Takie grzechy popełniają Polacy na zagranicznych wakacjach. Nie uwierzycie!

Karina Obara
Karina Obara
Justyna Dżbik-Kluge: - W hotelu każdy musi wypełnić kartę meldunkową po angielsku. I tam, gdzie jest rubryka „sex’, czyli płeć, są tacy, którzy potrafią wpisać: sex – nie uprawiam, sex – nie dotyczy, sex – wdowa albo sex – nie, dziękuję.
Justyna Dżbik-Kluge: - W hotelu każdy musi wypełnić kartę meldunkową po angielsku. I tam, gdzie jest rubryka „sex’, czyli płeć, są tacy, którzy potrafią wpisać: sex – nie uprawiam, sex – nie dotyczy, sex – wdowa albo sex – nie, dziękuję. Agnieszka Wanat
Rozmowa z Justyną Dżbik-Kluge, dziennikarką Radia Kolor, autorką książki „Polacy last minute. Sekrety pilotów wycieczek”.

Zobacz wideo: Jedziesz na wakacje? Potrzebujesz szczepienia i certyfikatu

- Zanim sięgnęłam po pani książkę, wydawało mi się, że Polacy na wakacjach za granicą zachowują się coraz śmielej i odważniej. A tu się okazało, że jeżdżą na wakacje wciąż z dużym poczuciem lęku. Jakiego rodzaju jest to lęk?
- Owszem, wielu Polaków jeździ na wakacje coraz śmielej. Są tacy, którzy jeżdżą coraz dalej, znają coraz lepiej języki obce i znacznie lepiej sobie radzą. Ale też jest bardzo wiele takich osób, które mają lęki wynikające z kompleksów, polskiej przeszłości – o czym w książce mówi socjolog doktor Michał Lutostański. Mamy też lęki wynikające z niewiedzy, nieznajomości języków. To wszystko kumuluje się do tego stopnia, że gdy pilot wycieczki daje nam dzień wolny, to siedzimy w okolicy hotelu, bo boimy się pójść do sklepu. „Co tam będziemy prosić panią o sprzedanie kostiumu kąpielowego, skoro nie potrafimy wytłumaczyć, o co nam chodzi”. Silne są też nasze niechęci związane z innymi narodowościami. „Niemiec ma zawsze lepszy pokój” – mówi wielu. No ma, bo ma wyższy standard życia i bukuje przez swoje biuro podróży lepsze, droższe pokoje. W Polsce pokutujemy za system „robienia po taniości”. Polacy jeżdżą na last minute za 1200 zł. Do Tajlandii można już polecieć za 4 tys., a kiedyś to było nieosiągalne. Jednak wszystko to jest możliwe kosztem jakości, a my ciągle mamy pretensje. A że ktoś chce nasz oszukać, a że tylko Polaków tak się traktuje, a że zapłaciliśmy, a tu kiepski standard. To nieuzasadnione uwagi w stosunku do pieniędzy, które zapłaciliśmy.

- Z pani książki wynika, że jednym z największych problemów Polaków na wakacjach jest zakompleksienie. I to duże. Jak się przejawia?
- Nie ma co zwalać wszystkiego na to, że znaczną część życia przeżyliśmy w komunizmie, ale jesteśmy stosunkowo młodym społeczeństwem, które korzysta z życia i świata. Możliwość wyjazdów zagranicznych pojawiła się u nas później niż w innych rozwiniętych krajach, a przez to czujemy się tymi gorszymi. W ogóle jesteśmy zakompleksionym społeczeństwem. Nie potrafimy mówić o swoich sukcesach, bo boimy się, że nas ocenią: bufon, zarozumiały, arogancki. Brak nam umiejętności docenienia siebie samego. Młodzi rzadko jeżdżą na zorganizowane wakacje, wolą na własną rękę bukować noclegi. Z biurem podróży jeżdżą starsi, wychowani w PRL-u, często nie mają obycia językowego. Płacą, wymagają, chcą mieć wszystko podane pod nos. Jedna z pilotek opowiadała mi o sytuacji podczas zwiedzania w Meksyku. Zorganizowała tam przewodnika lokalnego. On z kolei mówił po angielsku. I pada pytanie pilotki do grupy: „Czy mam państwu tłumaczyć?” Nieee, nie trzeba – słychać pomruk. Ona jednak widzi, że nie rozumieją co drugiego słowa, tylko wstyd się im przyznać. Po czym pilotka mówi: „To ja potłumaczę”. I ulga. Od razu wszyscy stają się bardziej uważni. Turyści z innych krajów potrafią się porozumieć, a „nasi” ciągle nie bardzo. Bo wychodzą z założenia, że jeżeli będą mówili po polsku, ale głośno i wyraźnie, to może ktoś ich zrozumie. Oczywiście nie jest to reguła, wielu Polaków świetnie mówi po angielsku, ale wciąż jest spora grupa, która ma z tym problem.

- Jeśli chodzi o nasze turystyczne „zabawy” językami obcymi, to sporo ciekawych sytuacji wywołuje słowo „sex”.
- W hotelu każdy musi wypełnić kartę meldunkową po angielsku. I tam, gdzie jest rubryka „sex’, czyli płeć, są tacy, którzy potrafią wpisać: sex – nie uprawiam, sex – nie dotyczy, sex – wdowa albo sex – nie, dziękuję.

- Jedna z pytanych przez panią rezydentek opowiada: „Kiedyś w reklamacji od moich turystów przeczytałam: „Cykady cykały za głośno”. Pomyślałam: „No jasne! Jak mogłam o tym nie pomyśleć i nie wyłączyć cykad!”. Chyba jesteśmy też zbyt nerwowi na wakacjach.
- Zdarzają się nawet reklamacje, że drzewa były za wysokie, sąsiad zachowywał się za głośno albo miał lepszy kran niż ten, który był w naszej łazience. Problemem wielu z nas, którzy jeżdżą na wakacje są nierealne oczekiwania. Myślimy, że jak już pojedziemy, to zrobimy pauzę w naszym nudnym życiu, trafimy do innego świata i wszystkie problemy znikną. To absurd. Przez to brakuje nam dystansu. I zwykłe opóźnienie samolotu od razu powoduje naszą wściekłość.

- Przytacza pani dużo bardzo zabawnych anegdot. Jak choćby ta: „Odprowadzam turystów na lotnisko. Jadą na wakacje. Podchodzi jeden pan: „Pani Kingo, gdzie jest kosz na śmieci?”. Wyobrażasz to sobie?! Zapytałabyś kogoś, gdzie jest kosz na śmieci? No, przecież wystarczy się po prostu rozejrzeć. Ludzie na wczasach zachowują się czasami tak, jakby przestali używać mózgu – opowiada rezydentka w Tunezji. Dlaczego wyłącza nam się mózg?
- Bo poddajemy się całkowicie opiece na zorganizowanych wakacjach. I nawet w tak błahych sprawach czasem nie chce nam się pomyśleć. Jeden z rezydentów opowiadał mi o panu, który zazdrosny o klimatyzację w hotelowym pokoju, też chciał mieć taką samą u siebie. Gdy okazało się to niemożliwe, powiedział: „To niech mu pan wyłączy”.

- Stereotypowy obraz zazdrosnego o miedzę?
- Bardzo się bałam podczas pisania tej książki, że ktoś powie: „Przedstawiasz stereotypowy obraz Polaków, a to nie my”. Jestem daleka od utrwalania stereotypów. Ta książka to efekt rozmów z kilkudziesięcioma pilotami wycieczek, rezydentami, przewodnikami. I powtarzają podobne historie. Np. o rodakach, którzy uważają, że jak mają all inclusive, to obowiązuje ono wszędzie, nawet w kawiarni poza hotelem. Rezydenci odbierają telefony w nocy w sprawie braku papieru toaletowego czy smoczka dla płaczącego dziecka. Polski turysta żąda załatwienia takich rzeczy natychmiast, jakby miał do czynienia z cudotwórcą.

- Nie tylko polscy turyści stwarzają dziwne problemy. Nie są rzadkie sytuacje, gdy to hotele nie wywiązują się z umów.
- To sytuacje, gdy hotelom opłaca się sprzedać z rocznym wyprzedzeniem więcej miejsc niż mają dostępnych. Zyskują na tym, bo zawsze ktoś się rozchoruje, umrze, coś mu wypadnie. Zdarza się jednak, że z powodu takiego działania, hotel ma za dużo turystów i musi ich przenosić do innych pokoi czy hoteli. Za to wszystko jednak winę w oczach klienta ponosi Bogu ducha winny rezydent. Chciałam pokazać, podobnie jak Paweł Reszka w serii „Mali Bogowie” o systemie opieki zdrowotnej, jak wygląda przemysł turystyczny, którego jesteśmy częścią. Nie zdajemy sobie sprawy z tego „jak to jest zrobione”, więc traktujemy rezydentów jak służbę.

- Myśli pani, że teraz, po pandemii, turystyka się zmieni?
- Są różne rodzaje turystyki i często nasze zachowania są takie same, gdy płacimy 15 tys. zł za wycieczkę i 1200. Nie jest tak, że jak ktoś ma więcej pieniędzy, to zachowuje się lepiej. Czasem wręcz przeciwnie. Moi znajomi piloci wycieczek mówią, że prognozowanie tego, jak będzie wyglądała turystyka po pandemii to science fiction. Może się nic z tego nie spełnić. Mam nadzieję, że wielu z nas zrewidowało swoje postawy, bo czas pandemii spowodował, że poddaliśmy je pewnej refleksji. Ale czy ludzie będą się bali wyjeżdżać, jak daleko będą jeździć, tego nikt jeszcze nie wie.

- Pisze pani, że na wakacje przyjeżdżają też świetni polscy turyści. Chcą poznawać miejsca, które odwiedzają, i są ciekawi świata. Jak i również tacy, dla których najważniejszy jest pokój w hotelu, niekończące się drinki w barze przy basenie i bliskość restauracji hotelowej, by można było żreć „do porzygu” (dosłownie). Przyjeżdżają ludzie coraz mniej ciekawi świata, którzy chcą pokazać sąsiadom, że na wakacje polecieli do jakiegoś egzotycznego kraju. Dlaczego w ogóle pani napisała tę książkę?
- Bo to bardzo ciekawy społecznie temat. Pomysłodawcą tej książki był Marcin Meller, niedawno jeszcze szef wydawnictwa W.A.B. To człowiek, który bardzo dużo jeździł po świecie i widział Polaków w różnych sytuacjach, często anegdotycznych. Gdy podjęłam się napisać o tym książkę, spotykałam się z ludźmi z całego kraju, którzy organizują wyjazdy Polaków. Szybko się okazało, że nie jest to opowieść o pilotach wycieczek, ale o nas w podróży. Lubię i chcę rozumieć więcej i bardzo bym sobie życzyła, by świadomość wśród ludzi rosła. Zawsze miałam dużo współczucia dla zawodów usługowych. Przerażające jest to, w jak nieludzki sposób się do nich odnosimy, nagrywamy ich, mówimy: nająłeś się za psa, to masz szczekać, co nota bene powiedział pilotowi pan z tytułem profesorskim. A taki pilot czy rezydent to człowiek, który ma misję pokazywania nam świata. Jeśli ma do czynienia z kimś, kto cały pobyt wakacyjny siedzi przy basenie i „wali” rozrzedzony browar, to opiekun wycieczki po prostu załamuje ręce.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie