Uśmiech prababki Anny

    Uśmiech prababki Anny

    Robert Grzybowski

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Mała Jadzia z ciocią Teodorą - 1916 r.

    Mała Jadzia z ciocią Teodorą - 1916 r. ©Fot. z archiwum autora

    Córka zamożnego bauera wychodziła, i za Polaka, i za katolika! To musiało być poważne wykroczenie obyczajowe!
    Mała Jadzia z ciocią Teodorą - 1916 r.

    Mała Jadzia z ciocią Teodorą - 1916 r. ©Fot. z archiwum autora

    Od redakcji: bydgoszczanin Robert Grochowski, historyk z wykształcenia i nauczyciel już dwukrotnie wskrzeszał na łamach "Albumu" dzieje swoich przodków, po mieczu i po kądzieli ("Sepia sentymentalna", "Opowieść zza Niemna") . Dziś kolejna historia, i - podobnie jak poprzednie - ilustrowana bardzo starymi fotografiami z albumu autora.

    Była piękną kobietą, chłopską córką. Przyszła na świat w Mąkowarsku w 1892 r., jako kolejne dziecko Roberta i Katarzyny z Kuczkowskich małżonków Kujawa, którzy pobrali się w 1879 r. i gospodarzyli w pobliskim Dziednie. Poprzez babkę, Magdalenę Kuczkowską, płynęła w niej domieszka krwi niemieckiej...

    Nic nie zatrzymało żaru uczuć

    Że to normalne na tym kresowym terenie? Wiem, ale dlaczego o tym nie pisać, kiedy różnice językowe, religijne i majątkowe nie zatrzymały żaru uczuć. Bo nie wątpię, że oboje mając się ku sobie łamali pewne prawidła! W końcu prapraprababka Magdalena, geboren Müller zrywała ze swoim światem! Ona, córka zamożnego bauera wychodziła i za Polaka, i za katolika! To musiało być poważne wykroczenie obyczajowe, skoro dziesiątki lat później moja babcia Jadwiga opowiadała nie bez dumy o tym fakcie.


    Pamięć pokoleń nie zachowała żadnej młodzieńczej opowieści o dzieciństwie i dorastaniu prababki Anny Kujawy. Jak i kiedy poznała swego męża, Franciszka Maliszewskiego (ur. 1889 w pobliskim Klonowie) - nic nie wiadomo.

    Ruszyli za chlebem

    Chyba jednak nie układało się im różowo, skoro wybrali migrację do przemysłowego serca monarchii Hohenzollernów, czyli Zagłębia Ruhry. To właśnie tam wykonano tę jedyną zachowaną i bardzo zniszczoną fotografię, która uwieczniła rodzinę Maliszewskich. Zrobiona została 18 marca 1919 r. w dalekim Mülheim an der Ruhr Styrum. To tam przyszły na świat ich dzieci: Jadwiga (1915-1987; późniejsza Grzybowska, secundo voto Korzeńska) i Franciszek (1918-1936?; trzeci tego imienia Maliszewski w ciągu ostatnich stu dwudziestu lat).
    W Mülheim również zostało wykonane (zapewne w 1916 r.) to zdjęcie: mała babcia Jadwiga z ciotką Teodorą Rozczyniałą (ur. 1894; jej syn Konstanty będzie w czasach PRL-u prezesem Oddziału Przyjaciół KUL w Bydgoszczy, wybitnym działaczem katolickim, człowiekiem represjonowanym przez ówczesne władze).

    Dzieci wyzuto z ojcowizny

    "Der Fabrikarbeiter Franz Maliszewski" uniknął powołania do armii Kaisera. A przecież Europa płonęła wtedy ogniem Wielkiej Wojny. Ciężko pracował w jednej z hut (?) i odkładał pieniądze na zakup gospodarstwa i sadu gdzieś w okolicach Bysławia lub Lubiewa. Poznał gorzki chleb sierocej doli. Nie mógł pamiętać matczynego serca bicia, bo nie miał nawet dwóch latek, kiedy w styczniu 1891 r. odeszła matka Katarzyna, wkrótce zmarł ojciec Wojciech Maliszewski i został na tym świecie ze starszą od siebie o osiem lat siostrą Elżbietą (1881-1946; późniejszą Grzymską).

    Ktoś z krewnych (jeden ze stryjów Maliszewskich?) tak zaopiekował się sierotami, że wyzuto dzieci z ich ojcowizny. Życie końca XIX wieku nie głaskało nikogo po główce. Mieć własne gospodarstwo i sad było marzeniem pradziadka rodem z Klonowa.

    Z miłości do Polski oddał ciężko uciułany grosz

    I wybuchła Polska! Kiedy stało się jasne, że Bydgoszcz i okolice będą wolne, rodzina Maliszewskich rzuca wszystko i wraca. Jeśli ktoś myśli, że dorobiwszy się ciężką pracą jakiejś tam gotówki Franciszek Maliszewski spełnił swoje marzenie, to jest w błędzie. Nie wiem na czym wychowano jego duszę, kto wpajał w nią miłość do Ojczyzny. Podkreślano zawsze, że był żarliwym patriotą. Ciężko uciułany grosz oddał na... jakiś fundusz narodowy, wsparcia nie znam dokładnie ani formy, ani celu. Był jeden: P O L S K A !...

    Rodzina Maliszewskich nie wróciła ani do Klonowa, ani do Mąkowarska lub Dziedna. Osiadła na dobre w Bydgoszczy. Początkowo (tj. w 1922 r.) zamieszkała przy ul. Granicznej 8, później na krótko przy Grunwaldzkiej 8, a potem przy Granicznej 13/5, gdzie dotąd mieszkają potomkowie Anny i Franciszka.
    Prababka Anna została zapamiętana, jako prostolinijna i uczciwa kobieta, która nigdy nie... zamykała drzwi na klucz. Na zwróconą przez sąsiadkę uwagę: "Pani Maliszewska! Bo panią okradną!" - odpowiadała zdziwiona: "A kto ma mnie okraść?"

    Radością jej niezbyt długiego życia były dzieci. Ta urokliwa fotografia z Pierwszej Komunii babci Jadwigi (ok. 1925 r.) posłużyła nam po latach do ozdobienia... zaproszeń na Komunię naszej córki Magdaleny. Obok fotografia Franciszka (III), obydwie (co zresztą zdradza tło) wykonane zostały w bydgoskim zakładzie fotograficznym F. Basche'go na bydgoskim Okolu.


    Bał się mokry wrócić do domu

    Prababce nie dane było dożyć tragedii, jaką była śmierć syna. Ostatni z tej linii rodu, trzeci noszący imię Franek wyratował jakiegoś topielca. Obawiał się widać srogiej reakcji (?) ojca, bo nie chciał w mokrym ubraniu wrócić do domu. Przemoczony (jesienią?) nabawiał się przeziębienia. Doszło do powikłań, wdało się zapalenie płuc. To był wyrok śmierci dla młodego organizmu. Franek zmarł...
    Anna z Kujawów Maliszewska odeszła mając zaledwie 43 lata, w sierpniu 1935 r. Jeszcze była świadkiem ślubu swojej jedynaczki w 1933 r. ze Stanisławem Grzybowskim. Doczekała wnuczki Danuty. Czy to nie ironia, że zachowały się aż dwie fotografie z jej pogrzebu? Jedna z nich jest o tyle cenna dla mnie, że zatrzymała w kadrze moich dziadków Grzybowskich i pradziada Franciszka.


    Cud, że uszedł z życiem

    To on, mój pradziad Franciszek biegał oszalały z rozpaczy po ul. Gdańskiej (mieszkał wtedy przy Chocimskiej), kiedy we wrześniu 1939 r. Niemcy wkraczali do Bydgoszczy i krzyczał: "Niech żyje Polska!", "Niech żyje generał Haller!" Niemcy aresztowali go i zapędzili do koszar przy ul. Artyleryjskiej. Znalazł się w grupie mężczyzn stłoczonych na dziedzińcu. Coś mu kazało odłączyć się od tej grupy. Wstał i ruszył w kierunku bramy. Co miał do stracenia 50-letni desperat, ba! kilka dni młodszy od niejakiego Hitlera? Sam później opowiadał o cudzie. Nikt go nie zatrzymał, nikt do niego nie strzelał. Reszta mężczyzn podzieliła los jego siostrzeńca, Hieronima, zostali rozstrzelani!...
    W czasie okupacji Bydgoszczy odmówił podpisania Deutsche Volkslisty. Został eksmitowany z domu. Mieszkając gdzieś w okolicach podbydgoskiego Łęgnowa, bez prawa do korzystania z komunikacji miejskiej i podmiejskiej, pieszo chodził każdego dnia na Dworzec Główny PKP, gdzie pracował. Zmarł w 1958 r., mając 69 lat, zaledwie dzień po 43 urodzinach swojej córki. Ukochanego wnuka, służącego wtedy w wojsku Janusza Grzybowskiego, dowództwo nawet nie zawiadomiło o śmierci dziadka, który był dla niego wzorem i symbolem...

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo