Nadszedł czas pisania bajek

    Nadszedł czas pisania bajek

    Monika Wieczorkowska monika.wieczorkowska@pomorska.pl

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Katarzyna "Caty” Ryrych podczas spotkania z Czytelnikami w bydgoskim empik-u

    Katarzyna "Caty” Ryrych podczas spotkania z Czytelnikami w bydgoskim empik-u ©fot. Tytus Żmijewski

    Kiedy napisała pierwszą książkę? Gdy obaj synowie i mąż byli już dorośli. A odchuchany Sowacz wyprowadził się na swoje.
    Katarzyna "Caty” Ryrych podczas spotkania z Czytelnikami w bydgoskim empik-u

    Katarzyna "Caty” Ryrych podczas spotkania z Czytelnikami w bydgoskim empik-u ©fot. Tytus Żmijewski



    Pytać kobietę o wiek jest nietaktem, chociaż Caty nie zamierza wcale ukrywać, że debiutowała późno. Pierwszą powieść "Pamiętnik babuni" napisała i wydała dwa lata temu. Dziś, w przededniu pięćdziesiątki, kończy trzynastą. To trochę tak, jakby w życiu najpierw musiała załatwić ważniejsze sprawy, a kiedy tematów i przemyśleń nie mogła już powstrzymać, rozlały się szeroką, literacką falą.

    - Do wydania pierwszej książki zostałam zmuszona przez jej czytelników - śmieje się Katarzyna Ryrych. Pierwsze zdanie "Pamiętnika babuni" Caty napisała 25 marca 2006 roku na internetowym forum.miau, a zainspirowała ją prawdziwa historia starej kotki ze schroniska w Mielcu, którą Anna z Gdańska wypatrzyła w internecie i dała dom. Podczytujący forumowicze z całej Polski zaczęli prosić ją o ciąg dalszy. Sami podsyłali smutne i wesołe historie.

    Czytali je na bieżąco, już kilka minut po tym jak Caty wrzuciła je do internetu, więc dopisywała kolejne odcinki "Pamiętnika". Kiedy w historii postawiono finałową kropkę, forumowicze zadecydowali, że książka musi się ukazać w realu.

    Wszystko zaczęło się układać
    - Odezwały się dwie dziewczyny z forum, które przesłały pieniądze. Znalazłam wydawnictwo i już w czerwcu trzymałam w dłoniach jeszcze ciepły egzemplarz autorski - opowiada Katarzyna. Caty to jej forumowy nick. Od ukazania się powieści drukiem ksywka chcąc nie chcąc stała się pseudonimem literackim.
    Druga powieść, "Niebajki", powstawała już z myślą o wydaniu książkowym, chociaż także najpierw można było podczytywać ją w sieci.
    - To tam po raz pierwszy pokazał się Skrzydłak, a że wydał mi się bardzo fajną postacią, uznałam, że zasługuje na osobną opowieść - mówi Katarzyna. Od razu więc pisze i wydaje drukiem "Skrzydłaka" oraz "Wiersze z pazurkiem", z których jeden opisuje autentyczną historię kotów księdza Twardowskiego.
    - Po jego śmierci zrobiła się cała afera z kotami, które po nim zostały. Zakonnice kotów nie chciały. Z dnia na dzień zwierzęta zostały bezdomne. A przecież poeta, taki wspaniały człowiek! Więc choćby z szacunku dla Jego wierszy, dla Jego duchowości - żali się Caty. Do tomiku ilustracje zrobiła malarka z Rzeszowa, Basia Smoczeńska, i tak po prostu je przysłała. Znów wszystko się samo poukładało.

    Bo życie zaczyna się za horyzontem

    13 książek


    Do tej pory nakładem różnych wydawnictw ukazały się książki: "Pamiętnik Babuni", "Niebajki", "Skrzydłak", "Wiersze z pazurkiem", "Bajki z szafy", "Philo, kot w drodze", "Siedem sowich piór". Trylogia "Złociejowo", "Opowieść brązowego kota" i "Kroniki skrzata Kleofasa" oraz baśń miejska "Łopianowe pole" czekają na wydawcę. "Wdowie wzgórze"- właśnie opuszcza drukarnię. Zakończenie historii rodzinnej już zostało napisane.



    Tymczasem w kasinej szafie zamieszkała kotka z dziecmi. I Caty napisała "Bajki z szafy". Potem "Philo, kot w drodze", czyli - jak sama przyznaje - opowieść o facetach. Bo jakoś tak się dzieje, że potrzebujące zwierzaki same znajdują drogę do jej domu, a i ludzie wiedzą, jak na nią trafić. A zwierzęta i ludzie, ich historie, które czasem zazębiają się o jej życie są dla niej kopalnią pomysłów.

    - To, o czym piszę, przynajmniej mam taką nadzieję, ma ludzi uwrażliwić. Pokazać to, czego nie widzą lub nie chcą widzieć. Ból i cierpienie to temat niewygodny, na każdym poziomie. Mam napisaną fajną trylogię "Złociejowo" - taką baśń dla dorosłych, gdzie zwycięża dobro. Mam baśń miejską "Łopianowe pole" o tym, że i w mieście można odnaleźć krainę fantazji, że miejskie dzieciństwo może być piękne…

    Po pisane przez Caty historie dla dzieci niezwykle chętnie sięgają dorośli. Czytając płaczą i śmieją się. Na forach internetowych chętnie dzielą się swoimi emocjami po przeczytaniu książek. Podsuwają je swoim dzieciom, czytają razem. Piszą maile do autorki. Dlatego Katarzyna napisała też książkę dla tych, którzy zachowali dziecięcą wrażliwość i chcą się oderwać od codziennego wyścigu. "Wdowie Wzgórze" to powieść o trudnych miłościach, przeszłości, starości, która wcale nie musi być straszna.

    - Bo - tak jak w moim ukochanym powiedzonku: prawdziwe życie zaczyna się za horyzontem - tłumaczy Caty.

    Domowe stadko
    Katarzyna Ryrych mieszka w Wieliczce i pracuje w gimnazjum. - To dlatego, że lubię ekstrema - żartuje. Dlatego po szkole ujeżdza jedno i dwuślady. - Ostatnio, nawet bardziej niż powinny, wciągnęły mnie quady. Ogólnie uprawiam off road, również w sensie mentalnym.

    Gdy akurat nie pisze, nie jeździ po bezdrożach lub nie wychowuje młodzieży szkolnej - zajmuje się swoim domowym stadem. Śmieje się, że aktualnie składa się z dwóch gospodarskich kocurów, dwóch niezależnych kotek, trojga przygarniętych kociąt, dwóch dorosłych synów, i jednego męża oraz odchuchanego Sowacza.
    - Mąż dostał go kiedyś na stacji benzynowej - śmieje się Caty. - Pracownicy wcisnęli mu zamknięty karton ze słowami: "bo Wy przecież lubicie zwięrzeta". Przywiózł pisklaka w pudełku, a ja zobaczyłam: małe, puchate. Klasnęłam w ręce z okrzykiem "persik"! W następnej chwili biegłam z nią do zaprzyjaźnionego weterynarza, żeby mi powiedział, jak wychować sowę.

    Siedem sowich piór
    Sowa wychowała się całkiem dobrze. Nazywana przez Caty Zofią, a przez chłopaków Sowaczem, wyprowadziła się do ogrodu, na swoje. I zainspirowała kolejną książkę.
    "Siedem sowich piór" Katarzyna napisała na konkurs "Bajki Dzieci Europy" organizowany z okazji 25-lecia Centrum Zdrowia Dziecka. Tematem było oswojenie dzieci z problematyką choroby i śmierci.

    - Info o konkursie podesłała dziewczyna z forum, Mirka. Prawie mnie zmusiła do pisania. Gdy napisałam, zaczęło mi się wydawać, że to jednak strzał ze zbyt grubej rury, że poszłam po bandzie… a tu dostałam pierwszą nagrodę.
    Nic dziwnego. Mało jest książek dla dzieci, które bez cienia infantylizmu poruszają trudne tematy i próbują wytłumaczyć skomplikowany świat. "Siedem sowich piór" to mądre i pełne humoru opowiadanie o chorobie, która nie omija przecież także najmłodszych.



    Harleyem przez ukraiński step



    Niedawno Katarzyna znalazła na strychu pudełko z listami, w których był adres jej ciotki. Mieszka w Równym na Ukrainie.

    - Pewnego dnia zapakowaliśmy bety do samochodu i pojechaliśmy. Przyjęli nas od serca, zagrycha, wódeczka, dobre słowo, kotka na kolana. Jednym słowem dom gościnny, miłujący. Odgrzebaliśmy razem rodzinne opowieści.
    W styczniu tego roku dowiedział się o niej nieznany kuzyn Leszek z Zakarpacia. Wpadł z wizytą, więc przyjęliśmy go równie gościnnie, po polsku. Odgrzebali wspomnienia, przywołali pamięć o ludziach, którzy tworzyli ich wspólny, rozrzucony po Europie ród. I Kasia zaczęła pisać sagę.

    A dlaczego ze Smirnoffem w tle?
    - Bo każdej opowieści towarzyszy rodzinna impreza - Caty cieszy się z odzyskanych i od nowa pielęgnowanych więzi. Jak skończy - pojedzie Harleyem Davidsonem na Krym. Tam, gdzie jej korzenie. I pisanie idzie jej błyskawicznie.
    Dlatego ostatnie zdanie już jest. Brakuje tylko dwóch rozdziałów.
    - Się piszą - mruga Caty.

    ilustracje autorstwa Agaty Dudek pochodzą z książki siedem sowich piór"

    Katarzyna "Caty" Ryrych Siedem Sowich piór, czyli pamiętnik mojej choroby (fragment)

    Za oknem jest już lato. Sam nie wiem kiedy i jak nadeszło, ale już jest.
    Kiedy budzę się nad ranem słyszę, jak na starym kasztanie za oknem uwijają się ptaki. Robią tyle hałasu, bo uczą się latać.
    Dziadek opowiedział mi wszystko o ptakach. Wiem, że jaskółki latają nisko, kiedy będzie burza i wiem, że kukułka nie buduje domu, tylko oddaje swoje dzieci do rodziny zastępczej.
    Wiem, jak naśladować sowę i wiem, że jastrzębie potrafią wisieć w powietrzu, wypatrując zdobyczy.
    Bardzo nie chciałbym być taką myszą albo zającem. Trzeba cały czas przemykać jak najszybciej i udawać, że jest się niewidzialnym. Żeby nie zostać złapanym. Żeby nie umrzeć.
    Oj, znowu powiedziałem to SŁOWO. Zapomniałem, że tego SŁOWA nie należy tutaj wypowiadać.
    Nie wiem tylko, czy to ma sens - jeśli mówimy "odszedł" to znaczy po prostu to samo, co "umarł", ale przecież odejść to znaczy włożyć buty i kurtkę, i wyjść. A jeśli któreś z nas odchodzi - to po prostu znika. Bez słowa.
    No, skłamałem. Yul - tak go nazywaliśmy, bo był zupełnie łysy - powiedział nam wszystkim "cześć", ale może dlatego, że do końca wierzył, że wróci.
    Dorośli są naprawdę bardzo dziwni.
    Bardzo rzadko, ba, prawie nigdy nie umieją odpowiedzieć na najprostsze pytanie. Opowiadają bajki, w które nikt nie wierzy, i dlatego niektórzy z nas boją się jeszcze bardziej.
    Aha. To chyba przez te leki, którymi faszerują mnie bez przerwy. Zapominam. Gubię wątek.
    A przecież na samym początku powinienem był powiedzieć Wam, kim jestem, gdzie jestem i co tu robię.
    To może zaczniemy od początku.
    Mam na imię Wojtek, ale nazywają mnie Maślak, bo jak się mnie chwyci mocniej za rękę, albo jak się tylko lekko uderzę, zaraz robią mi się siniaki. Jestem w szpitalu i nie jestem do końca pewien, czy nie umieram.
    Co prawda nikt nie powiedział mi o tym otwarcie, ale miesiąc temu moja ciocia przyniosła mi taką książkę, co nazywa się "Bracia Lwie Serce" i drugą, o chłopcu, co miał na imię Oskar.
    Ta o Oskarze chyba bardziej mi się podobała, bo miejscami była śmieszna i często myślałem sobie, że byłoby fajnie, gdyby na nasz oddział przyszła Pani Róża...
    Na sali jest nas czworo, a tym trojgu Pani Róża przydałaby się na pewno.
    Bo ja - mam Dziadka.
    Może nie opowiadajcie o tym wszystkim, bo pewnie niektórzy mogliby pomyśleć, że ze mną jest coś nie tak. Ale to nieprawda.
    Jedyne co jest nie tak, to moje kolano, a głowa naprawdę jest w porządku, chociaż czasami po lekach zapominam i bywa, że niebieskie ściany sali zaczynają się kręcić.
    Ale z tym też nauczyłem się sobie radzić. Po prostu biorę głęboki oddech i zamykam oczy. Wtedy czuję się tak, jak w dniu kiedy ostatni raz byłem z moim Dziadkiem na karuzeli.
    Wszystkie dzieci pakowały się na drewniane konie albo na dinozaury, a ja wolałem łabędzia.
    Pewnego lata Dziadek zabrał mnie na wakacje nad jezioro. Wczesnym rankiem chodziliśmy obserwować wielkie białe ptaki, które zanurzały pod wodę długie, giętkie szyje i, startując do lotu, rozpryskiwały całe fontanny drobnych kropli wody. Ich wielkie skrzydła zaczynały melodyjnie szumieć, a wtedy Dziadek kładł mi rękę na ramieniu i mówił, że grają...
    I właśnie dlatego zawsze lubiłem kręcić się przy łabędziu.
    Więc kręci się w mojej głowie, a ja zamykam oczy i słyszę szum wielkich skrzydeł. Biały łabędź unosi mnie wysoko ponad posadzkę zieloną jak woda w jeziorze, chwile kołujemy nad białymi łóżkami i lądujemy pod kołdrą.
    Kiedy Sistra Pączek widzi, że dosiadam łabędzia, chwyta mnie za ramiona i sadza na łóżku.
    Pewnie boi się, że odlecę.
    Odlecę. Nasz oddział często nazywają Farmą Aniołów, bo odchodzimy zbyt często. Ale czego innego można się spodziewać, jeśli w dziesięciu pokojach mieszka czterdzieści Trudnych Przypadków?
    Anioły - a tak przynajmniej pokazane było na obrazku - maja wielkie, białe skrzydła, zupełnie jak łabędzie, i kiedy zapytałem Dziadka, dlaczego nie zamienił się w łabędzia, odpowiedział, że łabędzie mają skrzydła jak anioły i że w tym miejscu anioły mogą się źle kojarzyć.
    Jeśli o to chodzi, to mi na pewno źle się kojarzą.
    Jeżeli każdy ma Anioła Stróża - na obrazku Anioł Stróż prowadził dzieci bardzo wąską kładką nad wzburzonym potokiem - to gdzie był mój Anioł Stróż, kiedy grałem w piłkę i gdy napastnik przeciwnej drużyny niechcący kopnął mnie w kolano?
    Gdybym miał Anioła Stróża, to powinien był stanąć pomiędzy mną a Krzyśkiem i podsunąć swoje kolano, prawda?
    Ale kiedy powiedziałem o tym cioci, bardzo się zmieszała i poprosiła, żebym nie mówił bzdur.
    Ale przyznajcie sami - powinien był to zrobić, chyba że taki dzielny jest tylko na obrazku...
    Po tym kopnięciu kolano spuchło i zrobił się na nim guz. Najpierw malutki, potem większy.
    A potem okazało się, że to wcale nie jakiś tam zwyczajny guz.
    I dlatego znalazłem się w szpitalu.
    [...]

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (10)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (10) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo