Będzie m.in. rozmowa z Tomaszem Zaboklickim, prezesem bydgoskiej Pesy, której, w przeciwieństwie do Rometu, udalo się przetrwać na rynku
- Żal mi Rometu - mówi Tomasz Zaboklicki . - Naprawdę, nie musiał upadać, bo był w dużo lepszej kondycji od nas. W latach dziewięćdziesiątych, gdy brakowało gotówki w obrocie, firmy płaciły sobie w barterze, czyli towarem za towar, Romet - dla odmiany - miał pieniądze. Ale potem, krótko mówiąc, zapadło kilka złych decyzji i w efekcie... tej wspaniałej firmy nie ma już dziś na rynku.
- A Pesa wymyśliła tanią modernizację wagonów towarowych i przetrwała?- Tak sobie myśleliśmy, co w tej strasznej biedzie począć i postanowiliśmy tanim kosztem zmodernizować wagony towarowe na bazie platform poczołgowych, które były zupełnie bezużyteczne. Wiedzieliśmy też, że nie ma w Polsce czym przewozić zboża. Transportowało się go w węglarkach, albo statkami. I te wagony to był nasz prawdziwy strzał w dziesiątkę!Potem to jeszcze wejście na rynki wschodnie: ukraiński, białoruski, litewski, rosyjski. W 2001 roku zmieniliśmy nazwę firmy z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, gdyż już nie pasowała do naszej działalności, na Pojazdy Szynowe Pesa. Przetrwaliśmy też dzięki ogromnemu zaangażowaniu całej naszej załogi!
(cała rozmowa oczywiście w poniedziałek w "Pomorskiej")
Napiszemy też, jakie tereny w Kujawsko-Pomorskiem już zostały włączone do Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej oraz jakie firmy mają tam swoje zakłady.
Na jakie ulgi może liczyć inwestor w PSSE i gdzie jeszcze są tereny do zagospodarowania, a jest aż 200 hektarów, z kim o tym rozmawiać (szczegóły w poniedziałek)
W dodatku opowiemy również, jak wyglądały początki kapitalizmu na Kujawach i Pomorzu?
- 20 lat temu stosunki miedzy pracodawcami ludzie pozorowali, że pracują. A państwo udawało, że im za tę robotę płaci - mówi Mirosław Ślachciak, prezes Kujawsko-Pomorskiego Związku Pracodawców i Przedsiębiorców. - Średnia pensja wynosiła 19,9 zł (więcej w poniedziałek)
Andrzej Sadowski, ekonomista i wiceprezes Centrum im. Adama Smitha zrelacjonuje, w jaki sposób nasze firmy uratowały rząd i kto tak naprawdę rządzi w Polsce, oto fragment rozmowy:
- Dwadzieścia lat temu, po przemianach politycznych, do Polski powróciła wolność gospodarcza. Jak pan wspomina tamten czas?
- Patrząc z perspektywy minionych dwóch dekad, był to okres niespotykanej wolności. Wszystko co nie zostało zabronione, było dozwolone.
Każdy mógł z dnia na dzień uruchomić własną firmę. Wystarczyło, że poszedł do urzędu miasta lub gminy i wypełnił dokument. Nie było pozwoleń, koncesji, licencji itp.
- Czyli działało „jedno okienko”. Teraz też je mamy...
- Wtedy była wolność. Dzisiejsze „jedno okienko” wydłużyło biurokratyczną mitręgę. Uruchomienie firmy jest jeszcze bardziej skomplikowane i czasochłonne. W podobny sposób, co 20 lat temu rejestrowaliśmy w Polsce działalność gospodarczą, dziś nasi rodacy mogą to zrobić w języku polskim w berlińskim magistracie. Cała rejestracja - ważna we wszystkich krajach Unii Europejskiej - zajmuje tam 16 minut!
(cała rozmowa w poniedziałek)
