Publikuj bestsellery albo giń

    Publikuj bestsellery albo giń

    Rozmawiał Roman Laudański roman.laudański@pomorska.pl

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Tadeusz Zysk, właściciel poznańskiego Wydawnictwa “Zysk i S-ka”. Mieszkając w Poznaniu nadal uważa się za bydgoszczanina

    Tadeusz Zysk, właściciel poznańskiego Wydawnictwa “Zysk i S-ka”. Mieszkając w Poznaniu nadal uważa się za bydgoszczanina ©fot. autor

    Rozmowa z <b>Tadeuszem Zyskiem</b>, wydawcą.
    Tadeusz Zysk, właściciel poznańskiego Wydawnictwa “Zysk i S-ka”. Mieszkając w Poznaniu nadal uważa się za bydgoszczanina

    Tadeusz Zysk, właściciel poznańskiego Wydawnictwa &#8220;Zysk i S-ka&#8221;. Mieszkając w Poznaniu nadal uważa się za bydgoszczanina ©fot. autor

    - Krąży legenda, że Tadeusz Zysk włożył rękę w stos maszynopisów i wyciągnął bestseller "Dom nad rozlewiskiem" Małgorzaty Kalicińskiej.

    - Przesada. Przed Bożym Narodzeniem wziąłem z wydawnictwa coś do czytania. Wciągnęło mnie i zaraz po świętach zadzwoniłem, że biorę. Autorka zapytała, czy przeczytałem całość? No, nie, ale biorę. Poprosiła o potwierdzenie. Zapewniłem, że u mnie z autorem jest jak ze ślubem - nie praktykujemy rozwodów.
    Umowę wysłaliśmy następnego dnia. Zaraziłem ludzi w wydawnictwie, że to hit. Część uwierzyła, część nie. Miłym zaskoczeniem było to, że młode redaktorki też były książką zafascynowane. A powieść, nie dość, że napisała ją 50-latka, to opowiada również o 50-latce.

    - Jak Małgorzata Kalicińska zareagowała na gotową książkę?

    - Miała łzy w oczach, kiedy zobaczyła ją na wystawie w księgarni. Wydaliśmy 7 tysięcy nakładu, to było dużo. Modliła się, żeby sprzedała się dobrze. Dwa miesiące później robiliśmy już dodruk. Była przerażona, że się utopimy.

    - Książki to jest dobry pomysł na biznes?

    - Bliski mediom. Wymaga kreatywności. Wydawcy mają takie powiedzenie: publikuj bestseller albo zgiń. Innej możliwości nie ma. Na szczęście mamy bestsellery.

    - Co bydgoszczanin robi w Poznaniu?

    - Właściwie to urodziłem się w Warszawie, ale przyjeżdżaliśmy często do Nowego Dworu pod Koronowem, gdzie mieszkali dziadkowie. Przed wojną ojciec pracował w bydgoskiej piekarni u Niemca, ale w 1939 roku wszystko się zmieniło. Po wojnie ojciec dostał gospodarstwo nad Bugiem, tam założył piekarnię, ale w 1960 roku Gomułka, w ramach likwidacji kapitalizmu, zlikwidował ją i ojcu zaproponowano pracę w geesie. On nigdy nikogo się nie słuchał, spakował manatki i wróciliśmy na Pomorze. Najpierw mieszkaliśmy w Nowym Dworze, później ojciec otworzył piekarnię w Bydgoszczy przy ul. Pomorskiej 35, róg Kwiatowej. Ściągnął rodzinę do Bydgoszczy. Tu kończyłem szkołę podstawową, a później technikum chemiczne. Najciekawszy okres mojego życia przeżyłem w Bydgoszczy. Pierwsze, dobre i mocne przyjaźnie zaczęły się właśnie tu.

    - Technikum - przepraszam - chemiczne?

    - Szkoła była trudna, nieprzyjazna "środowiskowo". Praktyki w "Zachemie". Często osoby w moim towarzystwie krzywiły nos, bo nasiąkaliśmy chemicznymi smrodami. W mojej klasie był Antoni Szpak, mimo chemii było wesoło. Historyk i katecheta zarazili mnie pasją historyczno-filozoficzną. Nauka szła mi dobrze. Wymyśliłem sobie, że będę studiował socjologię w Poznaniu.

    - I Bydgoszcz straciła Tadeusza Zyska.

    - Nic jeszcze nie było przesądzone. Pierwszy raz w życiu pojechałem do Poznania na egzaminy wstępne. Źle wykalkulowałem czas i zdążyłem w ostatniej chwili.

    - Ojciec nie chciał, żeby pan został w piekarni?

    - Byłem najstarszym synem i pomagałem ojcu prowadzić rachunki. To była wprawka do przyszłego prywatnego biznesu. Ojciec bardzo chciał, żebym przejął po nim piekarnię. Zresztą kilka domów dalej był Sowa, z którym chodziłem do klasy. Jeden z jego synów zbudował później imperium piekarnicze. Stary Sowa pochodził z Grudziądza, przed wojną przyjechał do Bydgoszczy. Miałem głowę do książek i marzyłem o karierze naukowej. Później zrobiłem doktorat. W tym czasie miałem pół etatu z filozofii i psychologii społecznej na ATR-ze. Gdybym nie poznał żony z Poznania, to zostałbym w Bydgoszczy.

    - Jak wygląda dzisiejsza Bydgoszcz z poznańskiej perspektywy?

    - Zakochałem się w poznaniance, mieszkam w Poznaniu, ale to wszystko wynika z mojego wcześniejszego pobytu w Bydgoszczy, której brakuje poznańskiego zorganizowania. Władze Poznania potrafią bardziej dbać o standard życia mieszkańców. Bydgoszcz ma duży potencjał, ale mniej dba o ludzi. Moim zdaniem Bydgoszcz jest miastem z etosem. Jako wydawca namawiałem bydgoskiego pisarza, Grzegorza Musiała, żeby napisał kryminał o Bydgoszczy, szczególniej tej przedwojennej. Kiedy przyjechałem do Bydgoszczy, miasto miało niesamowitą atmosferę. Pamiętam, że w dzieciństwie łapaliśmy raki przy śluzach w okolicy kina "Orzeł". Poznań potrafił zainwestować w drogi, infrastrukturę, zadbać o budynki, a tego brakuje mi w Bydgoszczy. Przedwojenną Bydgoszcz zamieszkiwali od wieków Polacy i Niemcy. Później - w odróżnieniu od Poznania - stała się miastem różnorodnym. W Poznaniu trzeba dużo zrobić, żeby miejscowi cię przyjęli i zaakceptowali. Poznań - moim zdaniem - jest zamknięty, hermetyczny, a Bydgoszcz wydaje się otwarta. Różna, także politycznie i kulturalnie. Jest kotłem, pod którym wciąż się tli. W przeciwieństwie do trochę zapyziałego i hermetycznego Torunia, który jest ładny, ale nigdy nie chciałbym w nim mieszkać.

    - Kiedy zajął się pan książkami?

    - A to też związane jest z Bydgoszczą. W drugiej połowie lat 80. powstało Wydawnictwo "Pomorze". Jeden z moich studentów zapytał, czy nie mógłbym pomóc, bo znam się na książkach. Podsuwałem pomysły i było to moje pierwsze doświadczenie wydawnicze. Równolegle w Poznaniu powstawało Wydawnictwo "Amber", też pomagałem. W Polskiej Akademii Nauk nie zarabiałem dużo, z radością dorabiałem w wydawnictwach. Robiłem habilitację w Warszawie, w domu była trójka dzieci. Żona pracowała na uczelni, nie zarabiała dużo. Stanąłem przed dylematem: albo przeniosę się do Warszawy i tam zrobię karierę naukową, albo inaczej zarobię na rodzinę. Zdecydowałem, że zostajemy w Poznaniu i razem z kolegą założyliśmy Wydawnictwo “Rebis".

    - Czy zakładając własne wydawnictwo, nie miał Pan obawy, że książki i czytelnictwo umierają w Polsce?

    - Dwie trzecie Polaków w ciągu roku nie czyta żadnej książki. W Niemczech jest odwrotnie. Statystyczny obywatel kupuje pół książki rocznie. Holender - 17, Niemiec - 15, a Czech - 3,5 książki. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii miała miejsce potężna promocja czytelnictwa. Wydawcy angielscy wskazują, że przy pomocy państwa, ośrodków medialnych dokonano skoku i rynek się nie załamał. W Stanach Zjednoczonych politycy pokazywali się z książkami, czytali je, uratowali czytelnictwo. W Polsce, niestety, tego jeszcze nie ma. Wierzę w autorów, że napiszą dobre książki, ale Budka Suflera śpiewała kiedyś: "scenarzysta forsę wziął, potem poszedł pić i z dialogów wyszło dno, zero, czyli nic". Z tym się trzeba liczyć.

    - Z "Zaklinaczem koni" Nicholasa Evansa poszło wam świetnie.

    - "Zaklinacza" kupiłem w połowie maszynopisu, nie był jeszcze hitem, a byliśmy na czwartym miejscu w świecie pod względem sprzedanych egzemplarzy! "Dziennik Bridget Johnes" - podobny wynik. Opowiadałem panu swoją historię. Gdzieś po drodze byli ciekawi nauczyciele, przyjaciele i koledzy. Ojcu pomagałem liczyć słupki. Także dzięki Wydawnictwu "Pomorze" potrafię znajdować bestsellery. Wydając książki, uczyłem się rynku. Zacząłem szukać polskich autorów i tytułów. Ludzie mieli już przesyt zachodniej literatury, mogli mieć problemy z jej strawieniem. Jestem polskim wydawcą i powinien promować naszych autorów.

    - I chętnie do was przychodzą?

    - Z tym bywa różnie. Ogłosiliśmy konkurs na polską powieść współczesną. Wygrała Hanna Kowalewska książką "Tego lata w Zawrociu". Dobrze się nadal sprzedaje. Najlepiej - książki podróżnicze Wojciecha Cejrowskiego. Nie miał wydawcy, ponieważ jest osobą kontrowersyjną politycznie i osobowościowo. Ja nie jestem od wydawania cenzurek. Nauczyłem się, że z większością dobrych autorów - mimo trudności - trzeba rozmawiać. Zachwyciłem się "Gringo" Cejrowskiego. Wspaniała. Teraz inni wydawcy patrzą z zazdrością, że “Zysk" wydaje Cejrowskiego.

    - Ile tytułów rocznie wydajecie?

    - Ponad sto nowości, za dużo. Pamiętam rozmowę z wydawcą amerykańskim, który mi poradził: wydawaj mniej, ale staranniej. Rezerwuj inne tytuły, ale nie możesz konkurować sam ze sobą. Tak zniszczono nasz rynek. Ludzie nie odróżniali dobrych książek od złych. Wszystko się zlało, bo każdy liczył, że pokona konkurencję.

    - Przyszłość książki?

    - Powieść papierowa przetrwa. Autorzy i wydawcy będą dążyć do formy elektronicznej. Papier zostanie. Książki naukowe, podręczniki pójdą w elektronikę.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo