Strajk chłopski - wspomnienia Antoniego Kusia

Antoni Kuś, Rojewo. Pozostały tylko krzyż i chłopska pamięć
fot. sxc
W gronie strajkujących w siedzibie ZSL-u w Bydgoszczy nie znalazłem się przypadkowo. Ruch opozycyjny w środowisku chłopskim na Kujawach tworzyć się zaczął na długo jeszcze przed sierpniem 1980 roku.

Jego zalążkiem były powstające po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie z inspiracji Jacka Kuronia, na wzór KOR-u, Komitety Obrony Chłopów.

Ówczesnej rzeczywistości nie akceptowałem, jak wielu. Nie odpowiadała mi też bierność. Chciałem coś zrobić, czułem - że muszę zacząć działać. Poznałem paru ludzi o podobnych poglądach i potrzebie działania. Zakładaliśmy nieformalne kółka rolnicze nawiązujące do dawnej, przedwojennej tradycji. Spotykaliśmy się grupkami w domach, a kiedy zrobiło się nas więcej, organizowaliśmy potajemnie zebrania. Najczęściej w kościołach. Najpierw w Inowrocławiu - w kościele Matki Boskiej, potem, kiedy ruch objął już całe województwo, jeździliśmy do Bydgoszczy, do kościoła jezuitów przy pl. Kościeleckich. Pantoflową pocztą dowiadywaliśmy się o wydarzeniach na południu i wschodzie kraju, o przyspawaniu pociągu do szyn czy zablokowaniu wyładunku. Cieszyliśmy się, czując, że koniec tego systemu nieuchronnie się zbliża.

Sierpniowy strajk w stoczni przyjęliśmy z entuzjazmem. Pilnie śledziliśmy jego przebieg, całym sercem byliśmy ze stoczniowcami. Po latach często mnie pytano, czemu nikt z chłopów do nich nie pojechał. Wtedy spokojnie wyjaśniałem, że byliśmy, ale tylko na krótko. Zawieźć stoczniowcom chleb. Bo to był sierpień. A w czasie żniw żaden chłop nie zostawi zboża na polu. l tak jakoś wyszło, że zanim uporaliśmy się z najważniejszymi pracami, to już było po strajku.

Tak było w całym kraju. Dopiero kiedy wszystko z pól było już uprzątnięte, pod koniec września i w październiku zaczęły się chłopskie protesty. Padł pomysł zawiązania na wzór robotniczej - "Solidarności" wiejskiej. Teraz był nasz czas i nasza kolej. Wniosek o rejestrację został złożony i tak sobie leżał i leżał...

Na początku 1981 roku miał miejsce strajk w Rzeszowie połączony z okupacją budynku tamtejszej Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych. Najpierw jeździli tam różni koledzy, żeby dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi, bo nie mieliśmy na ten temat żadnych informacji. W końcu pojechałem i ja z całą grupą z naszych Kujaw. Byliśmy tam kilka dni, długo rozmawialiśmy z protestującymi. Poznaliśmy ich poglądy, a oni nasze.

Na koniec tego strajku podpisano tak zwane porozumienia rzeszowskie. Był przy tym również Wałęsa. Ale przy tych porozumieniach nie doszło do powstania związku "Solidarności" rolniczej. Tam, w Małopolsce, taki postulat nie był tak popularny jak u nas na Kujawach, a strona rządowa nawet nie chciała o tym słyszeć. Strajkującym chodziło przede wszystkim o dostęp do środków produkcji, chcieli też postania "Solidarności" wiejskiej, łączącej wszystkich mieszkańców wsi. Trudno było ich przekonać do naszych postulatów zorganizowania "Solidarności" chłopskiej. Ludzie z Warszawy i Polski centralnej chcieli natomiast nowego związku producentów rolnych. Dopiero wówczas zdaliśmy sobie tak naprawdę sprawę, jak bardzo rozbieżne są w Polsce interesy chłopów, wynikające z tak, wydawałoby się odległych, podziałów kraju pomiędzy zaborców. Nie zniechęciło to nas jednak. Mieliśmy naszą własną wizję związku jednoczącego rolników, robotników i inteligencję. Tylko w takim mogliśmy złożyć wszystkie nasze nadzieje.

Przez długie miesiące po sierpniowym przełomie zgłaszaliśmy nasze postulaty, ale bez skutku. Władza przekonywała, po co nam związek, po co nam chłopska "Solidarność", jak mamy tak podobno dobrze działające kółka rolnicze. Ale nam nie o takie kółka chodziło, jakie były w PRL-u, kiedy to pełniły rolę organizacji zajmującej się produkcją i organizacją życia na wsi. Nam szło już nawet nie o te prawdziwe kółka, zakładane jeszcze w okresie zaborów przez księdza Wawrzyniaka, które miały służyć obronie chłopskich interesów. Chcieliśmy działać dwutorowo. Dostać zgodę na działalność zarówno odnowionych kółek jako organizacji gospodarczej i "Solidarności", związku zawodowego, żeby bronił naszych interesów. Był tylko jeden paradoks. Miałby to być związek reprezentujący zarówno pracodawców jak i pracowników. Bo to już taka chłopska specyfika, że jest się właścicielem i jednocześnie pracownikiem. Co to da, że się ktoś czuje szefem, kiedy krowy trzeba samemu wydoić, świnie nakarmić i w pole wyjechać ciągnikiem.

Bardzo długo nikt tego "u góry" nie mógł zrozumieć i uparcie odpowiadał brakiem zgody na wszystkie postulaty. Bo taka sytuacja rzeczywiście była ewenementem na skalę Europy środkowo-wschodniej, wszak tylko w Polsce zachowała się na taką skalę w bloku sowieckim prywatna własność ziemi.

"Solidarność" robotnicza w zakładach zimą 1981 roku była już znaczącą siłą. My nie postąpiliśmy ani kroku do przodu. To zrozumiałe, że w takiej sytuacji człowiek decyduje się na desperackie kroki. Nasz protest, choć nie wiedzieliśmy jeszcze, w jakiej formie, zbliżał się coraz większymi krokami.

29 stycznia 1981 roku w Bydgoszczy zorganizowaliśmy zjazd Krajowej Rady "Solidarności Chłopskiej". Na początku lutego - ogólnopolskie spotkanie z mszą w bazylice, na którą przyszło z 10 tysięcy ludzi. Podczas homilii biskup Jan Michalski głośno poparł nasze prawo do posiadania samodzielnego związku. Potem był przemarsz na Stary Rynek. Byliśmy z naszymi postulatami w Urzędzie Wojewódzkim. Usłyszeliśmy stanowcze "nie!". To wtedy w Inowrocławiu chłopi postanowili zorganizować strajk głodowy. W kościele. Udział w nim wziąć miało siedemnaście osób. Do rezygnacji z głodówki nakłonił nas biskup Michalski.

Liczyliśmy, że coś się zmieni podczas wojewódzkiego zjazdu "starych" kółek 23 lutego w Bydgoszczy. Nas tam jednak nie wpuszczono. No to 8 marca w Domu Kultury "Belmy" zorganizowaliśmy własny zjazd "nowych" kółek i zażądaliśmy ich połączenia ze "starymi". Usłyszeliśmy wtedy, że to niemożliwe, bo jesteśmy "nielegalni"... Cztery dni później wybrany przewodniczącym "nowych" kółek Stanisław Mojzesowicz pojechał na naradę WZKiOR, licząc, że bez władz uda mu się dogadać, jak chłop z chłopami. Nie chcieli z nim nawet rozmawiać.

W Bydgoszczy mieliśmy też spotkanie z Janem Rulewskim. Kiedy mu wszystkie nasze postulaty przedstawiliśmy i poprosiliśmy o poparcie, zapewnił nas, że 19 marca będzie sesja WRN w Bydgoszczy, podczas której "Solidarność" przedstawi sprawy rolników i nasze postulaty będą omawiane.

Ale los chciał, żeby stało się zupełnie inaczej.

W Bydgoszczy przy ulicy Zygmunta Augusta przy dworcu PKP była siedziba WZKiOR, czyli Wojewódzkiego Związku Kółek i Organizacji Rolniczych, starej "dobrej" PRL-owskiej organizacji. Z WZKiOR po sąsiedzku w jednym budynku mieścił się Wydział Geodezji Urzędu Wojewódzkiego. Jeden z geodetów, nasz człowiek, przyniósł kiedyś tajną mapę. Patrzymy, a tam wszystkie gminy w województwie zaznaczone na kolorowo, jakieś kwadraciki, trójkąciki. Po analizie doszliśmy do wniosku, że był plan przymusowej kolektywizacji polskiej wsi, a na mapie narysowane były wzory likwidacji gospodarstw indywidualnych i wcielenia ich do PGR-ów, spółdzielni produkcyjnych i SKR-ów. To było uzasadnione przypuszczenie, że władza coś szykuje, bo my przez cały czas byliśmy takim województwem doświadczalnym. Kiedy miały wejść w życie jakieś zmiany związane z rolnictwem, to zawsze najpierw wprowadzano eksperymenty u nas.

Ta mapa województwa bydgoskiego w naszym środowisku wzbudziła nielichą sensację, została pokopiowana i piorunem obiegła cały region pod hasłem "kołchozy będą robić!". To był argument, który przekonał niedowiarków, że nadszedł czas bardziej zdecydowanych działań. Najpierw powstał plan okupacji przez ludzi z naszych kółek siedziby WZKiOR w Bydgoszczy. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że bezpieka ma swoich ludzi i pomiędzy nami, że ta wieść się rozejdzie i na pewno władza będzie na taki krok przygotowana. Była to zatem pewnego rodzaju "podpucha".

l tak faktycznie było. Umówiliśmy się wszyscy chętni do akcji na poniedziałek, 16 marca, na 8.30 przed drzwiami do WZKiOR. Żeby dojechać do Inowrocławia autobusem a stamtąd do Bydgoszczy pociągiem musiałem wstać o 5 rano. Pożegnałem się z rodziną, mówiąc, że nie wiem, kiedy wrócę. Było mi ciężko wyjeżdżać, ale wiedziałem, że muszę, l spotkałem się ze zrozumieniem.

O wyznaczonej porze przed "kółkami" zebrało się tak około 40 osób. "Co robić?" - każdy pytał, bo drzwi były zamknięte na głucho, w oknach kraty pozakładane, nie było żadnej możliwości wejścia do środka. Co teraz? Jakoś głupio byłoby wracać do swoich. Stoimy tak przed dworcem i stoimy, debatujemy, aż ktoś rzucił hasło, że stąd blisko jest do Wojewódzkiego Komitetu Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego przy ul. Dworcowej i tam pójdziemy.

Dostałem razem z kolegą z Rojewa, Włodkiem Kustrą, zadanie, żebyśmy tam weszli na razie tylko we dwójkę. Chodziło o to, żeby nie wywołać paniki. Mieliśmy nikogo do budynku nie wpuszczać i nikomu nie pozwolić wyjść. Zajęliśmy więc pozycję na schodach i wszystkich interesantów zaczęliśmy odsyłać z kwitkiem, mówiąc, że jest zamknięte i dzisiaj nikt tu nie przyjmuje. Chwilę tak postaliśmy, ale nasi jeszcze się nie pojawili. Poczuliśmy się głodni, bo od śniadania minęło kilka godzin. Kupiliśmy sobie w sklepiku na dole suche buły i jedliśmy, popijając mlekiem i dalej pilnowaliśmy wejścia.

Musiało to śmiesznie wyglądać, ale my byliśmy przez cały czas niespokojni.Po kwadransie weszła do środka cała nasza grupa. W międzyczasie dokładnie uzgodnili plan działania. Każdy wiedział, gdzie kto ma wejść i co zrobić. Część zablokowała wejście i schody, grupki rozeszły się po kolejnych piętrach do pokojów, a niektórzy zajęli się odcinaniem łączności. Do gabinetu prezesa WK ZSL, Antoniego Wesołowskiego z Mogilna, wszedł sam Stanisław Mojzesowicz. Przy sekretarce, pani Ewie Niedbalskiej, wyrwał sznur z gniazdka telefonicznego i oznajmił, że nikomu nie wolno nigdzie dzwonić, ani opuszczać budynku. Prezes był w swoim gabinecie, ale jakimś cudem znikł. Nawet mówiliśmy, że chyba miał jakieś tajne przejście. Był człowiek i od razu nie było człowieka. Spanikował.

W siedzibie ZSL większość przebywających stanowiły urzędniczki. Kobiety naprawdę były wystraszone naszą obecnością. Niektóre nawet mdlały. Najpierw chcieliśmy przekonać działaczy partyjnych, by nam pomogli w rejestracji związku i dopóki to się nie stanie, mieliśmy zamiar nie pozwolić nikomu wyjść. Po południu jednak trzeba było zmienić stanowisko. Kobiety zaczęły prosić o wyjście, bo to dziecko z przedszkola trzeba odebrać, a to musi zanieść do domu zakupy.

Zwolniliśmy więc najpierw większość pracownic, a potem właściwie wszystkich, którzy nie chcieli zostać. Pozostało jedynie parę osób, które mówiły, że muszą pilnować niejawnych dokumentów. Takie polecenie dostali przez czarny telefon łączący bezpośrednio siedzibę WK ZSL z Urzędem Wojewódzkim i bydgoskim "Białym domem", czyli siedzibą KW partii.

Po południu w budynku zrobiło się cicho i spokojnie. Każdy siadł, gdzie mógł, część drzemała. Wszyscy zadawaliśmy sobie nieustannie pytanie, co dalej? Na rozmowach zszedł czas. Potem rozdzieliliśmy między siebie zadania. Najsilniejsza ekipa musiała być na parterze, by pilnować drzwi. Kiedy wieczorem przyszło zmęczenie, zalegliśmy, gdzie kto mógł, na podłodze, krześle, fotelu i zasnęliśmy po tylu przeżyciach bez trudu, nawet bez kolacji.

Od następnego dnia pobytu w ZSL-u, kiedy nie tylko po mieście, ale i po całej Polsce rozeszła się wieść, co zrobiliśmy, ludzie z "Solidarności" zaczęli nam znosić śpiwory, koce, herbatę, kawę itd. Aż takiego odzewu nigdy byśmy się nie spodziewali. Z dnia na dzień takich ofiarodawców przybywało. Oprócz wyrazów solidarności i zachęty do wytrwania, przywożono nam ze wsi nawet całe połówki świń. Piekarze dostarczali codziennie świeży chleb, a różni ludzie mleko, herbatę, napoje, kompoty. Kto wtedy słyszał, żeby w marcu jeść pomidory? A my mieliśmy, całe walizy przywiezione spod Warszawy. W krótkim czasie zebrał się tego spory zapas. W piwnicy była stołówka i kuchnia ZSL-u, tam to wszystko gromadziliśmy i wydelegowani ludzie pichcili dla wszystkich posiłki, najczęściej zupy. A było kogo żywić, bo w ciągu dnia przebywało tu nieraz 150, albo i 200 osób - strajkujący, chłopi z województwa, różni goście, delegaci "Solidarności" robotniczej.

Pomoc dotyczyła nie tylko żywności dla nas, koców i śpiworów. W terenie pomagano naszym rodzinom. Sąsiedzi brali się za niezbędne prace polowe i domowe w gospodarstwach strajkujących, przynosili zebrane pieniądze.

Zapamiętałem z tamtych dni nieodparte wrażenie, że na ten czas skończyły się na wsi wszelkie podziały - wszyscy byli razem i wszyscy siebie wzajemnie wspierali.
Jako pierwsi na rozmowy z nami zjawili się przedstawiciele WZKiOR. Chcieliśmy, aby była możliwość transmitowania bezpośredniego rozmów na zewnątrz. Najlepiej przez głośniki ustawione na ulicy, żeby każde słowo było słyszane przez wszystkich, którzy słuchać chcieli. Tak byliśmy pewni swoich racji, a ponadto nie mieliśmy nic do ukrycia. To władza musiała się bronić, kluczyć i kłamać.
Najpierw nasi goście się sprzeciwiali. Zrobiliśmy więc w tej sprawie głosowanie. Wyszło 6:4, bo jeden z oficjalnych "kółkowiczów" się wyłamał. Wygraliśmy. Tadziu Kwiatoń zerwał się pierwszy i zaraz poszliśmy wystawiać głośniki... Odtąd już do samego końca strajku mieliśmy ten atut, że wszystko, o co się upominaliśmy, bez przeszkód i zniekształceń mogło docierać do wszystkich, podobnie jak cały przebieg negocjacji.

Już niebawem okazało się, jak było to potrzebne. Na wieść o naszym strajku zaczęli zjeżdżać chłopi z całego województwa. Nie było szans, by się wszyscy chętni pomieścili w budynku. Mogli więc, stojąc na ulicy, doskonale słyszeć wszystko, co się dzieje. Ważne dla nas było też, żeby zwykli przechodnie, mieszkańcy Bydgoszczy, jak i przyjezdni, mogli z pierwszej ręki wiedzieć, co tu tak naprawdę się dzieje.

Już w pierwszych dniach nas, ludzi z "nowych" kółek, poparli praktycznie wszyscy chłopscy działacze opozycji w regionie. Najodważniejsi, przede wszystkim ci z Komitetu Założycielskiego NSZZ Rl "Solidarność", przyszli do budynku ZSL-u i już zostali z nami do końca. Powołaliśmy wspólny komitet strajkowy, którego przewodnictwo objął Roman Bartoszcze. Potem, z czasem, kiedy dołączali i inni, spoza regionu, uformowaliśmy Ogólnopolski Komitet Strajkowy.

Kogo z uczestników strajku zapamiętałem? Najwięcej udzielali się oprócz Romana, Michał i Piotr Bartoszcze, Stanisław i Wojtek Mojzesowiczowie, Witek Hatka, Józiu Waźbiński, Tadziu Kwiatoń, Stanisław Lewandowski, Telesfor Horodecki, Tadeusz Jakubek, Dudek spod Inowrocławia, Sieńkowski z Pruszcza, Różański spod Mroczy, bracia Matuszewscy, Gawinecki z Szubina i z gminy Dobrcz: Goryński i Nowosad.

"Odźwiernym" zostałem już do końca naszego pobytu w budynku. Miałem w związku z tym całą serię przygód. Różni ludzie przychodzili, trzeba było być ostrożnym. Obawialiśmy się najbardziej prowokatorów i ewentualnej interwencji milicji i wyprowadzenia nas siłą. Podchodzili na przykład nieznani nam ludzie i szeptem mówili, że widzieli, jak w lesie zbiera się ZOMO, a nawet, że szosą gdańską jadą do Bydgoszczy sowieckie czołgi.

Wprowadziliśmy też przepustki upoważniające do wstępu, musiały być opieczętowane przez naszych ludzi w terenie, żebyśmy mieli pewność, z kim mamy do czynienia, bo człowiek wszystkich przecież "naszych" znać nie mógł.

Któregoś dnia przyjechał facet z wielką walizą i mówił: "Chłopy, puśćcie mnie. Mam coś dla was!", ale nie chciał pokazać, co. Kiedy się uparliśmy, że musi najpierw pokazać, żeby wejść, otworzył wieko i wówczas naprawdę zdębieliśmy. Okazało się, że w walizce był prawdziwe... granaty. Rzecz jasna, nie wpuściliśmy go i do dziś nie wiem, czy przyszedł z tym "prezentem" w dobrej wierze, czy to był esbecki prowokator.

Innym razem zastukał ktoś do drzwi o czwartej w nocy. Wyszedł do niego dyżurny i za chwilę narobił szumu na cały budynek, że Wałęsa do nas przyjechał. Wszyscy zerwali się na równe nogi i biegiem na dół. A tam okazało się, ze był to tylko brat Lecha, który mieszkał w Bydgoszczy, w Fordonie, łudząco do szefa "Solidarności" podobny.

Po kilku dniach przywykliśmy do życia, jak to nazywaliśmy, strajkowego. Ksiądz Jeżycki nie opuszczał nas ani na dzień. Każdego dnia o 6 rano odprawiał w dużej sali na parterze mszę. To nam bardzo pomagało, dodawało ducha i sił. Na ścianie zawiesiliśmy drewniany krzyż, l niejeden w trudnych chwilach szukał w nim pociechy...

Oczywiście, nikt z nas nie przebywał w budynku ZSL-u na okrągło. Tego nie dałoby się wytrzymać nawet psychicznie. Trzeba było się przecież przewietrzyć, umyć, wykąpać, zobaczyć rodzinę, bo telefon na wsi był wciąż jeszcze rzadkością, w takim Rojewie było tylko dwóch prywatnych abonentów, trzeba też było załatwić najpilniejsze sprawy w gospodarstwie. Wprowadziliśmy więc system rotacyjny. Kiedy wyjeżdżałem do Rojewa, przyjeżdżał mnie zastąpić kolega stamtąd.
Pierwszy raz opuszczałem budynek przy Dworcowej po czterech dniach nieustannego pobytu. Patrząc na niego z perspektywy ulicy zastanawiałem się, jak długo to jeszcze potrwa. Byłem jednak pewien, że niezależnie od tego, wytrwam do samego końca. Obojętnie jakiego.

Po paru dniach zaczęliśmy chodzić po bydgoskich zakładach, żeby robotnikom wyjaśniać, o co nam tak naprawdę chodzi. Sami nas o to prosili. Ja zostałem wydelegowany do PSS "Społem". Na spotkanie, zorganizowane przez tamtejszą "Solidarność" przyszło nawet dużo ludzi. Wielu po raz pierwszy usłyszało, po co my strajkujemy. Był to przecież czas, kiedy prasa, radio i telewizja nie mówiły prawdy, a jedynie przedstawiały oficjalne stanowisko władz. Nam pozostawały takie właśnie spotkania i... głośniki na zewnątrz budynku.

19 marca zostałem wraz z sześcioma kolegami wydelegowany na pamiętną sesję WRN-u. Nie wpuścili nas jednak na salę. Byliśmy tam już o 10, na otwarcie, a chyba do 15 trwały przepychanki. Niezbyt się orientowaliśmy, co się dzieje w środku. Radni wychodzili, za chwilę radni wracali. Mieliśmy nadzieję, że ludzie z "Solidarności" załatwią nam możliwość wejścia na salę, ale się nie doczekaliśmy.
Na szczęście wśród radnych mieliśmy znajomych. Zaczepiali nas na korytarzu, pytali, co się dzieje, o co chodzi, byli zupełnie zdezorientowani. W pewnej chwili zrobiło się w urzędzie niebiesko od mundurów i zostaliśmy wyprowadzeni przez drzwi na podwórze do parku. Szliśmy na parterze przez taki długi szpaler i każdy z nas został poczęstowany długą zomowską pałą.

Potem długo czekaliśmy na zewnątrz. Autobusy zakładowe zwoziły ludzi, było ich pod urzędem z 5 tysięcy. Kiedy zrobiło się ciemno, myśląc, że nic się już nie będzie działo, wróciliśmy na Dworcową. Tam niebawem dotarły wieści o pobiciu Michała Bartoszcze, Jana Rulewskiego i Mariusza Łabentowicza. Część z nas pojechała do szpitala. Jednocześnie dostaliśmy kilka sygnałów, że w nocy może mieć miejsce pacyfikacja strajku. Późnym wieczorem nawet przyszedł wice-wojewoda Roman Bąk i bardzo nas namawiał, żebyśmy wyszli od razu. Zapewniał, że możemy za darmo przenocować w hotelu "Brda" i dopiero rano wracać do domu. Kiedy spotkał się z odmową, zaczął gadać bez sensu o pozostawionej bez opieki ziemi i stratach z tego powodu, że ludzie nie będą mieli co jeść. Zapamiętałem jego wypowiedź: "Zobaczcie, w takiej gminie Rojewo wszyscy pracują, nikogo tu nie ma". Ale miał wyjątkowego pecha, boja stałem z tyłu. Głośno się odezwałem: "Pan kłamie, panie wojewodo, ja właśnie jestem z Rojewa". Umilkł. Szybko potem się zmył.

Około godziny 23 przyjechał do nas biskup Jan Michalski z Gniezna. Wcześniej nie mógł, bo był na uroczystościach w Strzelnie i nie wiedział, co się w Bydgoszczy dzieje. Chwilę porozmawiał i udał się do szpitala odwiedzić pobitych. Po północy komuś udało się dostrzec snajperów porozstawianych po okolicznych dachach na Dworcowej. Był to moment wielkiej grozy, ale i tym większej determinacji. Wzmocniliśmy posterunki na schodach, dokładnie pozamykaliśmy okna, przygotowaliśmy krzesła, żeby zabarykadować drzwi. Na szczęście w nocy koło 3-4 godziny, biskup dotarł do nas z powrotem i został do rana. Od razu poczuliśmy się pewniej. Cieszyliśmy się z takiej osłony Kościoła. Wtedy był jedyną niezależną instytucją, z którą władza się liczyła.

Na początku strajku do drzwi zapukała starsza kobieta. - Nie mam nic, żeby wam dać - powiedziała - ale może przyda się wam ten obrazek... Wyjęła z torebki Matkę Boską Częstochowską w niedużej ramce. Portret powędrował na stół konferencyjny i, jak się potem okazało, miał swoje znaczenie.

Podczas rozmów z ludźmi z WZKiOR drugiego dnia strajku doszło do gwałtownego sporu. Akurat w budynku był bydgoski wicewojewoda Roman Bąk. Robił wszystko, żeby chłopów skłócić. Schodził ze schodów i kiedy usłyszał podniesione głosy "kółkowiczów", zatrzymał się w pół stopnia, licząc, że dojdzie do jakiejś awantury. Tymczasem ktoś ze strajkujących, chcąc uciszyć kłótnię, podniósł do góry ramkę z Matką Boską. Najpierw zrobiła się cisza a potem dorosłe chłopy ze łzami w oczach rzuciły się sobie w ramiona. Za chwilę głośno rozległa się na cały budynek spontaniczna Rota. Od tej pory oficjalni "kółkowicze" byli już z nami, podpisaliśmy porozumienie o zjednoczeniu. A Bąk jak niepyszny wymknął się z powrotem do swojego urzędu.

Wiele też dyskutowaliśmy o polityce. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że nie będziemy kontaktować się z doradcami z KOR, KOCh, ROPCiO itd. Odwrotnie niż w Stoczni Gdańskiej, chcieliśmy sami rozwiązać nasze problemy, bez mieszania w to wielkiej polityki. Powiesiliśmy transparent w sali konferencyjnej "Niech ci, co o narodzie decydować mają, w głos narodu się wsłuchają". Właściwie niczego więcej nie chcieliśmy...

Postulat rejestracji związku "Solidarności" rolników indywidualnych był dla nas najważniejszy. Załatwienie żadnej innej sprawy nie mogło spowodować naszej rezygnacji ze strajku. Pod tym względem byliśmy maksymalnie zdeterminowani.
Pod koniec marca dowiedzieliśmy się, że w poparciu dla nas znów chłopi w Inowrocławiu zorganizowali strajk głodowy. Tym razem w liczbie około 50 osób i w siedzibie miejskiego ZSL-u w budynku na rogu Solankowej i Staszica. Zbiegło się to z przyjazdem oficjalnej delegacji rządowej z wiceministrem Andrzejem Kacałą na czele. Władza już zaczynała się z nami liczyć, bo Kacałą zgodził się przyjąć nasze postulaty do wiadomości, oficjalnie uznać komitet strajkowy i zapewnić nam bezpieczeństwo. To jednak nas nie zadowoliło. Kacała mówił, że więcej nie może i wyjechał.

Na szczęście mieliśmy coraz większe poparcie. Za nami opowiedział się wreszcie Lech Wałęsa, przyjechali do nas przedstawiciele innych "Solidarności" z kraju - wiejskiej i chłopskiej. Oprócz naszego Komitetu Założycielskiego NSZZ Rl "S" powstał jeszcze Ogólnopolski Komitet Strajkowy. Poczuliśmy się o wiele silniejsi i pewniejsi.

W kwietniu, kiedy wszyscy byli coraz bardziej zmęczeni, ale jeszcze mocniej zdecydowani, rozpoczęły się na serio pertraktacje z rządem. Przyjechali do nas Kazimierz Barcikowski, sekretarz KC PZPR i marszałek Sejmu, ludowiec Stanisław Gucwa. Nadal wszystko, co działo się w środku, było przekazywane przez głośniki na zewnątrz.

Delegaci rządu przyjechali z mocnym nastawieniem na "nie". Widocznie ufali tezie, że jak chłopa się przetrzyma, to się zmęczy i w końcu pójdzie do domu. Dlatego znów rozmowy zaczęły się od tego, że oni mówili swoje, a my swoje, l to w kontrastach czarno-białych, bez możliwości zbliżenia stanowisk. Po niedługim czasie część zgromadzonych na ulicy zaczęła się rozchodzić, twierdząc, że nic znowu z tego nie będzie. Z godziny na godzinę z pierwotnego wielkiego tłumu słuchaczy zrobiła się garstka.

Byliśmy już przygotowani, że spędzimy tu święta wielkanocne. Szykowała się wielka manifestacja mieszkańców Bydgoszczy z wyrazami poparcia dla nas. Nazwożono nam ogromne ilości jaj. Nie tylko świeże, ale i pisanki, skrobanki, kraszanki. Z całej Polski na wyraz solidarności. Wkładaliśmy je do... wanny.

A rozmowy wlokły się niemiłosiernie. Stale jakieś przerwy, narady, konsultacje, telefony. Wszystko wydawało się już uzgodnione, podobno wszystko było już dogadane. Poza zgodą na związki. Chyba wydawało im się, że jak obiecają całą resztę, to odpuścimy. Chcieli wziąć na przetrzymanie.

Ale się przeliczyli.

Koniec strajku przyszedł niespodziewanie. Praktycznie z godziny na godzinę. Po 33 dniach ktoś "u góry" powiedział "tak". Otrzymaliśmy, w zamian za zakończenie strajku, obietnicę rejestracji naszej "Solidarności" Rolników Indywidualnych wciągu miesiąca. Na te decyzję, tak się zdawało, wystarczyło parę minut, l po co było to tak długo przeciągać?

17 kwietnia. Wielki Czwartek. Kiedy wyszedłem po wszystkim na ulicę pogrążoną w wiosennym słońcu, kiedy poczułem świeży wiosenny zapach wiatru, poczułem się, jak nigdy w życiu. Jak zwycięzca, l myślałem, jakie cudowne będą te święta. W domu, wśród swoich. A myślami razem z tymi wszystkimi, z którymi los połączył mnie w budynku przy Dworcowej.

Do Rojewa nie było mi jednak dane dotrzeć przed wieczorem. Trzeba było jeszcze uprzątnąć budynek, coś zrobić z zapasami. Zapadła decyzja, że żywność rozwozimy po donnach dziecka. Samych jaj uzbierał się pełny samochód. Dopiero potem mogłem pójść na dworzec.

Kiedy wracam pamięcią do tamtych dni, myślę o dziwnych wyrokach historii. Przecież dopiero podczas obrad Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" w pobliskich Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Bydgoszczy, po kilkunastu dniach naszego strajku, Wałęsa zrozumiał, że związek chłopski ma rację bytu i nasze postulaty są słuszne. Wcześniej na okrągło powtarzał, że chłop jest pracodawcą i do związków zawodowych należeć nie może. Nie chciał nas poprzeć.

Boli mnie też, kiedy Jan Rulewski zapomina o naszej roli. To nasz strajk wywołał wydarzenia bydgoskie z 19 marca 1981 roku. Od niego to wszystko się zaczęło. Tymczasem dziś, kiedy przywołuje się pamięć o tamtych dniach, by promować miasto i jego historię, udział chłopów jest traktowany marginalnie. Kto dziś o wydarzeniach w siedzibie ZSL-u mówi? Kto wspomina na różnych uroczystościach i rocznicowych spotkaniach ofiarność tych, którzy nas wspierali i pomagali, czym kto mógł?

l wiem, że dziś tamta strajkowa atmosfera, poczucie jedności i solidarności nie byłoby możliwe. Byliśmy biedni, ale byliśmy razem. Chłop z chłopem. Wieś i miasto. Teraz poróżniły nas wszystkich pieniądze i będą różnić dalej.

Ilekroć wchodzę do budynku dawnego ZSL-u przy Dworcowej, zastanawiam się, co z tamtych dni strajkowych pozostało. Czy naprawdę tylko ten krzyż, który wisiał przez cały strajk na ścianie, a dziś znajduje się w pokoju posła Wojciecha Mojzesowicza?

Moje wspomnienia ze strajku 1981 roku spisałem zgodnie z tym, co dzisiaj zostało mi w pamięci. Starałem się jak najlepiej oddać ducha tamtych dni i w najlepszej wierze przedstawić zarówno kolejność wydarzeń, jak i udział zaangażowanych w strajk osób. Jeśli coś pomyliłem, przekręciłem, kogoś pominąłem, z góry przepraszam. Pamięć ludzka jest zawodna. Tylko zapisując wszystko, co jeszcze w pamięci się kołacze, możemy dziś tamte doniosłe dni ocalić przed zapomnieniem. Mam nadzieję, że w moje ślady pójdą i inni uczestnicy strajku. Strajku, który zmienił Polskę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie