Bydgoszczanka: - Odebrano mi dzieci. To zemsta za to, że składam skargi na opieszałość pomocy społecznej i innych instytucji

Katarzyna Piojda
Katarzyna Piojda
Samotna matka nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że dzieci zostały jej zabrane, bo pracownicy w ten sposób mszczą się na niej, ponieważ ona na nich skargi składa
Samotna matka nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że dzieci zostały jej zabrane, bo pracownicy w ten sposób mszczą się na niej, ponieważ ona na nich skargi składa Dariusz Bloch
- Odebrano mi dzieci. To zemsta za to, że składam skargi na opieszałość pomocy społecznej i innych instytucji - mówi bydgoszczanka. A w instytucjach przekonują, że nie było innego wyjścia.

Zobacz wideo: Sezon żeglugowy w Bydgoszczy otwarty!

Kobieta ma 40 lat i sama wychowuje dwoje nastoletnich dzieci. Wcześniej mieszkali w różnych miejscach, choćby na terenie ogródków działkowych w Bydgoszczy. Miasto parę lat temu przyznało im mieszkanie ze względu na trudną sytuację.
Przez pierwsze lata na nowym mieszkaniu matce i dzieciom żyło się spokojnie. - Pracowników socjalnych, którzy mieli pomagać, gmina też nam przyznała. Wtedy przestało być spokojnie - dodaje kobieta. - Pokonałam nowotwór, leczę się psychiatrycznie. Tacy, jak ja, powinni mieć ciszę gwarantowaną, a mnie właśnie jej brakuje najbardziej.

Od lat nie pracuje, jak podkreśla, ze względu na choroby. - Posiadam drugą grupę niepełnosprawności. Przyznano mi 156 złotych zasiłku stałego z ośrodka. Dochodzi dwa razy 500 plus na dwójkę moich małolatów i mamy alimenty w wysokości 950 zł łącznie. Dostajemy też po 110 zł na dożywianie.

Bez taty

Ośrodek pomocy społecznej przekazuje nie tylko zasiłki. 3-osobową rodzinę odwiedza sporo osób. Wcale nie z rodziny, bo bydgoszczanka nie ma bliskich krewnych, zaś dzieci prawie w ogóle nie mają kontaktu z ojcem. Przychodzi natomiast m.in. kurator społeczny (pomaga zajmować się wychowywaniem i resocjalizacją osób tego wymagających), pracownik socjalny tzw. zwykły z ośrodka opieki społecznej oraz asystent rodziny, mający wspierać dorosłych podopiecznych w opiece nad ich dziećmi, ale również w sprawach codziennych.

40-latka uważa, że wsparcie instytucji funkcjonuje jedynie w teorii. - Socjalni i wszyscy inni zamiast nam pomagać, szkodzą - przekonuje czytelniczka. I opowiada, że zwady zaczęły się wiosną bieżącego roku. Jej zdaniem, właśnie z powodu pracowników socjalnych i spółki.

Gaz się ulatnia

- Poczułam w mieszkaniu ulatniający się gaz. Zadzwoniłam do administracji, ale problem zbagatelizowała. Gazownicy także nie chcieli się pofatygować. Powiadomiłam wreszcie moją panią socjalną o zagrożeniu i ona zadzwoniła do gazowni. Przyjechało pogotowie gazowe. Ekipa nawet nie włączyła wykrywacza gazu, bo diody się nie świeciły. Panowie uznali, że gaz się nie ulatnia. Protokołu z przeprowadzenia kontroli nie dostałam, chociaż o niego się upominałam.
Samotna matka nie dała za wygraną.

- Wszyscy lokatorzy naszej kamienicy znaleźli się w niebezpieczeństwie. Gdyby gaz wybuchł, budynek wyleciałby w powietrze. Wezwałam fachowca z ogłoszenia. Od razu po wejściu do domu poczuł gaz. Musiałam dać mu ostatnie nasze pieniądze za prywatną wizytę, ale trudno. Ponownie przyjechali pracownicy z gazowni i potwierdzili, że gaz skądś się wydobywa. Zakręcili nam dopływ gazu.

Magdalena Marszałek, rzecznik Administracji Domów Miejskich w Bydgoszczy, przedstawia inną wersję. - W kwietniu otrzymaliśmy informację z ośrodka pomocy o tym, że we wspomnianym mieszkaniu, zajmowanym przez podopieczną ośrodka, wykryto przeciek gazu, co skutkowało jego odcięciem. W trybie pilnym zleciliśmy naprawę.

Kocioł bez przeglądu

Nieszczelność została usunięta. - Najemczyni otrzymała wszystkie niezbędne dokumenty umożliwiające przywrócenie gazu i ponowny montaż licznika. O powyższym został poinformowany ośrodek pomocy społecznej. Niestety, do chwili obecnej, pomimo monitu, nie dostaliśmy informacji o ponownym podłączeniu. To natomiast jest nam potrzebne do wykonania przeglądu kotła.

O kotle rzeczniczka ADM też mówi: - W maju 2020 roku od tej samej najemczyni odebraliśmy zgłoszenie o problemach związanych z piecem. Na miejsce pojechał pracownik techniczny z serwisantem. Potwierdzili awarię i zalecili wymianę kotła. Jeszcze w maju 2020 piec został wymieniony i ponownie uruchomiony. Najemczyni potem cały czas miała wątpliwości co do prawidłowości jego działania. To skutkowało kilkukrotnymi wizytami serwisanta oraz pracowników u pani. Ich wizyty nie potwierdziły tych obaw.

Samotna kobieta nie tylko z działań administracji i gazowni jest niezadowolona. Zaznacza, że jej dzieci nie są orłami w szkole. - Sąd rodzinny o moich problemach z wychowaniem dzieci wie. O moich psychiatrycznych też. Fakt, dzieci przeszły do następnych klas, ale żeby podciągnąć oceny, musiałabym non stop pilnować ich przy lekcjach. Niewykonalne. Po to przyznano nam asystenta i kuratorów, żeby nam pomagali. Odbębnią jedną wizytę na 2-3 miesiące i uznają swoją pracę za prawidłowo wykonaną. Cała ta ekipa nibyspecjalistów nie interesuje się moimi dziećmi i mną, tylko papierologią.

Telefon do szefostwa

Bydgoszczanka podaje przykłady: - Ani razu nie skontaktowali się z nauczycielami moich dzieci. Gdy zmienił się jeden kurator i przyszedł na pierwszą wizytę, nawet nie wiedział, ile dzieciaki mają lat. Taka prawda. Jak mi się coś nie podoba, to reaguję. Dzwonię ze skargami albo piszę do kierownictwa czy dyrekcji.

Albo nagrywa. - Chociażby niepracujące socjalne - precyzuje. Panie z ośrodka pomocy społecznej, do jakiego czasem muszę podejść, zamiast siedzieć w biurach albo odwiedzać podopiecznych, spotykają się grupką na papierosach i plotkują. Filmik, przedstawiający panie w akcji, wstawiłam do internetu.

Czytelniczka: - Potem ci skarceni przez szefostwo pracownicy socjalni czy instytucji robią nam naloty. Z zemsty!
Takiego nalotu - jak określa 40-latka - jeden kurator dokonał krótko przed zakończeniem roku szkolnego. - Wróciłam akurat do domu, gdy zapukał do drzwi. Zobaczył, że się pakujemy. Wyjaśniłam, że lato spędzę z dziećmi na działce nad wodą, bo znaleźliśmy fajną do wynajęcia. Powiedziałam kuratorowi jeszcze, że ani jemu, ani żadnemu socjalnemu nie podam nowego tymczasowego adresu. Jak się przeprowadzimy i zadomowimy, to wyślę pismo z taką informacją jedynie do sądu rodzinnego.

Nici ze wspólnych wakacji

Przez następne dni kobieta z dziećmi przygotowywali się do wyjazdu na działkę. - Kupiłam młodszemu płetwy. Cieszyliśmy się, że przez dwa miesiące będziemy na wsi, że będziemy mieć własne ogórki z ogródka i że słoneczniki tam rosną. Spodziewaliśmy się całkiem fajnych plonów.

Nie spodziewała się jednak innego obrotu spraw. - Tydzień temu, akurat w piątek, 2 lipca 2021, tuż przed wyjazdem na działkę, znowu usłyszałam pukanie do drzwi - opowiada dalej czytelniczka. - To obcy ludzie w asyście policji przyszli po moje dzieci i je siłą odebrali. Dzieci płakały. Widziały, jak jestem szarpana przez tych ludzi. Nikt nie chciał mi powiedzieć, dlaczego nas rozłączają.
W Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Bydgoszczy zaprzeczają, jakoby w kamienicy, w której mieszka rodzina, tego dnia rozgrywały się dantejskie sceny. Wszystko miało odbyć się bez histerii. I kobieta miała znać powody.

Dla dobra sprawy

Przedstawiciele opieki społecznej nie mogą przekazać szczegółów ze względu na dobro sprawy, no i na przepisy. - Z uwagi na realne zagrożenie bezpieczeństwa, zdrowia i życia dzieci, będących pod opieką matki, sąd, w oparciu o materiał dowodowy zebrany w sprawie, wydał postanowienie o umieszczeniu małoletnich w pieczy zastępczej, uznając takie rozwiązanie za najwłaściwsze - mówi Marta Frankowska, rzecznik MOPS.

Pani rzecznik kontynuuje: - Nasi pracownicy podjęli działania w trybie natychmiastowym. Aktualnie dzieci są w pieczy zastępczej na terenie Polski.

Rodzeństwo trafiłoby do domu dziecka czy innej placówki opiekuńczo-wychowawczej w Bydgoszczy, ale zabrakło miejsc. W Kujawsko-Pomorskiem też nie było ich dla dwójki dzieci. Efekt: małolaty od paru dni przebywają w placówce daleko poza naszym województwem. - Do takich sytuacji dochodzi wówczas, gdy należy zrealizować postanowienie sądu w trybie niecierpiącym zwłoki, a na terenie naszego województwa nie znajdziemy miejsca, w którym rodzeństwo może być razem.

Decyzja sądu bez uzasadnienia

Podobne przypadki się zdarzają i w regionie, i w Polsce. 37-letnia pani Ewa z województwa dolnośląskiego samotnie wychowywała dziewięcioro dzieci. Jeszcze pod koniec kwietnia rodzina mieszkała razem. Nagle matka dostała postanowienie z sądu o umieszczeniu dzieci w placówce. Ponoć bez uzasadnienia. Najstarsze ma 17 lat, najmłodsze - 15 miesięcy. Pracownice centrum pomocy rodzinie zjawiły się po gromadkę. Nawet one się popłakały.

Za sprawą stała kuratorka. Rodzinę odwiedziła zaledwie cztery razy. Widocznie wystarczyło, aby ocenić, że dzieci się nie uczą, a w domu jest brudno. Znajomi 10-osobowej rodziny byli oburzeni. Wójt i GOPS też się zdziwili. Stanęli po stronie samotnej matki.
W czerwcu siostry i bracia wrócili do mamy - tylko na parę dni, ale jest szansa, że niebawem powrócą na stałe.

W województwie łódzkim pięcioro dzieci w wieku od roku do 11 lat zostało odebranych matce. Rodzina, tak samo jak ta z Bydgoszczy, miała asystenta. Znowu: nie było jednego incydentu, który przesądziłby o losach dzieci pani Renaty. W sądzie tłumaczono:- Nie ma tutaj zachowań patologicznych. Z drugiej strony rodzina od kilku lat jest objęta nadzorem kuratorskim, więc niepokojące sygnały dotyczące dzieci były.

Wychowanie w rodzinie

Czasem Rzecznik Praw Dziecka angażuje się w rozwiązanie konfliktu. 8-latka ma mamę-Polkę i tatę-Austriaka. Odebrano im prawa rodzicielskie. Dziewczynka zamieszkała w Polsce, u babci. Tu ma starszego brata, tu chodzi do szkoły i ma koleżanki i kolegów. Sąd Apelacyjny w Warszawie nakazał jednak wydać 8-latkę do austriackiego domu dziecka.

- Nie rozumiem, jak sąd apelacyjny mógł uznać, że dziewczynce będzie lepiej w domu dziecka niż u kochającej rodziny - przekonywał Mikołaj Pawlak, RPD. - Z Konwencji o prawach dziecka wynika jedno z podstawowych praw: do wychowania w rodzinie.

Jak dziecko z różnych powodów nie może mieszkać z rodzicami, a nikt z rodziny nie może zapewnić mu opieki, uruchamiana jest machina. Pracownik socjalny wraz z policjantem, lekarzem lub ratownikiem medycznym interweniują w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dziecka.

W nagłych przypadkach nie wolno czekać na decyzję sadu, lecz działać. Kluczową rolę odgrywa pracownik socjalny. - Wręcza on rodzicom lub opiekunom pisemne pouczenie o możliwości złożenia zażalenia do sądu opiekuńczego - wyjaśniają w jednym z ośrodków pomocy społecznej. - Po przewiezieniu dziecka pracownik socjalny odbiera na piśmie potwierdzenie przyjęcia dziecka przez osobę najbliższą, rodzinę zastępczą albo placówkę opiekuńczą. Potem pracownik socjalny musi niezwłocznie powiadomić o tym sąd opiekuńczy. Ma na to 24 godziny od chwili umieszczenia dziecka poza domem.

Nowy dom

Najwyższa Izba Kontroli: - Zapewnienie dzieciom pieczy zastępczej w rodzinach zastępczych, rodzinnych domach dziecka i placówkach opiekuńczo-wychowawczych należy do zadań własnych powiatu. W pieczy zastępczej przebywa w Polsce ponad 70 tysięcy dzieci. Co roku kilkanaście tysięcy kolejnych dzieci w wieku do lat 18 trafia do pieczy zastępczej, a kilka tysięcy wraca do rodzin naturalnych.

Niepełnoletni są umieszczani w innych domach, bo w ich domach źle się dzieje. Jak wskazuje NIK, prawie 42 procent spraw dotyczy uzależnienia rodziców, 28 proc. - bezradności w sprawach opiekuńczo-wychowawczych, a przemocy w rodzinie - niespełna 4 proc.

W przypadku bydgoszczanki uzależnienie raczej nie występuje. Przemoc też chyba nie. Bezradność - ponoć tak.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie