Na cały głos. „Szepty i cienie” to niezwykłe widowisko wiodące nas w czas postpandemiczny

Alicja Polewska
Sugestywność formy, precyzja ruchów, malarskość muzyki sprawiają, że ten spektakl po prostu trzeba zobaczyć na żywo Andrzej Makowski/materiały prasowe ON
Nareszcie! Na ten wieczór melomani czekali od 27 marca, a tancerze Opery Nova i goście zaproszeni przez choreografa, Jacka Przybyłowicza - od października. I było na co czekać, oj było.

Pusta, czarna scena. Po prawej ubrany na czarno z wiolonczelą Mikołaj Wojciechowski. Pierwsze takty bachowskiej Sonaty na skrzypce solo Nr 1 g-moll. Zaczyna dziać się magia, za którą tęskniłam od tylu miesięcy. Pojawiają się Arisa Suzki i Amelia Małysz (będą niczym mitologiczne Parki przędły ten wieczór). Z mroku sceny wydobywa je światło Macieja Igielskiego...

Dziesięć lat temu, po premierze „Zniewolonego umysłu” (choreografia Robert Bondara) napisałam, że jeśli prawdą jest, że deski sceny przechowują pamięć odbytych na nich przedstawień, to bydgoscy tancerze czerpią z tej pamięci baletu nowoczesnego w sposób świadomy i pełny. Sobotnia premiera „Szeptów i cieni” Jacka Przybyłowicza tylko utwierdziła mnie w tym. Nasi tancerze, przygotowani wszak do baletu operowego (jak mówił w wywiadzie Jacek Przybyłowicz: - Technika współczesna nie jest dla nich techniką pierwszego wyboru), pokazali, jak niezwykle przeistaczają się w magów współczesnego tańca. Zachwycili każdym elementem, choć pierwsza część tryptyku - „Barocco” powstała w 2004 roku na największy w Europie festiwal tańca współczesnego (do dzisiaj jest realizowany przez różne zespoły baletowe), a dopiero dwie następne - tytułowe „Szepty i cienie” oraz „3 for 13” dla bydgoskiego zespołu, to całość jest spójna i nadzwyczaj sugestywna w oddziaływaniu.

Niebagatelna w tym rola muzyki - w części pierwszej Jana Sebastiana Bach, w drugiej Pawła Szymańskiego i trzeciej - Pawła Mykietyna. I o ile Bach dźwięczy w głowie, chociażby Wariacjami Goldbergowskimi czy Mszą h-moll (świetny zabieg z wprowadzeniem drugiego wiolonczelisty w głębi sceny, Adam Szurka), o tyle wwiercające się w głowę spadające krople muzyki Szymańskiego czy wyrywające ze strefy komfortu uderzenia w bębny u Mykietyna - były nie tłem dla tancerzy, były nimi - wibrowały na scenie, ponad nią, w widowni, w oczach i trzewiach. Niezwykłe uczucie.

Wzmocnione jeszcze przez projekcje multimedialne Ewy Krasuckiej, wspomniane już światła reżyserowane przez Macieja Igielskiego oraz kostiumy i scenografię, za którą odpowiadali Jacek Przybyłowicz i Paweł Grabarczyk.

Ten spektakl to most łączący czas przed i - choć pewnie wszyscy już chcielibyśmy, by było po - ale jednak w trakcie pandemii. Część pierwsza powstała kilkanaście lat temu, druga i trzecia - w czasie lockdownu. Łączy je intymność międzyludzkich relacji, w parach, większych grupach. A to przecież 16 miesięcy temu zostało wystawione na wielką próbę. Dzisiaj wracamy z dalekiej podróży. Inni, jeszcze niepewni, rozedrgani.

Próby do przedstawienia trwały od października, kiedy okazało się, że marcowa premiera nie dojdzie do skutku - artyści poszukali w sobie kolejnych pokładów emocji. W ten sobotni wieczór byli na scenie Opery Nova jak nakręcona do ostateczności sprężyna. Zwalniali to napięcie z maestrią, dając sobie i nam poczuć, jak bardzo brakowało nam tych odczuć, jak tęskniliśmy za pięknem sztuki, mistrzostwem wykonania, czarem sceny.

I choć widownia mogła być wypełniona tylko w połowie, to bardzo staraliśmy się także za tę drugą połowę nagrodzić bohaterów wieczoru oklaskami. Kiedy poderwaliśmy się z foteli, pomyślałam - pal sześć profesjonalizm - zaszkliły mi się oczy z radości bycia tu i teraz. W sztuce przez duże „S”.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Justyna

Szanowna Pani Redaktor! Faktycznie- przedstawienie było fantystyczne! Byłam, widziałam, jestem zachwycona. Ale pomyliła Pani zarówno Wiolonczelistów jak i wykonywane dzieło. To nie Sonata g- moll. To Chacconne :) Znacznie bardziej wymagające dzieło- szczególnie w transkrypcji na wiolonczelę:) Pozdrawiam

Dodaj ogłoszenie