Krzysztof Ratkowski jest kuglarzem. Swoją przygodę z tą sztuką rozpoczął w liceum. - Koleżanka z klasy powiedziała, że powstaje w Świeciu teatr ognia. Sprawdziłem w internecie, co to jest. Spodobało mi się. Poszedłem na próbę - wspomina.
Tak zaczęła się jego przygoda. Mimo, że od tego momentu minęło niewiele czasu, Ratkowski wie już dziś, że chce z kuglarstwa żyć. - Rzuciłem nawet studia, żeby się temu poświęcić. Może jeszcze kiedyś na uczelnię wrócę, ale nie chcę teraz zaprzątać sobie tym głowy.
Sporo trenuje. Sporo pracuje. - Nigdy nie liczyłem, ile zajmuje mi to godzin w tygodniu, ale jeszcze niedawno, jak wracałem z zajęć, to zaczynałem trenować: machać, kręcić, doskonalić triki - opowiada: - Byłoby pewnie z tego trzy, cztery godziny, ale jestem wtedy tak skupiony, że nie kontroluję czasu.
Przerósł mistrza
O wiele więcej pracuje w sezonie letnim, gdy zarabia spacerując po starówkach polskich miast i zabawiając przechodzącą publiczność. - Wtedy zdarza się i osiem godzin kuglarstwa dziennie - przyznaje.
Taniec z ogniem, karciane sztuczki, żonglerka, zabawa kryształową kulą - odmian kuglarstwa, które wracają ostatnio do łask, jest bez liku. Tak samo, jak amatorów, których przyciąga wizja szybkich zarobków w efektowny sposób. Jednak wielu odpada, gdy prędzej lub później napotyka na trik, którego nie mogą opanować.
- Miałem tak od samego początku - nie kryje Ratkowski. - Sławek Jóźwiak, nasz instruktor w grupie kuglarskiej, pokazywał nam młynek do przodu. Wszyscy opanowali to po dwóch godzinach, mi zajęło to tydzień. Zawziąłem się i się nauczyłem.
- Tak zostało mu do dziś. Sporo trenuje i są efekty. Już dawno potrafi o wiele więcej ode mnie - przyznaje Jóźwiak.
Ratkowski jednak dalej polega na sztuczkach, których uczy się od bardziej doświadczonych kolegów. - Tak jest najlepiej. Można znaleźć wiele filmików w internecie, ale często one wyrabiają złe nawyki, wcale nie ucząc poprawnych technik. Dlatego lepiej polegać na doświadczeniu kogoś, kogo się zna.
Pod koniec lutego świecki kuglarz brał udział w Gdyńskich Warsztatach Kuglarskich. - Dwa dni szkoleń zakończonych pokazami. Na koniec prezentowałem się z laserami. To nowoczesna iluzja, według mnie bardzo pociągająca.
Różne odmiany kuglarstwa są, według Ratkowskiego, jednym z motorów, które sprawiają, że nie sposób z tego zrezygnować. - Chcę opanować jakąś nową sztukę machania ogniem. Załóżmy, że mi to nie wychodzi przez wiele godzin, więc rzucam to w kąt - opowiada z przejęciem.
Ogień i kula
- Normalnie, zająłbym się czymś zupełnie innym, a tak mogę się skupić na przykład na zabawach z kryształową kulą. Innymi słowy: cały czas trenuję i skupiam się na tym co trzeba. Potem i tak okazuje się, że opanowywany tygodniami trik nie wzbudza należytego aplauzu publiczności. Nie dostrzegają jego kunsztu i trudności. Dlatego czasem lepiej od razu sobie podarować - śmieje się.
Zauważa też jeszcze jedną istotną rzecz: - Z kulą i kartami można ćwiczyć przez cały rok. Za to z ogniem już tylko latem, na powietrzu. Nie sposób tych ćwiczeń wykonywać w mieszkaniu - i dodaje - dlatego właśnie nie warto skupiać się tylko na jednej kuglarskiej dziedzinie.
Jednak, gdyby miał wybierać jedną dyscyplinę, to z pewnością byłby to taniec z ogniem. - Jest najbardziej widowiskowy, daje morze możliwości. Jest też najbardziej niebezpieczny. Najgorsze, co mnie spotkało to lekkie poparzenia, ale słyszałem też o wypadkach śmiertelnych.
Te zdarzają się przy tzw. zianiu ogniem, gdy wypluwa się nad płonącą pochodnię naftę, którą wcześniej trzymało się w ustach. - Nie ćwiczę tego, szkoda zdrowia - uważa Ratkowski.
Ostatnio przechodził warszawską ulicą. Znany producent czipsów promował trzy nowe smaki. Zapytał menadżerkę, czy może dołączyć ze swoimi popisami z kryształową kulą. Zgodziła się. Wzbudził podziw.
- Nie mam problemów ze zleceniami. Utrzymuję się teraz z tego. Chciałbym, żeby tak zostało. Działa moja strona www.oneman-show.pl, poprzez którą można się ze mną kontaktować
Czytaj e-wydanie »