Mamy wolną wolę i to jest nasz największy problem

Karina Obara
Siostra Małgorzata Chmielewska: - Nie zdajemy sobie sprawy, że aby przeżyć dobre życie, trzeba zgodzić się też na trudności.
Siostra Małgorzata Chmielewska: - Nie zdajemy sobie sprawy, że aby przeżyć dobre życie, trzeba zgodzić się też na trudności. Archiwum
Rozmowa z siostrą Małgorzatą Chmielewską przełożoną Wspólnoty Chleb Życia, o miłości, pracy nad sobą i cudzie zmartwychwstania.

Siostra Małgorzata Chmielewska

w 1990 wstąpiła do wspólnoty w Bulowicach koło Kęt "Chleb Życia", śluby wieczyste złożyła we Francji w 1998. Obecnie prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn. W ubiegłym roku za swoje zasługi otrzymała Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski W marcu tytuł "Kobiety z charakterem" od dwutygodnika "Przyjaciółka".

Właśnie dostała siostra tytuł "Kobiety z charakterem". Jak się kształtuje taki zdecydowany charakter?
Słabość płci pięknej nie musi polegać na braku charakteru. Uważam, że najważniejsza jest praca nad sobą. Bo charakter to ja mam paskudny. Od kiedy byłam świadoma, że trzeba dokonywać wyboru, starałam się trzymać ważnych dla mnie wartości. I czy mi się chce czy nie, codziennie nad sobą pracuję. Oczywiście pewne predyspozycje psychiczne są darem. To nie jest tak, że każdy ma wszystko od razu. Bóg dał mi odporność psychiczną, jako takie zdrowie fizyczne i zdolności, które staram się wykorzystywać dla dobra innych.

Kiedy siostra poczuła, że należy nad sobą pracować? Bo zwykle zaczynamy to robić, gdy doświadczamy jakiegoś kryzysu.
Byłam wychowana w rodzinie, w której od dzieci się wymagało. Ojciec był lekarzem, a matka nauczycielką. Sposób, w jaki nas wychowywano, dziś być może doprowadziłby do tego, że odebrano by mnie rodzicom. Gdy miałam sześć lat, chodziłam sama w Warszawie z ul. Białobrzeskiej do szkoły przy Banacha (jakieś dwa kilometry) przez ruchliwe ulice, z kluczem na szyi. W domu szorowałam podłogi, parkiety woskowałam na kolanach, gotowałam obiad, wyprowadzałam psa. Nie żądaliśmy od rodziców, nie było pieniędzy na zimowe buty, więc chodziliśmy w czarnych kaloszach. Po podwórku biegaliśmy do godziny 21 i nikt nie sprawdzał, gdzie jesteśmy. Dziś niektórzy nazwaliby taką rodzinę jak moja patologiczną, ale nas, dzieci, bardzo to wszystko wzmacniało.

Teraz to nie do pomyślenia.
A szkoda, bo też by młodych wzmocniło, pod warunkiem, że byłyby w domu zasady, zaszczepiane przez przykład, który dają rodzice. Pamiętam, że mój ojciec o mało nie dostał zawału, gdy jeszcze będąc na studiach rozmawiałam z kolegą przez telefon i powiedziałam brzydkie słowo do słuchawki. Tak nie wolno było u nas rozmawiać. Nikomu do głowy nie przychodziło, aby zasad się nie trzymać.

Ale do dziś siostrze zostało używanie brzydkich słów.
Nigdy nie używam brzydkich słów jako przerywnik. Czułe słówka stosowane wobec ludzi, którzy całe życie słyszeli słowa brutalne i porozumiewają się knajackim językiem między sobą, nie skutkują. Dlatego czasem, i tyle ile trzeba, porozumiewam się z tymi, którzy do nas przychodzą takim językiem, który potrafią zrozumieć. Robię to też dla podkreślenia wagi sprawy. Nigdy jednak nie obrażam ludzi. Tu bardziej chodzi o wywołanie ważnych emocji.

Ale przecież ci, którzy szukają u siostry pomocy, emocji chyba mieli w życiu aż nadto?
Przeciwnie. Tych właściwych - nie. Czasem więc zdecydowana postawa pokazuje im, że komuś na nich zależy. Bardzo często nikt ich nie kochał. Nie mają poczucia własnej wartości. I nie nauczyli się kochać.

Nauczyli? To czym jest miłość?
Św. Paweł próbował określić, czym jest miłość i nie udało mu się. Potrafił za to powiedzieć, jaka jest miłość: "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. I nigdy nie ustaje". Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że miłością jest Bóg. Miłości trzeba się uczyć, bo to nie są tylko emocje, które, owszem, są ważne w miłości, ale przede wszystkim ważny jest w miłości czyn. Można mówić: kocham, ale zostawić człowieka głodnego, nie widzieć, że jest smutny, nie wesprzeć go. Miłość to przede wszystkim konkretne działanie.

Teraz kochamy krótko i szybko, przy problemach odchodzimy do innej miłości.
To znaczy, że nie było miłości. Nad miłością trzeba pracować i dbać o nią. To nie jest tak, że miłość się ma i już. Powtarzam młodym ludziom, że jeśli po ślubie dziewczyna siada w fotelu w brudnym szlafroku i papilotach, a chłopak w gaciach, to jest po miłości. Bo miłość to droga, a małżeństwo jest jej początkiem. Zwykle rozczarowujemy się do miłości, bo liczymy na to, że ktoś nas będzie kochał, a nie chcemy dawać. W miłości trzeba wychodzić poza siebie, szukać dobra i piękna drugiego człowieka.

Dlaczego jednym jest łatwiej, a innym trudniej wytrwać w miłości?
Wszystkim jest jednakowo trudno wytrwać. Nie wszystkim się chce, bo wybierają złe metody. Żyjemy w świecie, w którym chcemy mieć wszystko szybko, tanio i wygodnie. Otóż życia nie da się tak przeżyć. W momencie, kiedy pojawiają się trudności, ta druga osoba ma swoje wzloty i upadki, dostrzegamy jej wady, to nam się szybko nudzi i skaczemy z kwiatka na kwiatek. Po kilkunastu takich kwiatkach okazuje się, że ciągle jest to samo. Nie dostrzegamy, że w miłość trzeba włożyć trud, wysiłek.

Nie uczymy się na błędach?
Nie zauważamy ich po prostu, bo chcemy szybko, łatwo i przyjemnie żyć. Nie zdajemy sobie sprawy, że aby przeżyć naprawdę dobre życie, trzeba też czasem przeżyć trudności i zgodzić się na cierpienie. Jednocześnie trzeba się uczyć tak widzieć życie, by w najmniejszym jego szczególe dostrzegać to, co jest piękne.

To bardzo trudne, zwłaszcza gdy doświadczamy zła.
Nie ma innej drogi. Mnie ułatwia to wiara, a na płaszczyźnie czysto ludzkiej - dystans do siebie przede wszystkim. Cierpliwość i głębokie przekonanie, że nie jestem pępkiem świata. Trzeba kochać przede wszystkim siebie, czyli zgodzić się na siebie takiego, jakim jestem, ale nie ustawać w pracy nad sobą. Jeśli wciąż widzimy szklankę do połowy pustą, a nie do połowy pełną, to cierpimy. Nasza słabość wynika z braku miłości. W mojej wierze słabość wynika z grzechu. Bo oderwawszy się od miłości próbujemy brnąć sami i padamy nosem w ziemię. Wierzę w miłość obiektywną i dobre spojrzenie na otaczającą rzeczywistość. Doszukuję się dobra nawet tam, gdzie widzę zło.

Nawet w ostatniej katastrofie lotniczej, gdzie niemiecki pilot Andreas Lubitz doprowadził do śmierci 150 osób? Gdzie w tym jest dobro?
W samej katastrofie oczywiście dobra nie znajdziemy, bo stała się przecież rzecz straszna. W fakcie zabicia ludzi nigdy nie ma dobra, ale w tym, co dzieje się wokół - jak wielka solidarność wytwarza się między ludźmi, jak ogromna pomoc niesiona jest rodzinom ofiar, współczucie wobec tragedii, która porusza ludzkie serca.

Nawet skrzywdzonych?
Ludzie skrzywdzeni mogą przebaczyć i to jest nieprawdopodobne dobro. Nie unikniemy cierpienia, chyba że nagle wszyscy na świecie staną się święci, ale jakoś dziwnie się na to nie zanosi.

Dlaczego mobilizujemy się dopiero w obliczu tragedii?
Na co dzień też potrafimy robić to coraz lepiej. Jechałam ostatnio tramwajem z moim upośledzonym przybranym synem. On nie zna dystansu, jak się cieszy, to zaczepia wszystkich wokół. 90 procent ludzi zorientowało się dość szybko, że jest niepełnosprawny i też uśmiechało się do niego, nie odwracali się plecami. Może powinniśmy uwierzyć w siebie i zobaczyć, jak wiele w nas dobra? Nie warto patrzeć na świat sfrustrowanymi oczami. Najwyższy czas zacząć cieszyć się tym, co mamy.

Jak tu się cieszyć, skoro tyle wokół złych decyzji, głupoty polityków, pogoni za mrzonkami - słyszę. To charakter - mówią jeszcze inni - im więcej wiemy, tym trudniej nam przyjmować coś na wiarę.
To nie charakter, ale złe nawyki. Gdybyśmy od dziś postanowili przez dziesięć dni widzieć w każdej sytuacji coś dobrego i panować nad wpadaniem w złość, nawet gdyby do szewskiej pasji doprowadzały nas słowa polityków, a sąsiadka wysypała nam śmieci przed dom - ten nasz charakter zacznie się zmieniać. Nie znaczy to, że nie będziemy zauważać zła. Bo gdy sąsiadka zachowa się niewłaściwie, grzecznie zwrócimy jej uwagę. Tylko praca nad sobą może uczynić nas szczęśliwszymi.

A nie psychoterapia?
Są zaburzenia i choroby, które wymagają terapii, ale najczęściej jest tak, że nie wykonujemy żadnego wysiłku, aby się zmieniać. Zamiast płacić ciężkie pieniądze u psychoterapeuty, lepiej ćwiczyć się w życzliwości i widzeniu drugiej strony medalu, tej dobrej. Czas zmartwychwstania, który się zaczyna, dać może siłę do miłości, pod warunkiem, że się na to otworzymy. Ideałem byłoby codziennie, zaraz po przebudzeniu, zmartwychwstać i mieć moc do pokonywania ciemności, która jest w nas. Bóg jest miłością i jak mówi Szymon Hołownia, wystarczy podłączyć się do tego kranu, aby z niego czerpać. To nie jest żadna magia, ale codzienna praca. Trzeba pokazać Bogu: tutaj mam dziurę, proszę o pomoc. Wtedy dajemy Bogu szansę, aby rzeczywiście nam pomógł. I to działa. Dlaczego? Bo tego szczerze chcemy.

A jeśli nie działa na nas? Mamy się zmusić?
Jedyna rzecz, do której nie można zmusić człowieka to miłość. Zna pani kogoś, kto zmusił drugą osobę, aby go kochała?

Nie.
No właśnie. Tak samo jest z Bogiem. Bóg jest miłością i nie może zmusić nas do tego, byśmy go kochali. Miłość może zaistnieć w wolności. Dał nam wolną wolę i to jest nasz największy problem.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie