Pod skrzydłami

Jolanta Zielazna [email protected] Fot. Tadeusz Pawłowski
Przez kilka lat układ funkcjonował bez zgrzytów. Andrzej miał zapewniony dach nad głową i utrzymanie. I chyba myślał, że tak już będzie.

     Andrzej jeszcze niedawno miał na imię Andriej. Od roku ma obywatelstwo polskie. I tak Bezlepkin, wnuk Polaków osiedlonych w głębi Rosji, stał się Andrzejem, repatriantem z Kazachstanu. Dziś ma niewiele ponad 20 lat, cztery ostatnie spędził w Polsce.
     W ubiegłym roku, na kursie języka polskiego dla repatriantów, nie mógł się nachwalić Fundacji Żołnierzy Pomorskiego Okręgu AK. Gdyby nie ona, gdyby nie Ryszard Kędzierski, jej założyciel, Andrzej nigdy nie przyjechałby do Bydgoszczy. Fundacja zaprosiła, daje mieszkanie, utrzymanie. Jeszcze wcześniej był tu na jej koszt, skończył studium hotelarskie. No, wprost brakowało słów wdzięczności.
     A niedawno Andrzej przyszedł z pretensjami. Traci dach nad głową! I to teraz, gdy ściąga brata, żeby uczył się w Bydgoszczy. Fundacja obiecała, że załatwi zgodę na podział swojej siedziby i część przeznaczy dla Bezlepkina na mieszkanie. - Wszystkie decyzje już były, że to moje mieszkanie. Pieniądze ode mnie chcieli. Teraz się okazuje, że nic nie załatwili - mówi rozgoryczony.
     Fundacja musi się wyprowadzić, bo nie płaci czynszu. Jemu kazali pisać o mieszkanie do prezydenta.
     Zaprosili niczym gmina
     Gdyby nie bydgoska Fundacja AK Bezlepkin obywatelstwa polskiego by nie dostał, to bez dwóch zdań. Bo musi być ktoś, kto zapewni warunki: mieszkanie i pracę. Jeśli zaprasza gmina, to jej obowiązek.
     Andrzeja zaprosiła Fundacja Żołnierzy Pomorskiego Okręgu AK. Sprawę chłopaka omawiano chyba na trzech posiedzeniach. Prezes Ryszard Schodowski miał duże opory. - Rozmawialiśmy z Andrzejem, że Fundacja to nie gmina i nie jesteśmy w stanie niczego mu zapewnić. Wiedział, że to tylko na papierze. Andrzej zapewniał, że niczego nie oczekuje, zależy mu tylko na obywatelstwie. _Podpisali więc u notariusza, że przez co najmniej rok Fundacja zapewnia mu dach nad głową i pracę na etacie.
     Andrzej od lipca ubiegłego roku ma obywatelstwo polskie. Jak z umową z Fundacją było mówić nie chce.
     Wcześniej Kędzierski i Schodowski utrzymywali go na własny koszt. Załatwili szkołę, dbali, interweniowali, jeśli trzeba było.
- Obaj traktujemy go jak syna - mówi Ryszard Schodowski. I stara się łagodzić złe wrażenie, tłumaczyć. Pokazuje, że naprawdę robią wszystko, by chłopakowi pomóc. Nie można im zarzucić, że zostawili rodaka samego sobie.
     Podzielimy, załatwimy
     W zarządzie Fundacji wymyślili, że za jednym zamachem załatwią więcej.
- Chcieliśmy ugotować dwie sprawy - mówi prezes Schodowski. - Nie dajemy rady finansowo, lokal jest dla nas za duży. A jednocześnie Andrzej miałby gdzie mieszkać.
     Uradzili, że dobrze byłoby podzielić lokal na dwie części. W końcu jest to 190 metrów kwadratowych w dobrym punkcie Bydgoszczy, przy ul. Dworcowej, a układ jest taki, że można wydzielić mieszkanie z osobnym wejściem. Przyznać je Bezlepkinowi, żeby mógł ściągnąć rodzinę. Resztę są w stanie opłacić.
     To byłoby rozwiązanie, bo już zalegali z czynszem.
     Lada dzień nie nadszedł
     Korespondencja w tej sprawie zaczęła się z bydgoskim ratuszem we wrześniu ubiegłego roku, wkrótce po tym, jak Andrzej Bezlepkin dostał polskie obywatelstwo. Fundacja wymieniała się z ADM pismami, pomysł podziału wstępnie został zaakceptowany przez zarząd miasta. Z rozmów z wiceprezydentem Tadrzakiem Ryszard Kędzierski wyszedł przekonany, że miasto pomoże.
     Na żadnym piśmie nie ma jednak obietnicy, że część lokalu na pewno otrzyma repatriant. Są za to ponaglenia, by spłacać zaległości.
     Ale z czego? Fundacja czekała na pieniądze od Andrzeja. Tak się przecież umówili, zanim zimą wyjechał do Kazachstanu. Miał oddać koszty urządzenia łazienki, która po podziale przypadłaby jemu. Podobno wszystko z rodzicami uzgodnił i podobno się zgodzili. Lada tydzień wpłacą na konto. Podobno, bo wszystko wydzwaniano na odległość, przez komórkę.
     Tygodnie mijały bez Andrzeja i bez pieniędzy. Tylko administracja upominała się o coraz większe zaległości. Trzeba przyznać, że i tak miała cierpliwość. Wyznaczyła jeden termin, drugi, potem terminy na opuszczenie lokalu i proponowała inną siedzibę. Mniejszą, tańszą.
     Sprawa podziału też w końcu upadła. Gdy terminy mijały, a pieniędzy nie było, miasto w końcu czerwca ostatecznie nie zgodziło się na wydzielenie mieszkania i przyznanie go repatriantowi.
     Miasto powinno dać
     Bezlepkin wrócił z Kazachstanu po kilku miesiącach, na początku lipca i powiedział, że pieniędzy nie będzie.
- Zwodził nas - mówi Schodowski. - Jak byśmy nie czekali, sprawę można było załatwić wcześniej. Ale czekali. I z kilku tysięcy złotych zaległości zrobiło się kilkanaście.
     A on przyjechał wyuczony, że na mieszkania dla repatriantów miasta dostają pieniądze od państwa. I miasto powinno mu dać. Nie musi nic Fundacji płacić.
     Tu go nie znają
     W Urzędzie Miasta działa specjalny zespół zajmujący się repatriantami, ale Bezlepkina tam nie znają. Wiedzą, że jest, że na zaproszenie Fundacji pana Kędzierskiego. W ubiegłym roku dostał jednorazową pomoc przysługującą repatriantom. O nic więcej nie prosił.
     Dopiero niedawno Andrzej Bezlepkin napisał do prezydenta wniosek o przydzielenie mieszkania. Upomniał się też o stypendium, które podobno miał od miasta obiecane, a nie dostał. Więc teraz zaczęły się poszukiwania po archiwach, o jakie stypendium chodzi? Miasto takiego przyznać nie mogło.
     
- Nie widzimy sposobu, prawnej możliwości, żeby pomóc - wyjaśnia wiceprezydent Krzysztof Tadrzak. Sprawę zna dobrze, bo jeszcze niedawno problemy mieszkaniowe należały do niego i prezesi Fundacji do niego przychodzili ze swoimi kłopotami. - To zaproszenie było postawione na głowie, nic z nami nie uzgadniano. Ominięto wszelkie procedury dotyczące mieszkania i pracy.
     Przyjechał na krótko
     A teraz jest problem. Andrzej jest teraz jednym z grubo ponad setki oczekujących na stałe mieszkanie. Są wyjątkowe sytuacje, gdy prezydent może zmienić kolejność, jeśli radni to zaakceptują. Czy zaakceptują?
     Prezes Schodowski mimo wszystko nie żałuje, że zaprosili chłopaka.
- Byliśmy przekonani, że trzeba podać mu rękę. Dostał szansę, uczył się. Ale może i trochę go popsuliśmy tą pomocą? Można by od niego oczekiwać większej aktywności w urządzeniu sobie życia. _
     Nie ma wątpliwości, że Fundacja Żołnierzy Pomorskiego Okręgu AK dalej będzie czuwać nad swoim podopiecznym. Ale jak długo? Sama ma kłopoty. I nic w tym złego, że namawia chłopaka, by sam stanął na nogi.
     Andrzej szkołę skończył dwa lata temu. Ze studiami coś nie wyszło. Nie uczy się, stałej pracy też nie ma. Nad szczegółami, jak sobie radzi przemyka. Nie wiadomo, co teraz myśli dalej zrobić. Pobył w Bydgoszczy krótko i wyjechał do Kazachstanu. Komórka odpowiada: Abonent jest czasowo niedostępny. Proszę zadzwonić później.
     

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie