie zachowany w osobach tych wszystkich braci, którzy ze mną są i spędzili ze mną znaczną część swojego życia, rozpoczynając tę przygodę, tak jak mówiłem, 18 lat temu. Dzisiaj są to ludzie wykształceni, dalej sprawni fizycznie i na umyśle, którzy zajmują się zawodowo zgoła innymi sprawami, ale jako rycerze Gniewu dalej czynnie uczestniczą w rekonstrukcjach.

Warto dodać, jak by nie patrzeć, że cała siła organizacyjna inscenizacji grunwaldzkiej to jest Gniew - między innymi w osobie reżysera całego widowiska Krzysia Góreckiego, mojego wieloletniego przyjaciela. Ale też w osobach całej ekipy gniewskiej, która w ciężkiej pracy zrobiła sobie dwa dni przerwy, żeby być właśnie w Golubiu-Dobrzyniu.

- To tylko przerwa? Mogliście przecież pojechać nad jezioro.

- Przyjechaliśmy też po to, żeby wspomóc golubski zamek w drodze do takiego poziomu rekonstrukcji, który określają już nowoczesne standardy europejskie.

To jest bardzo dobre, że spotykamy się tutaj z tymi starymi grupami, które znamy od kilkunastu lat. My jesteśmy przecież z tego samego pnia, tylko że mieliśmy wyjątkowe szczęście. Poprzez nasze peregrynacje po Europie nabyliśmy doświadczenia i nowego spojrzenia na rekonstrukcje. Dziś rzeczywiście uczestniczymy już w wymianie na skalę międzynarodową - od Australii, Nowej Zelandii przez Europę do Stanów i Kanady.

W wymiarze średniowiecznym jesteśmy bardzo mocną, liczącą się w tej chwili na świecie grupą realizująca turnieje konne, zwane z ang. joustingiem.
Szukaliśmy na to polskiego określenia. Ostatnio pojawił się taki pomysł, że skoro kruszymy kopie, to może będziemy się nazywać kruszonami.

- Co z takim doświadczeniem mógłby Pan podpowiedzieć zamkowi golubskiemu, ma Pan jakieś rady?

- Myślę, że nie trzeba już niczego podpowiadać.
Fakt, że jesteśmy tutaj świadczy o tym, że Golub otworzył się już na tę nową drogę, na której zresztą ma swój wielki wkład od samego początku.

Gdyby nie było Golubia-Dobrzynia i kasztelana Zygmunta Kwiatkowskiego prawdopodobnie ruch rycerski w Polsce też by istniał, ale nie mógłby się poszczycić trzydziestokilkuletnią tradycją.

Nie zapominajmy też, że Golub-Dobrzyń zaczynał w sytuacji, która zgoła nie była korzystna dla kultywowania ideałów rycerskich i szlacheckich.
Świętej pamięci kasztelan narażał się też na wiele cierpień i na szykany. Ale przebrnął przez to i dzisiaj winniśmy czcić jego pamięć w szczególny sposób.

- Wspomina Pan o ideałach rycerskich. Zatem te historyczne inscenizacje to nie tylko rozrywka, lecz coś więcej?

- Jako kasztelan zarządzam zamczyskiem i odpowiadam między innymi za jego wizerunek bojowy.
Główna część naszej aktywności wojennej to działania Rycerzy Gniewu "Konfraterni Świętego Wojciecha" i mocne zaangażowanie w średniowiecze.
Ale drugą grupą historyczną, dla mnie ważniejszą, którą dowodzę jest Chorągiew Husarska JMci Pana Mieczysława Struka, marszałka województwa pomorskiego.

- A czasami przemienia się pan w Ulricha von Jungingena.

- Tak, tę role odgrywam już od trzynastu lat. Główna ość scenariusza jest przygotowana, ale ostatecznie mówię zawsze to, co podpowiedzą mi serce, miejsce, czas i ludzie, których spotkam. To są sprawy, które bardzo mocno przenikają mnie i moją rzeczywistość.

To było i jest tak, że mnie i resztę gniewian, nie chcę wypowiadać się za inne grupy, połączyła pasja do miejsca przesiąkniętego historią. I od samego początku naszego pobytu na zamku sprawy duchowe były dla nas bardzo istotne.

Oczywiście zgodnie z regułą rycerską, zajmujemy się kształceniem naszej sprawności fizycznej, ale nade wszystko staramy się też kultywować takie podstawowe, bardzo istotne w życiu każdego współczesnego człowieka cnoty jak męstwo, sprawiedliwość i uczciwość. Także dziś to właśnie one pozwalają dobrze funkcjonować w rodzinie i w życiu zawodowym. A wszystko to powinno zasadzać się na bardzo solidnym fundamencie, jakim jest nasza wiara.

Ta krótka walka w pojedynku na kopie czy inna historyczna inscenizacja, to jest tylko przejaw wizualny ważniejszej walki - tej, którą toczymy ze swoimi wadami, lękami, słabościami.

- Wierzy Pan, że taka Wasza postawa spotyka się ze zrozumieniem, że jest ona w ogóle czytelna dla gości turniejowych widowisk lub dla tych tłumów spod Grunwaldu?

- Żeby widzieć, gdzie przenika się sfera rekonstrukcji wydarzeń historycznych ze sferą kształtowania ducha, trzeba bliżej nas poznać.

Zabiegamy o to, jesteśmy grupą otwartą. Chcemy dzielić się z innymi tym, co nas przenika, naszą radością i pasją, dlatego tutaj jesteśmy.
Jesteśmy dumni z tego, że z punktu widzenia rekonstrukcyjnego osiągnęliśmy pewnego rodzaju maksymalną wiarygodność. Można by już jedynie naprawdę ranić przeciwnika, ale to nie ma najmniejszego sensu. Wszystkie inne realia tych gonitw są zachowane.

Staramy się zarazem robić nasze inscenizacje z dużym poczuciem humoru, jesteśmy wszyscy ludźmi XXI wieku - używamy zegarków, telefonów komórkowych i stali stopowych, których by na pewno nie wykrzesał żaden średniowieczny kowal.

Ale naszą działalność traktujemy też w charakterze misji - chcemy przywracać Polakom poczucie dumy.

- Czy w dzisiejszej rzeczywistości jest na to miejsce?

- Opowiem Pani pewną historię.
Gościliśmy z chorągwią husarską na Wołyniu, gdzie zostaliśmy zaproszeni na święto miasta i obchody święta flagi. Wołyń znany jest wszystkim z niesamowitego cierpień i ludobójstwa na ponad 100 tys. pomordowanych tam Polaków.

Również wśród moich żołnierzy są potomkowie rodzin, które przez to przeszły. Matka jednego z żołnierzy, dziewięćdziesięciokilkuletnia niewiasta, w momencie, kiedy zakomunikował jej, że jedzie w te okolice, zareagowała z przerażeniem: - Synu nie jedź tam, ty stamtąd nie wrócisz.
Dla niej czas się zatrzymał, minęło 60 lat, a ona wiąż żyje w świadomości tego, co tam się zdarzyło.

Będąc już na miejscu, w wołyńskim Dubnie, po wyłapaniu i zajeżdżeniu koni, oporządziliśmy całe towarzystwo i wyruszyliśmy w stronę Majdanu.
Choć goszczeni wspaniale, to jedziemy już przygnębieni i zmęczeni. Nagle zza płotu wychyla się starsza kobieta i przepiękną, czystą polszczyzną krzyczy "Niech żyje Polska".
Ja odwróciłem się wtedy do moich żołnierzy i powiedziałem: - Panowie, po to żeśmy tu przyjechali.
To niesamowite, jak to podnosi ducha. Dla tej kobiety byłbym gotowy spakować całe to towarzystwo i jeszcze raz tam pojechać.

Średniowiecze średniowieczem, jest fajne i barwne. Ale służba w chorągwi husarskiej to coś więcej - to umiłowanie ojczyzny.
PRL chciał w nas zniszczyć świadomość, że kultura sarmacka była zjawiskiem w skali światowej i że staropolska sztuka wojskowa osiągnęła wyżyny, do których nie dorósł żaden naród.

Ale przecież można tu przytoczyć kilka naszych zwycięstw, choćby bitwa pod Kłuszynem. W tym roku mamy jej 400 rocznicę, byliśmy w Warszawie na inscenizacji. A co zrobiła Rzeczpospolita? Za przeproszeniem "olała" jedno z największych zwycięstw w historii swojej wojskowości, dzięki któremu przez ponad rok byliśmy potęga na skalę światową. Nie było wtedy potężniejszego kraju, niż carska Rosja Władysława.

Niestety wciąż przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że za komuny pluto na I Rzeczpospolitą.
My tą naszą historię próbujemy odtwarzać, żeby pokazać Polakom, że mają powody do dumy.
- To się udaje?

Prawie codziennie spotykam się z nowymi ludźmi w związku z tym, że prowadzę lekcje historii. "Gniew Husarii" to krótka prezentacja etosu husarskiego połączona z ćwiczeniami.
Widzę, jak ci młodzi ludzie zaczynają powoli pojmować istotę umiłowania ojczyzny między innymi właśnie poprzez poznawanie staropolskiej sztuki walki.

Nie ma się z czego cieszyć, że musieliśmy walczyć, zresztą w większości przypadków walczyliśmy w obronie. Też wyprawa na Moskwę była podyktowana względami politycznymi i strategicznymi, burzącymi potencjalny sojusz Rosji ze Szwecją, który wielokrotnie czyniony okazywał się dla nas zawsze wielką szkodą.
Po prostu bądźmy dumni z naszej I Rzeczpospolitej.

Bądźmy też dumni z tego, jaki był wtedy u nas stosunek do kobiet. We wspomnieniach opisujących tamten czas, nie mówi się o żonie inaczej niż "mój przyjacielu".
Jakie to było niesamowite, że w większości przypadków to właśnie w rękach kobiet zostawało cale gospodarstwo, kiedy mężczyźni ruszali na wojnę.
Niesamowity jest ten etos kobiety Polki - kobiety która nie dość, że jest piękna, to ma jeszcze doskonały zmysł organizacyjny i która była wychowawczynią kolejnych pokoleń wspaniałych Polaków.

- Doświadczenie patriotyzmu, którym tak głęboko jest Pan przesiąknięty, wielu osobom jest współcześnie niemalże obce. Co może ono dać poza dumą z tego, co już za nami?

- To świadomość przeszłości musi budować nasze wartości w budowaniu rzeczywistości współczesnej.
Widzę, jak reagują odtwórcy zagraniczni, kiedy przyjeżdżają do Polski. Są zszokowani naszym potencjałem. Odkrywają kraj nie dość że piękny, w czym oczywiście ma też znaczenie płeć przeciwna, ale przede wszystkim z wielką przeszłością. Choć wciśnięty geopolitycznie w bardzo niekorzystny układ, który pewnie w innym przypadku - gdyby tutaj był inny naród zamiast Polaków - spowodowałby, że odrębnego narodu już by tutaj nie było w ogóle.

- A więc jesteśmy zakompleksieni?

- Tak, zakompleksieni. I też manipulowani przez polityków, którzy wyśmiewają się z patriotyzmu. Zapominamy, że wspólna Europa ma być dumna z indywidualnych historii narodów, które ją współtworzą.

Nasi przyjaciele, którzy tu przyjeżdżają są zafascynowani historią Polski. Oni nagle poznają, że jesteśmy krajem o wybitnych osiągnięciach cywilizacyjnych, a nie żadnymi burakami. Że jesteśmy narodem wykształconym i sprawnym organizacyjnie. Dowodzą tego też zmiany, jakich dokonaliśmy w ostatnich latach.
Pomijając nędzę tego, że nie można było zbudować tych paru autostrad.

- Niektórzy mogą wsiąść na konia.

- Tak, mnie akurat te autostrady nie są aż tak potrzebne.

- Jednak żyje Pan w trochę innym świecie.

- Powiedzieć Pani, co jest tragedią dzisiejszego? Myślę, że i Polski, i Europy.
Następuje bardzo poważne zniewieścienie mężczyzn. Już wyjaśniam, na czym to zasadzam i co mam na myśli.

Jednym z elementów kończących pokaz husarii jest możliwość dosiąścia konia husarskiego. I co się dzieje? W większości przypadków rzucają się do tej jazdy konnej dziewczyny.
Ja pytam młodego Polaka: - A ty nie chciałbyś dosiąść konia husarskiego. - A po co?
Właśnie tak, lepiej im siedzieć z mózgami w kretyńskich komputerach.

To zniewieścienie narodu opiera się na tym, że brakuje dziś wzorca mężczyzny i ojca. Mężczyzna po prostu zapiernicza w robocie na okrągło i go nie ma w domu.
Matka, mimo tej całej niesamowitej tradycji, nie jest w stanie sama przekazać cnót męskich.

Do tego dochodzą media i świat wirtualny. Nie dość, że to powoduje hemoroidy i skrzywienie kręgosłupa, to jeszcze lasuje mózgi. To jest totalne zagrożenie naszych czasów, już chyba lepsze byłoby tradycyjne picie piwa.

- Na szczęście przy okazji golubskiego turnieju i tym bardziej wydarzeń spod Grunwaldu jeszcze parę osób wstało od telewizorów i komputerów.

- Dzięki Bogu. Sama Pani widzi, nasza działalność jest więc konieczna.

- A Wasze wybranki serc podchodzą do sprawy ze zrozumieniem?

- Część naszych pań angażuje się w sposób bezpośredni w spektakle.
Oczywiście my ich do tego w żadnym razie nie zmuszamy, tym bardziej, że to spory wysiłek fizyczny.
Ale to bardzo piękny czas, jeśli możemy go spędzać razem w tak niecodzienny sposób.

Staramy się więc o to, żeby te nasze niewiasty i dzieciaczki jak najczęściej były z nami. Zawsze to też bezpieczniej nie zostawiać męża i żony samej.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3