Adres: Śniadeckich 12. Mieszkała tu baronowa spod Słucka,...

    Adres: Śniadeckich 12. Mieszkała tu baronowa spod Słucka, syn petersburskiego bankiera, komendant fortecy w Grodnie

    Gizela Chmielewska

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Kamienica przy ul. Śniadeckich 12 - stan obecny

    Kamienica przy ul. Śniadeckich 12 - stan obecny ©Fot. Gizela Chmielewska

    Teraźniejszość to nierówne chodniki, zaniedbane domy, hałas i kurz. Przeszłość to wspomnienia wielu bydgoszczan związanych z tą ulicą, utrwalone w rodzinnych albumach i starych gazetach. Do niektórych mamy okazję teraz wrócić.
    Kamienica przy ul. Śniadeckich 12 - stan obecny

    Kamienica przy ul. Śniadeckich 12 - stan obecny ©Fot. Gizela Chmielewska

    Artysta Bergner

    Ulica Śniadeckich - na mapie miasta jest od 159 lat. Ważna arteria miasta, łącząca jego serce z dworcem kolejowym. To właśnie tutaj, na przełomie XIX i XX w., dowody swego talentu pozostawiła czołówka bydgoskich architektów i budowniczych - Józef Święcicki, Fritz Weider oraz Karl Bergner.

    Ten ostatni, właściciel Przedsiębiorstwa i Biura Robót Technicznych, którego dzieło przy ul.
    Focha 2 do dziś wzbudza zachwyt, przy ul. Śniadeckich, a właściwie Elizabethstrasse, bo tak wówczas nazywała się ta ulica, zaprojektował aż sześć kamienic - nr 6, 10, 12, 20, 21, 40 (numeracja miejska obowiązująca od 1931 r.). W Bydgoszczy zyskał sobie sławę nie tylko jako zdolny architekt, ale też jako członek masońskiej loży Janus.

    Przy ul. Śniadeckich Bergner na jednej parceli wybudował dwie kamienice - nr 10 (wówczas 52 a) i 12 (wówczas nr 52). W pierwszej, bardziej okazalej pod względem architektonicznym, która powstała w latach 1895-1897, sam zamieszkał. Drugą, skromniejszą, wybudowaną w latach 1892-1893 zajęli lokatorzy, głównie niemieccy rentierzy. Obydwie kamienice zostały ujęte w Studium Historyczno-Konserwatorskim, przygotowanym przez Pracownię Dokumentacji, Popularyzacji Zabytków i Dziedzictwa Narodowego WOKiS w Bydgoszczy.

    Gdy w 1920 r. większość Niemców wyjechała, do kamienicy wprowadzili się Polacy, mający nierzadko kresowy rodowód.

    Złote kłosy pani Helmersen

    Jedno z mieszkań w domu przy ul. Śniadeckich 12 zajęła Anna z Puciatów von Helmersen i jej bliscy. Do czasu traktatu ryskiego - właściciele majątku Pohost w powiecie słuckim, spokrewnieni z prof. Gregorem von Helmersen, rosyjskim geologiem, członkiem Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu.

    Mąż pani Anny - Wiktor von Helmersen był działaczem Towarzystwa Rolniczego w Słucku. Uważano go za prekursora przemysłu rolniczego w powiecie, o czym w 1906 r. donosił "Kurier Litewski". Rodzina Helmersenów, pozbawiona majątku przez rewolucję, zdecydowała się osiąść w Bydgoszczy, podobnie jak zrobiło to wielu mieszkańców Kresów Wschodnich, w tym jej krewnych i dobrych znajomych z okolic Słucka - m.in. Anna i Tomasz Narkiewicz-Jodko czy prezes Mińskiego Towarzystwa Rolniczego Edward Woyniłłowicz z żoną Olimpią.

    Większość byłych ziemian kresowych miała za sobą bogate doświadczenia w działalności społecznej. W Bydgoszczy była okazja, aby te doświadczenia wykorzystać - w 1922 r. powstał tu Związek Polaków z Kresów Wschodnich. Anna von Helmersen stała się jego filarem, prowadząc - po Walerii Krasickiej - Kuchnię Kresową (w 1927 r. zmieniono nazwę na "Kuchnia dla niezamożnej inteligencji") przy ul. Cieszkowskiego 9.

    Baronowa, jak panią Annę w Bydgoszczy nazywano, starała się wykorzystać każdą okazję na zdobycie funduszy, które pomogłyby zapełnić kuchenną spiżarnię. Np. w "Dzienniku Bydgoskim" z 11 kwietnia 1924 r. ukazała się notatka o podwieczorku w Hotelu "Pod Orłem", w której napisano m.in.:
    "W bufetach, przy których jaśniejące elegancją i wdziękiem panie komitetowe, wśród których zauważyliśmy p. Gen. Jungową, pułkownikową Erberową, bar. Helmersenową i w.i. dary boże rączkami swojemi szczodrze pomiędzy zgłodniałych, spragnionych i tańcem przemęczonych obficie rozdzielały, panował niezwykły ruch i ścisk, że w parę godzin - wszystko z bufetów tych wysprzątano do szczętu."

    W działalności na rzecz ubogich kresowców, w tym podopiecznych Internatu Kresowego pani Annie pomagała Jadwiga Mazaraki (pisaliśmy o niej w "Albumie", w artykule "Adres: Plac Weyssenhoffa"), wspomagali ją liczni ziemianie, w tym państwo Chłapowscy, Jezierscy, Komierowscy, itd.
    Anna von Helmersen była doskonałą gospodynią w kuchni i elegancką damą na salonach. Przy okazji balu kresowego, który odbył się w Hotelu Pod Orłem 18 lutego 1925 r. "Gazeta Bydgoska"odnotowała:
    "(...) bar. Helmersen, śliczna toaleta z białej jedwabnej crepe de chine, malowana ręcznie w efektowne duże złote kłosy".
    Nazwisko pani Helmersen trafiło też do książki - wymienia je Zofia Stulgińska w swojej biograficznej powieści pt. "Gruszki na wierzbie", w której nie brakuje kresowych, ale też bydgoskich akcentów.

    Piłsudski podziwiał śmiałą kreskę Griniowa

    Przez krótki czas sąsiadem Anny von Helmersen był Paweł Griniow. Urodzony w 1896 r. w Petersburgu był synem bankiera. Zanim w 1920 r. trafił do Bydgoszczy, studiował w petersburskiej Szkole Kadetów. Potem z armią carską walczył na zachodnich frontach Europy, m.in. pod Verdun. Po zakończeniu I wojny zaciągnął się do ochotniczej armii Bułak-Bałachowicza, za odwagę otrzymał odznakę powstańczą. Stamtąd trafił do obozu jenieckiego dla żołnierzy rosyjskich w Tucholi, gdzie jego rysunki ozdabiały gazetkę obozową. Gdy obóz w 1921 r. zlikwidowano, zamieszkał w Bydgoszczy, m.in. w domu przy ul. Mazowieckiej 3. Przez jakiś czas był lokatorem kamienicy przy ul. Śniadeckich 12. Potem przeprowadził się do domu przy Nowym Rynku 6.

    Griniow najpierw swoje rysunki publikował w "Gazecie Bydgoskiej", potem trafił do "Dziennika Bydgoskiego". Janina Hernet-Kłodzińska w artykule pt. "Było nas dziesięciu", opublikowanym w "Kalendarzu Bydgoskim 1977" tak zapamiętała kolegę z redakcji: "Rosyjski emigrant, świetny karykaturzysta, który nigdy nie potrafił niczego oddać w redakcji w oznaczonym terminie. Jeśli się cokolwiek chciało od Pawła, trzeba go było po prostu zamknąć w redakcji i dać, do wyjścia... Wówczas cała redakcja żyła w nerwowym napięciu, czy Polo zdąży wykonać rysunki".

    Rysunki Griniowa rozśmieszały czytelników do łez, ale też irytowały, głównie zwolenników Józefa Piłsudskiego. Natomiast sam Marszałek podobno cenił sobie śmiałą kreskę artysty, czego nie omieszkali podkreślić koledzy artysty we wspomnieniu opublikowanym po śmierci Griniowa 23 lutego 1937 r. na łamach "Dziennika Bydgoskiego": "Nawet zmarły Marszałek Piłsudski podziwiał satyryczne zacięcie "Pola" i jak bardzo podobały się marszałkowi jego karykatury, dowodem tego są zawieszone na ścianach Belwederu karykatury, przedstawiające marsową postać Marszałka".

    Griniow współpracował również z Biblioteką Miejską. Jego dziełem jest strona graficzna wydawnictwa przygotowanego na 10 rocznicę działalności tej placówki - w 1931 r. Jak zapisano w niej, artysta wykonał wówczas:
    "(...)Okładkę podług druku Unglera z XVI w., winiety w tekście podług Modlitewnika z XVI w., godła drukarskie podług Łazarza i Viktora i inicjały".
    Rysunki Griniowa chętnie wykorzystywano jako ilustracje w książkach, m.in "Babia Wieś. Z legend podmiejskich starej Bydgoszczy" Wincentego Sławińskiego (1935) Twórczość artysty dwukrotnie prezentowano w Muzeum Okręgowym. Po raz pierwszy w 1933 r. na "Wystawie prac Polskich Współczesnych Ilustratorów i Karykaturzystów". Po raz drugi - w 2005 r. na wystawie pt. "Humor dwudziestolecia międzywojennego", której kustoszem była Barbara Chojnacka. Oryginały prac Griniowa przechowywane są w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej.

    Doktor Miedziszewski, pianistka Miedziszewska

    Kamienica przy ul. Śniadeckich 12, poza ziemiańskim i artystycznym, ma też swój wątek wojskowy oraz lekarski. Tu mieszkali dwaj byli generałowie armii carskiej, zresztą spokrewnieni - Henryk de Wetter-Rozenthal oraz Aleksander Toll. Pierwszy - o czym przypomniano w styczniu 1932 r. na łamach "DB" przy okazji ślubu jego córki Olgi z inż. Stanisławem Piaseckim - był komendantem fortecy Grodno. Drugi w Bydgoszczy mocno angażował się w działalność Bractwa Prawosławnego. To m.in. dzięki jego kontaktom prawosławni bydgoszczanie mogli korzystać z ewangelickiego domu modlitw przy ul. Śniadeckich 23 (do 1931 r. - nr 10).

    Natomiast co do lekarskich związków kamienicy - tutaj mieszkał dr Maksymilian Miedziszewski, absolwent uniwersytetu kijowskiego, który w 1932 r. zorganizował pierwszą na terenie DOKP poradnię przeciwgruźliczą. A rok później wszedł w skład zespołu lekarskiego, opiekującego się pracownikami Francusko-Polskiego Towarzystwa Kolejowego. Z kolei panie z tej rodziny poświęciły się muzyce: Miedziszewska Grigorjewa Augustyna była pianistką, zaś Władysława - nauczycielką muzyki.

    Uznany chirurg, doktor Pomian-Dziembowski

    Po sąsiedzku, w dawnym domu Bergnera (ul. Śniadeckich 10) przez jakiś czas mieszkał kolega po fachu dr Miedziszewskiego - dr Zygmunt Pomian-Dziembowski, mający za sobą studia lekarskie w Heidelbergu, Monachium, Berlinie i Wrocławiu. W czasie wojny bolszewickiej był chirurgiem szpitali wojskowych we Lwowie oraz w Mińsku. W marcu 1920 r. zamieszkał w Bydgoszczy, rok później został ordynatorem oddziału chirurgicznego Szpitala Miejskiego. Kresowcy, których wiatr historii przywiódł do Bydgoszczy cenili poza jego wiedzą lekarską i to, że znał ich rodzinne strony, chętnie z nimi na ten temat rozmawiał. Podczas II wojny światowej dr Dziembowski też zapisał wspaniałą kartę. Jego biogram można znaleźć w Bydgoskim Słowniku Biograficznym (t. 3).

    Ulica Śniadeckich, ze względu na swoje połączenie z dworcem kolejowym, chyba nigdy nie była spokojnym zakątkiem. Znajdowało to nawet odbicie w lokalnej prasie. I tak np. "Dziennik Bydgoski" z 7 października 1931 r. alarmował w sprawie autobusu wojskowego, który dwa razy dziennie przemierzał tę ulicę:
    "Gdyby tego rodzaju samochody były znane w biblijnych czasach, to Jozue zamiast trzy razy obchodzić z trambonistami mury Jerycha mógł to miasto raz tylko wspomnianem autobusem objechać, a z pewnością z nieprzyjacielskiego grodu nie zostałby kamień na kamieniu. I taki los grozi niebawem ulicy Śniadeckich, przez którą ów bajeczny, benzyną ziejący potwór przejeżdża dwa razy dziennie".

    Dzisiaj, po siedemdziesięciu latach, sytuacja pod tym względem nie zmieniła się na lepsze. Hałas jak był, tak jest, tyle że o wiele większy. Natomiast inne sprawy pozostały niezmienne, jak choćby to, że właśnie tutaj wielu bydgoszczan ma swój rodzinny dom, wypełniony wspomnieniami. Jak te z kamienicy przy ul. Śniadeckich 12.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo