Meblościanka naszych rodziców

Jolanta Zielazna [email protected]
Dr Jacek Kowalski
Dr Jacek Kowalski Archiwum Jacka Kowalskiego
Rozmowa z dr. hab. Jackiem Kowalskim, historykiem sztuki średniowiecza z UAM w Poznaniu.

Historyk sztuki średniowiecznej zajął się meblami z lat 60. ubiegłego stulecia i napisał o nich książkę "Meble Kowalskich. Ludzie i rzeczy". Co to za przeskok?!
To prawda, jestem "średniowiecznikiem", ale te meble to obowiązek rodzinny.

???
Meble Kowalskich zaprojektowali w 1961 roku moi rodzice, Bogusława i Czesław Kowalscy, poznańscy artyści plastycy. Rosłem z tymi meblami, są tylko nieco starsze ode mnie i można rzec, że to przedstawiciele naszej rodziny. Czuję do nich ogromny sentyment. Jednak długo zwlekałem z napisaniem książki. Sądziłem, że to temat dla innych. Od końca lat 90. "Meble Kowalskich" wypływały często w prasie i publikacjach naukowych, na wystawach polskiego dizajnu, w licznych kolekcjach polskiej sztuki stosowanej. Stały się tematem kilku prac magisterskich. Nie mówiąc o tym, że wychowało się w nich ileś milionów Polaków. Po prostu należy się im monografia. Myślałem, że powinien ją napisać badacz sztuki współczesnej. Ale taka monografia nie może powstać bez źródeł, a źródła spoczywają w pracowni moich rodziców. Po odejściu Taty orientuje się w nich już tylko moja sędziwa Mama, a z jej pomocą ja. Pojąłem, że dłużej zwlekać nie można i że do mnie należy napisanie podstawowego opracowania.

Czytaj: Jak wyglądały zakupy w PRL-u? Kartki, komitety kolejkowe, a w sklepach wszystkiego brakowało...

Gdy ktoś słyszy "Meble Kowalskich", sądzi raczej, że to meble "dla każdego", czyli dla przeciętnego, statystycznego Polaka. Czym w ogóle były "Meble Kowalskich"?
Rzeczywiście to był i miał być mebel dla każdego. Kiedy w lutym 1961 roku rozpisano konkurs, mówiło się o M-4 dla rodziny łódzkiego tkacza, z konkretnym metrażem: dwa malutkie pokoje z kuchnią i łazienką. Pamiętajmy, że po wojnie stare mieszkania dzielono na małe klitki dla kilku rodzin. Nie było salonu, jadalni, sypialni wszystkie funkcje upychano w jednym, dwóch pokojach. Pod urzędową kontrolą! A nowe mieszkania były mikroskopijne. Tymczasem przemysł produkował wciąż tak zwane meble "tradycyjne", którymi nie dało się tych klitek urządzić. Powstał wprawdzie Instytut Wzornictwa Przemysłowego, promujący nowe projekty, ale jak to w gospodarce socjalistycznej przemysł pozostawał na te propozycje obojętny. Dopiero konkurs z roku 1961 miał doprowadzić do sojuszu projektantów z przemysłem, co prasa triumfalnie otrąbiła.

Dlaczego akurat te meble wygrały konkurs?
Uwaga! Nawet po rozstrzygnięciu konkursu nie od razu zaczęto je produkować. Wędrowały najpierw po różnych wystawach, konfrontowane z propozycjami środowiska stołecznego. Dopiero po sławnej ekspozycji w pawilonie przy ul. Przeskok w Warszawie (zbudowany w 1962 r. nowoczesny sklep meblowy, zburzony w 2013 r. - dop. red.) ostatecznie wygrały i skierowano je do produkcji.

Meblościanka Kowalskich chyba kompletnie zrewolucjonizowała rynek i zmieniła umeblowanie mieszkań.
Przede wszystkim zaistniała tam, gdzie dobre, tradycyjne meble nie miały szansy: w ciasnych wnętrzach nowych bloków. W zamierzeniu "robotnicze", stały się natychmiast meblami dla wszystkich, ba, symbolem nowoczesnego mieszkania w ogóle. Do początku lat 70. niemal nie miały konkurencji. Nie wiem, ile sprzedano sztuk, ale przez 10 lat koszt produkcji wyniósł niemal dwa miliardy złotych (dla jasności rodzice nie otrzymywali dywidend od sprzedaży, poprzestając na sławie i 10 tysiącach złotych nagrody). Tak więc PRLowski przemysł zarzucił tą meblościanką Polskę i stała się też symbolem urawniłowki, nie zawsze dobrze wspominanym. Ale do mnie docierają teraz głównie głosy pozytywne, bo "Meble Kowalskich", jak cały polski dizajn lat 60., dobrze wytrzymują próbę czasu. Wspominam mejl od socjologa, który po wystawie w galerii ForForm w Poznaniu napisał, że wybrał się na wernisaż z negatywnym podejściem. W latach 70. chodził z ankietami po mieszkaniach i wszędzie znajdował "Meble Kowalskich", miał ich dość. Ale teraz przekonał się uznał je za wybitny, klasyczny projekt. Tak jest, to świetny projekt, który ponadto "trafił w dziesiątkę".

To była w ogóle pierwsza meblościanka w PRL?
Nie była pierwsza, ale pierwsza masowo produkowana. Powstały też bardzo ciekawe systemy innych znanych projektantów: Haliny Skibniewskiej, Olgierda Szlekysa, Mieczysława Puchały. Okazały się mniej uniwersalne i nazbyt drogie w produkcji. To był wyścig pomysłów, wygrany przez Kowalskich. Nazwisko twórców przez przypadek zgodziło się z charakterem produktu i dało mu nazwę, a później zatarło postaci autorów. Po dziesięciu latach mało kto wiedział (nie mówię tu oczywiście o środowisku artystów plastyków) że to naprawdę jacyś Kowalscy zaprojektowali te meble.

Na czym polegał ich fenomen?
Sam pomysł, żeby sobie dowolnie zakomponować urządzenie mieszkania przy pomocy prostych elementów, nie był nowy. Jednak rodzice, a właściwie Ojciec, bo to on był głównym autorem wpadł na genialnie proste rozwiązanie. Meble składały się z jak to określił "kasetonów", tworzących poziome ścianki, podstawę i zwieńczenie każdej kondygnacji. Usztywniały konstrukcję, którą można było wypełnić różnymi wariantami uzupełnień. Powstawała wysuwana kanapka albo sekretarzyk, albo stolik, albo szafa na ubrania, albo regał na książki. Była możliwość wyboru co do wysokości i głębokości układu. Wszystko do siebie pasowało, a elementy dały się demontować i przenosić w częściach, montaż nie wymagał śrubowkręta. Salon mógł być jednocześnie jadalnią i sypialnią, a po schowaniu wszystkich elementów dało się i potańcować...

Tylko że z tą dowolnością zestawiania meblościanki w praktyce było trudno.
Bo często trudno było kupić pożądany element, a niektóre segmenty (np. system do pokoju dziecięcego) w ogóle wypadły z produkcji. Socjalistyczna gospodarka nie lubiła różnorodności. Paradoks systemu.

No i potem mieliśmy sytuacje, jak w komedii: ktoś pomylił piętra, otwiera drzwi i widzi mieszkanie dokładnie tak samo umeblowane, jak jego.
Mama też ten dowcip wspomina. Że obojętnie gdzie się wejdzie, ma się to samo.

I wszystko w mahoniu.
Tak. Sam mahoń był piękny, ale kiedy wszystko jest w mahoniu, można było nawet mówić o "mahonizacji polskiego meblarstwa" (śmiech). Nie z winy rodziców, bo w tamtych warunkach przemysł produkował z tego, co miał. Skądinąd ta mahoniowa okleina była naturalna i trwała, i do dziś zdaje egzamin. Pamiętam też takie wydarzenie, już z lat 70. Ojciec wraca wzburzony z fabryki, gdzie go wezwali, żeby wybrał kolor, dali mu do wyboru jeden podobno pomarańczowy (śmiech), bo taki tylko mieli, i kazali podpisać, że sam wybrał. Pewnie dlatego, że w jednym z wywiadów poskarżył się na samowolę fabryki, która psuła projekt zmieniając barwę i dodając błyszczący lakier. To już chodziło o inne, późniejsze meblościanki systemu "Łask" czy "Łódź", a może "Koszalin"

U państwa w mieszkaniu też stały meble Kowalskich?
I tak, i nie. Mieszkaliśmy w starym budownictwie razem z moimi dziadkami, z początku pośród sublokatorówi pośród mebli stylowych. Duże wysokości i duże powierzchnie uniemożliwiały wstawienie klasycznej meblościanki. Więc ojciec zabudował całą jedną ścianę "Kowalskimi", ale używając wyłącznie szaf ubraniowych, z trudem zdobytych tuż przed moimi urodzinami. Dla reszty zaprojektował indywidualną zabudowę z rur stalowych, a potem z różnych, osobno kupowanych i przerabianych po swojemu elementów. Teraz jednak mam u siebie "Meble Kowalskich po teściu. Mieszczą część mojej biblioteki. Uważam je za rodzinną spuściznę i sui generis "modernistyczne antyki".

Łatwo się pisze rodzinne historie?
(westchnienie) Pani pyta, czy łatwo się pisze o rodzinie? To mnie dopiero czeka, bo chcę napisać dużą książkę o Dziadku. W znacznym stopniu polityczną. Ale pisanie o meblach i artystach też bywa trudne.

Była ostra cenzura?
Nawet chciałem, żeby była. Książka wchodzi w różne obszary: towarzyskie, artystyczne. Zawsze będą rozterki: pisać całą prawdę? Po nazwisku? Dawne dzieje nie powinny już budzić zażenowania tylko uśmiech, wspomnienie o tych, co odeszli. Bez tych anegdot w ogóle rozpłyną się w zapomnieniu... A jednak z części anegdot musiałem zrezygnować, albo uczynić je anonimowymi. Prawda zbyt bliska współczesności może być raniąca.

Mama pochodzi z Grudziądza, tu się urodziła.
Rodzina pochodzi z Kórnika i z Poznania, natomiast Mama rzeczywiście urodziła się w Grudziądzu i nadal czuje się grudziądzanką, chociaż mieszkała w tym mieście tylko kilka lat. Mój Dziadek, Stanisław Michałowski, przeniósł się tu pod koniec lat 20., kiedy się ożenił. Tu zrobił karierę: pracował w magistracie, został wiceprezydentem miasta i posłem na Sejm. Skończył jako podsądny procesu "szesnastu" (pokazowy proces podstępnie aresztowanych i porwanych do Moskwy w marcu 1945 roku: ostatniego dowódcy AK, przedstawicieli Delegatury Rządu i Rady Jedności Narodowej dop. red.). Ten proces zamknął publiczną działalność Dziadka, który potem wycofał się na ojcowskie gospodarstwo jako rolnik i dopiero w roku 1980 został działaczem rolniczej "Solidarności". Przez całe życie był inwigilowany. Dramatyczna historia, która wymaga osobnych badań. Wiele jeszcze przede mną.

Pisze pan nie tylko o meblach.**
Bo to zarazem książka rodzinna, pełna wspomnień i anegdot. Zaczyna się od historii rodziny i kręgu, w którym te meble się narodziły. Pokazuje skąd wzięli się ci Kowalscy Bogusława i Czesław, którzy studiowali w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. I co robili później. A robili dużo. Od scenografii teatralnych po meble stylowe i malarstwo. Tata został z czasem profesorem, kierownikiem Pracowni Projektowania Mebla na swojej uczelni. Mama
kierownikiem artystycznym spółdzielni cepeliowskiej . W latach 80. oboje działali w "Solidarności".

Czesław Kowalski wykładał na Uniwersytecie Artystycznym do 2000 roku. Zmarł sześć lat później.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jola

A co Wy na to mam do dziś meblościankę i jestem z niej zadowolona wcale się jej nie wstydzę pozdrawiam

W
W latach 1978-80
W latach 1978 siostra dostała mieszkanie z zakladu pracy. Całą rodziną dyżurowaliśmy w kolejce pod sklepem meblowym czekając na dostawę. Siostra kupiła /na raty/ meblościankę do złożenia..ale bez jakiegokolwiek planu czy rysunku. Szwagier z kolegami /przy piwie/ przez tydzień składali to cudo, którego zazdościli im sąsiedzi /blok 11 pięter i wszyscy w jednym czasie otrzymali mieszkania/. Może to były ciężkie czasy, ale była pewność, że kredyty się spłaci i nikt nigdy z mieszkania nie wyrzuci. Gierek zadłużył Polskę, ale dał młodym pracę i mieszkania...a co dziś mamy? Dzieci tułają się po świecie w poszukiwaniu pracy, politycy żyją jak książęta, a strzy ludzie umierają bo nie stać ich na prywatne leczenie. Ci, którzy tu zostali patrzą ze strachem czy nie przyjdą ich wyrzucić na bruk. Czy o to chodziło działaczom S..?
Dodaj ogłoszenie