Sprint techniką klasyczną był pierwszą konkurencją zaznaczoną w olimpijskim kalendarzu Polki czerwonym flamastrem. Im bliżej do startu, tym medialne prognozy robiły się coraz bardziej optymistyczne. Plany Kowalczyk, jakiekolwiek by nie były, posypały się jednak po kolizji z Norweżką Ingvild Flugstad Oestberg na ostatnim zjeździe.
- Ziściło się to, czego się najbardziej obawiałam, choć w nieco inny sposób. Początek kłopotów zaczął się na samej górze. Oestberg uparła się, że pierwsza ruszy na zjazd, a potem przez jej błędy traciłyśmy prędkość. Jadąc tak blisko za nią nie mogłam zareagować, chyba żebym się skuliła i przejechała jej między nogami. Żartuję, a to nie czas na żarty. Potem inne dziewczyny na nas najechały z tyły i tyle – opowiadała narciarka z Kasiny, która ostatecznie została sklasyfikowana na 22. miejscu.
Spore rozczarowanie. Zwłaszcza dla Kowalczyk. - Może półfinał był w zasięgu, ale gdybym tak jak Julija Biełorukowa (Rosjanka wygrała ten ćwierćfinał, a potem zdobyła brąz - red) biegła cały czas z przodu, to by się takie rzeczy nie zdarzyły. Gdyby to był dzień na wygrywanie, to nie byłoby takich historii, po prostu – komentowała Polka, nie szukając wymówek. - Miałam dobrze przygotowane narty na podbiegi, wydolnościowo czułam się dobrze, ale czegoś zabrakło. Sprint to nie tylko dwa podbiegi.
Gdy rozmawiała z dziennikarzami pojawił się Kamil Bury, który niespodziewanie awansował do ćwierćfinału męskiego sprintu.
- Idzie nowa gwiazda biegów – zarekomendowała go z uśmiechem Kowalczyk.
- Nie podpisuję się na razie pod tym, wolałbym udowodnić to wynikami – sprytnie wybrnął 22-latek z Istebnej, dla którego udział w ćwierćfinale igrzysk to życiowe osiągnięcie. Tym bardziej że do Pjongczangu dostał bilet last minute, o tym, że leci do Korei dowiedział się pod koniec stycznia. A okazał się lepszy od Macieja Staręgi, który nawet nie przebrnął eliminacji (38. pozycja).
- To wszystko przerosło to moje oczekiwania, niejeden był zaskoczony tym wynikiem, a wiele osób będzie szczęśliwych – mówił Bury. W swoim ćwierćfinale dobiegł ostatni, z 15 sekundami straty, co dało mu 30. miejsce. - Czy dało się więcej? Gdyby były siły, to by się dało. Ale mały niedosyt mam. Przede wszystkim chciałem jednak udowodnić, że nie przyjechałem tu po nic, tylko walczyć z tymi najlepszymi.
Złoto zdobył 21-letni Norweg Johannes Hoesflot Klaebo. Podium uzupełnili Włoch Federico Pellegrino oraz Rosjanin Aleksander Bolszunow.
W rywalizacji kobiet startowały też Sylwia Jaśkowiec i Ewelina Marcisz. Udział skończyły na eliminacjach. - Dla mnie to był ważny start o tyle, że po biegu łączonym w sobotę organizm trochę cierpi, jest podmęczony, więc ten sprint był dzisiaj bardzo dobry, żeby to troszkę „przerobić” – mówiła ta pierwsza. W czwartek bieg na 10 km techniką dowolną. Kowalczyk nie weźmie w nim udziału. Zbiera już siły na sobotnią sztafetę.
Stefan Horngacher: Nie jestem rozczarowany, skoki były bardzo dobre